czwartek, 23 lipca 2020

Wesele upiora


Najniezwyklejsze obrazy to nie te wiszące na ścianach, a te, których nie widać. Maluje się je myślą lub słowami, a potem chowa głęboko w ludzkim umyśle. Czasem są nieruchome, ale często postacie przedstawione na nich poruszają się, mówią, radują się albo cierpią. Wiele z nich jest niepowtarzalna. Zdarzają się jednak takie, które podróżują z głowy do głowy, a niekiedy przybierają też inną, widoczną formę. Jeden z nich spróbuję dziś tutaj odtworzyć.
Jest środek nocy. Młoda kobieta ukradkiem wymyka się z domu. Prawdopodobnie ma na sobie pelerynę z kapturem zakrywającym jej twarz i ostrożnie przemyka się pomiędzy drzewami. Jej serce kołacze z podniecenia, ale i z obawy. Jeśli będzie miała szczęście, nikt znajomy jej nie rozpozna w ciemności, nikt jej nie zatrzyma i nie zapyta: "Dlaczego wybrałaś się na nocny spacer ubrana w błękitną suknię i obwieszona swoimi najlepszymi klejnotami?". Gdyby coś takiego się stało, być może nie umiałaby się wytłumaczyć. Być może jej przygoda skończyłaby się dokładnie w tym momencie, a ona sama do końca życia rumieniłaby się na wspomnienie feralnej nocy. Gdyby tak się stało, dziewczyna nie miałaby już drugiej szansy, a powód jej działań z dnia na dzień zniknąłby tak, jak znikają nawet najpiękniejsze sny, gdy już otworzy się oczy. Czy to najgorsze co może ją spotkać? Kto wie.
        Nikt jej nie widział. Nikt nie zatrzymał. Dziewczyna zaczyna czuć się nieco pewniej. Przystaje by złapać oddech. Mimo otaczających ją ciemności jest już w stanie dostrzec w oddali cel swej wędrówki. Ściany opuszczonego od dawna budynku (dworu, świątyni, czy choćby nawet stodoły) bynajmniej nie wyglądają zachęcająco, dla naiwnej, zakochanej dziewczyny wszystko jest piękne. Nic nie jest w stanie jej powstrzymać: ani obawa przed przyłapaniem, ani ciemność, ani zimny wiatr, ani pleśń i pajęczyny, które na pewno zobaczy jak tylko zajrzy przez uchylone drzwi. Wszystko inne przestanie się liczyć jak tylko przed oczyma wyobraźni stanie jej ten, dla którego zdecydowała się porzucić wszystko, co do tej pory było dla niej ważne. Prawdopodobnie kilka razy się potknie o jakiś wystający korzeń lub niechcący wdepnie w błotnistą kałużę. W końcu jednak dotrze na miejsce. On już tam na nią czeka. Stoi tuż przed wejściem i tajemniczo się uśmiecha. "Już myślałem, że nie przyjdziesz" mówi. Ona rumieni się, albo reaguje śmiechem. Słowa nie są tu potrzebne. Wystarczy zdjąć płaszcz i pokazać się w ślubnym stroju. Teraz nie ma już odwrotu.
       Mężczyzna prowadzi pannę młodą do środka. Kobieta jest nieco zaskoczona - spodziewała się cichej ceremonii, a jednak oczekiwało ich tu około dwudziestu osób. "To moi przyjaciele" tłumaczy jej narzeczony. Podobno nie chcieli zostawić go samego w tak uroczystym dniu. Spojrzenia i dziwne uśmiechy tych nieoczekiwanych gości nieco niepokoją dziewczynę, jednak wystarczy nieco mocniejszy uścisk dłoni ukochanego, by znów poczuła się pewnie. Przecież tak naprawdę liczą się tylko oni, a gdy ślub w końcu się odbędzie i tak już nie trzeba będzie utrzymywać tego w tajemnicy. Narzeczeni podchodzą do miejsca, gdzie ma odbyć się ślub. Być może jest to posąg życzliwej Nazelii, taki, jaki zawsze stoi w miejscach, gdzie odbywają się śluby. Ale może tam też stać ozdobny łuk weselny, albo nawet zwykły słup z bukietem czerwonych róż przywiązanym na czubku. Niektórzy uważają te kwiaty za okrutne rośliny, które swój kolor zawdzięczają przelanej w ich pobliżu niewinnej krwi. Być może mają rację.
Ceremonia przebiega w niemal całkowitej ciszy. Pradawny zwyczaj każe zawierać małżeństwo poprzez pocałunek. Państwo młodzi patrzą sobie w oczy, a ich twarze są tak blisko siebie, że niemal stykają się nosami. Goście obserwują ich w skupieniu. Nikt nie ziewa, nie szepcze, nie chichocze pod nosem. Ta uroczysta atmosfera jest wręcz nienaturalna. Pannę młodą przechodzi mimowolny dreszcz. Stara się nie odrywać wzroku od narzeczonego. Ten uśmiechem dodaje jej otuchy. "Tym pocałunkiem biorę cię za żonę". "Tym pocałunkiem biorę cię za męża". Wargi obojga stykają się ze sobą.
W tym momencie przedstawienie się kończy. Aktorzy zdejmują kostiumy i pokazują swoją prawdziwą twarz. Znikają "przyjaciele", a ich miejsce zajmują uśmiechające się złośliwie ohydne stwory, których ciała zdają się być zrobione z pulsującego czarnego płynu. Panna młoda odruchowo odwraca się w stronę oblubieńca, jednak z przerażeniem dostrzega, że i on się przemienił. Nie zważając na jej krzyki upiór chwyta swoją małżonkę za kark i rzuca nią w stronę grupy gości. Ci rzucają dziewczynę na stojący z boku stół i rozrywają jej ubranie. Rozpoczyna się uczta. Ostre jak brzytwy zęby rozrywają na strzępy ciało ofiary, która nie jest już w stanie nawet jęczeć. Jeden z upiorów wbija swoje szpony między piersi dziewczyny i wyrywa jej serce. Podaje panu młodemu pulsujący kawałek ociekającego krwią mięsa, a ten pożera je łapczywie. Pozostali przepychają się, by zdobyć dla siebie choć kawałek. Jeden obgryza szyję, drugi chrupie palce oderwane od stóp, trzeci zlizuje z podłogi krew, która spływa z rozszarpywanego ciała. Nawet ślubny strój znika w paszczach oprawców. Ostre zęby bez problemu miażdżą złote łańcuszki i twarde kamienie. Gdy ta noc się skończy jedynymi pozostałościami biesiady będą porzucone buty, kępka włosów i parę kawałków wyssanych doszczętnie kości.
Wesele upiora jest jak koszmarny sen, który wciąż powraca w coraz to innej formie. Niemal każdy się z tym kiedyś zetknął - czy to w jakimś tanim, podrzędnym teatrzyku, czy to patrząc na dziwne malowidło, czy to słuchając jednej tych z historii, które nocami opowiada się półgłosem. Nie ważne ile razy by to krytykowano, czy wyśmiewano, zawsze powróci. Nawet jeśli ktoś uznałby taką scenę za głupią, a nawet śmieszną i tak prędzej czy później obudzi się w środku nocy ze snu, w którym ujrzał złośliwe uśmiechy upiorów.
Miłość i śmierć łączą się nie tylko w koszmarach. Sny nie zawsze są tylko snami, a rzeczywistość potrafi przybrać zaskakujące formy i oszukiwać tak zmyślnie, jak upiór udający człowieka.

niedziela, 19 lipca 2020

Opowieść o czterech dzbanach

        Joanna i Daniel byli kochającym się rodzeństwem, dziećmi wielkiego króla. Ich matka od dawna nie żyła, a ojciec, po latach żałoby, poślubił pewną próżną i samolubną kobietę, której zależało tylko na władzy i bogactwach. Nowa królowa choć nie miała ani niezwykłych zdolności, ani bystrego umysłu, ani dobrego serca, przyniosła ze sobą coś, dzięki czemu  zdolna była zdobyć nieomal wszystko. Skarbem tym była cedrowa laska z głową sępa wyrzeźbioną na czubku, którą jej pradziad przywiózł niegdyś z dalekiego kraju za trzema pustyniami. Wystarczyło nocną porą trzy razy uderzyć tym kijem w podłogę, by zjawiły się demony gotowe służyć radą i udzielić pomocy. Choć kobieta wiedziała, że przyjaźń z tymi istotami narazi ją na wiele pokus i może do reszty zniechęcić ją do wszystkiego co dobre, często wzywała je do siebie i chętnie słuchała wszystkiego, co miały jej do powiedzenia. To właśnie dzięki radom i wsparciu demonów udało jej się uwieść króla i skłonić go do małżeństwa. Z początku, gdy nowa królowa wprowadziła się do pałacu, była zadowolona z odmiany swego losu i nie dawała nikomu powodów, by się na nią uskarżać. Z czasem jednak dworskie życie zaczęło ją nudzić, a otaczający ją przepych do reszty jej spowszedniał. Zdawało jej się, że wciąż ma wszystkiego za mało i nawet najmniejszą niedogodność odczuwała jako zniewagę. Zachowywała się wyniośle i opryskliwie zarówno w stosunku do służby, jak i  przyjaciół czy rodziny. Stała się zazdrosna o każdego, komu król poświęcał choć trochę uwagi. Była zła, gdy słuchał próśb poddanych, naradzał się z ministrami, czy zajmował się swoimi dziećmi zamiast prawić jej komplementy i obsypywać prezentami. Jej rozgoryczenie rosło z każdym dniem, a z nim i niechęć do pasierbów. Nie mogła znieść ich widoku i robiła co mogła, by uprzykrzyć im życie. Sama myśl o tym, że mieszkają pod tym samym dachem i mogą cieszyć się ludzką miłością i życzliwością była dla niej torturą. Nawet gdy promienie słońca padały na twarz Daniela lub Joanny, ich macocha czuła się okradana ze światła i ciepła. W końcu do tego stopnia znienawidziła tych dwojga, że zapragnęła ich śmierci.

       Demony, które królowa wciąż do siebie przyzywała, dostrzegły to jako pierwsze i, swoim zwyczajem, starały się rozbudzić jej złe skłonności i zaczęły podpowiadać jej różne sposoby na to, by raz na zawsze pozbyć się dzieci.

            - Otruj je. – szeptał jeden

            - Uduś je we śnie. – namawiał inny

            - Zepchnij je z wieży. – podpowiadał następny

           - Wrzuć je do rozpalonego pieca. – syczał kolejny. A królowa pilnie słuchała, jednak, choć jej nienawiść do pasierbów rosła z każdym dniem, nie miała odwagi by skorzystać z tych rad. Na próżno demony przypochlebiały się jej, na próżno malowały przed nią obrazy wspaniałego życia jakie ją czeka gdy już pozbędzie się dzieci. Żadne namowy nie mogły jej skłonić do zrobienia czegoś, co ściągnęłoby na nią gniew króla, a złe duchy nijak nie były w stanie skłonić jej, by odrzuciła lęk. Aż w końcu jeden z demonów, dużo przebieglejszy od innych, widząc, że tylko strach powstrzymuje królową przed zabiciem pasierbów, poradził jej tak:

          - Nienawidzisz tych dzieci i chcesz, by zniknęły, ale obawiasz się, że jeśli zrobisz im krzywdę, król cię ukaże, a lud potępi. Musisz jednak wiedzieć, że ludzie są głupi i słabi, a chociaż łatwo przychodzi im ocenianie innych, zawsze znajdą usprawiedliwienie dla własnych występków. Wystarczy dobry pretekst, by ci, których gniewu się obawiasz, nie tylko pozwolili ci robić co zechcesz, ale jeszcze z radością ci w tym pomogli. Jeśli teraz zrobisz najmniejszą krzywdę dzieciom króla, nazwą cię potworem, ale jeśli uwierzą, że chcą tego bogowie, sami rozerwą je na strzępy.

           - Ale jak mam ich przekonać? – spytała kobieta.

        - Wystarczy ich porządnie nastraszyć. – odpowiedział demon – Już ja się postaram, by trwoga zaślepiła im umysły i serca, a gdy zaczną szukać ratunku, postaraj się, by usłyszeli to, co najbardziej ci odpowiada.

         Królowa z ochotą przystała na ten pomysł, a demon natychmiast zabrał się do pracy. Zaczął od pałacu i sprawił, że wszystkich jego mieszkańców zaczęły dręczyć senne koszmary i co  noc słychać było krzyki kogoś, kto nagle obudził się zlany potem.  Niedługo później myszy zjadły niemal wszystko ze spiżarni, osie w powozach połamały się, a miecze rycerzy stały się kruche i tępe. W końcu dach stajni zawalił się, zabijając dziesięć rumaków. Gdy plotki o tym, że królewski pałac został przeklęty zaczęły krążyć po okolicy, zadowolony demon postanowił zająć się także miastem. Co chwilę wybuchały pożary, woda we wszystkich studniach stała się gorzka i cuchnąca, a na końcu pojawiła się czarna mgła, która sprawiła, że dni były ciemne jak noc, a żadne światło nie było w stanie jej rozproszyć. Przerażeni mieszkańcy miasta pobiegli do najwspanialszej świątyni w królestwie, by błagać bogów o ratunek. Na spotkanie wyszła im pewna kapłanka, dawna przyjaciółka królowej. Wysłuchała skarg i próśb zebranych ludzi i obiecała im, że wstawi się za nimi w swoich modlitwach. Ale jej wiara nie była wcale tak silna, więc gdy tylko odeszli udała się do siebie, by zastanowić się jakie korzyści mogłaby z tej sytuacji wyciągnąć. A tam czekał już na nią list od królowej z obietnicami hojnej nagrody w zamian za pomoc w realizacji jej planu. Skuszona wizją przyszłego bogactwa kapłanka stanęła następnego dnia przed ludem zgromadzonym w świątyni i powiedziała im tak:

          - Bogowie przemówili do mnie i wyjawili mi swoją wolę. Jeśli chcemy odzyskać ich łaskę i uwolnić się od trapiących nas plag musimy przekonać króla, by udowodnił swoją wiarę i miłość jaką żywi do poddanych poświęcając swoje dzieci. Tylko taka ofiara sprawi, że odzyskamy opiekę bóstw.

           Wieść o obwieszczeniu kapłanki rozniosła się po okolicy z szybkością strzały. Z początku ludzie reagowali na nią ze zdumieniem i zgrozą, jednak z biegiem czasu wszyscy zaczęli się przekonywać do pomysłu złożenia ofiary z dzieci dla ich dobra. Zaczęli więc schodzić się tłumnie pod zamek, aż straż i rycerzy zaczęło to niepokoić.

           - Czego chcecie? – spytali stojącego przed bramą tłumu.

          - Niech król wyda dzieci! – odpowiedziano im. Wartownicy czym prędzej pobiegli do sali tronowej, by o wszystkim opowiedzieć swemu panu. Król zdumiał się i przeraził, nie chciał jednak wydać dzieci. Rozkazał tylko pilnować ich dzień i noc, a sam postanowił zwołać radę, by wspólnie znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Ale dni mijały, a nikt nie był w stanie mu pomóc. Tylko tłum stojący pod bramą robił się coraz liczniejszy i coraz bardziej wściekły.

         Nikt jednak nie był tak rozgniewany i zniecierpliwiony jak królowa. Na próżno, udając szczerą troskę o poddanych, lała fałszywe łzy, rwała włosy z głowy i błagała męża, by spełnił żądanie kapłanki.

          - Zlituj się nad nami! – szlochała – Nie odtrącaj swoich poddanych, nie stawiaj swojego szczęścia wyżej niż ich życie! Pozwól im wypełnić wolę bogów!

          Tak powtarzała, a wtórowały jej dwórki, służba, rycerze, a nawet królewscy ministrowie. Jednak król był nieprzejednany.

          - Bogowie nie są tak okrutni. – mówił – I nie wierzę, by zabicie niewinnych dzieci mogło kogokolwiek ocalić.

          Widząc, że król w żaden sposób nie daje się przekonać, rozwścieczona królowa zamknęła się w swojej komnacie. Gdy zapadła noc, trzy razy uderzyła w podłogę cedrową laską, by wezwać demona, który miał ułatwić jej pozbycie się pasierbów.

          - Król jest uparty. – powiedziała mu – W żaden sposób nie mogę go zmusić, by był mi posłuszny. Jak tak dalej pójdzie, ta wściekła tłuszcza w końcu zabije i nas!

            Demon podał jej butelkę z czarnego szkła, wypełnioną niebieskawym płynem.

            - To rozwiąże twój problem. – powiedział – Już jedna kropla tego płynu zamroczy umysł i pozbawi sił. Podaj to mężowi, a nie będzie ci już przeszkadzał.

          Królowa przyjęła podarek i udała się do komnaty męża. Król siedział zatroskany przy oknie i patrzył przez nie na miasto. Obok niego na parapecie stał talerz z nietkniętym posiłkiem i kielich wciąż pełen wina.

          - Powinieneś coś zjeść. – słodkim głosem powiedziała królowa. – Wtedy poczujesz się lepiej i może uda ci się wpaść na jakiś dobry pomysł. – A mówiąc to niepostrzeżenie wlała kila kropel fatalnego eliksiru do naczynia z winem. Król niechętnie zabrał się do jedzenia, ale z nadmiaru trosk nie był w stanie nic przełknąć.

            - Napij się chociaż. – zachęcała go żona – Nie mogę patrzeć jak się męczysz.

           Król wziął do ręki puchar i chwilę się w niego wpatrywał, jednak ponieważ królowa wciąż nalegała, w końcu upił parę łyków. Natychmiast zakręciło mu się w głowie, oczy zaczęły go piec jakby patrzył prosto w słońce, a w uszach zabrzmiał mu ogłuszający hałas, przypominający bijące dzwony i uderzenia pioruna jednocześnie. Sam już nie wiedział kim jest i gdzie się znajduje. Królowa przyglądała mu się z zaciekawieniem zastanawiając się, czy łyk mikstury rzeczywiście wystarczy, by jej plan w końcu się powiódł. Nie musiała długo czekać – już po chwili do komnaty wpadł jeden z wartowników.

         - Wasza wysokość – powiedział - stojący pod drzwiami grożą, że rozwalą wrota, jeśli nie zgodzisz się na ich żądania!

          A król, któremu zdawało się, że to jacyś żebracy przyszli prosić go o jałmużnę, bezmyślnie odpowiedział:

            - Dajcie im czego chcą.

       Królowa uśmiechnęła się tryumfująco i kazała wartownikowi czym prędzej pobiec i powtórzyć rozkaz pozostałym. Gwardziści, nie zwlekając ani chwili, czym prędzej pobiegli po dzieci, które akurat bawiły się w ogrodzie i wyprowadzili je na zewnątrz, gdzie czekał już rozszalały tłum. Brata i siostrę natychmiast pochwycono, a następnie zaciągnięto na plac przed świątynią. Zamierzali zabić swoje ofiary w miejscu, gdzie pierwszy raz usłyszeli polecenie poświęcenia ich, gdyż wydawało im się, że w ten sposób bogowie szybciej ich zauważą i chętniej nagrodzą.

           Nagle, nie wiadomo skąd zjawiły się dwa wielkie ogniste ptaki ze złotymi dziobami. Ich skrzydła miotały kolorowe iskry, gdy zaczęły krążyć tuż nad dachami domostw. Był to tak niezwykły widok, że wszyscy zapomnieli o tym, dlaczego się tu znaleźli i tylko stali w miejscu patrząc jak urzeczeni w niebo. Ogniste ptaki obniżyły swój lot, zatoczyły koło nad placem i nagle zanurkowały w dół, ku otoczonym przez tłum dzieciom. Jeden z nich wziął na plecy Joannę, drugi zaś Daniela. Ptaki wzbiły się wraz z dziećmi w przestworza i szybowały tak przez wiele godzin, aż w końcu wylądowały w pewnym lesie. Tam pomogły małym jeźdźcom zejść na ziemię, po czym wskazały im głowami, gdzie mają dalej iść, a potem odleciały w dal. Brat i siostra pomachali swoim wybawcom na pożegnanie, po czym wzięli się za ręce i ruszyli przed siebie. Szli tak niezbyt długo, ale i niezbyt krótko, aż w końcu ścieżka zaprowadziła ich do małego dworku ukrytego w kniei. Dzieci zapukały do drzwi i natychmiast wyszła im na spotkanie piękna dama w aksamitnej sukni. Bardzo się zdziwiła na widok gości, jednak chętnie zaprosiła ich do środka. Rodzeństwo opowiedziało jej swoją historię, a gdy skończyli, dama, która była mądrą czarodziejką, powiedziała tak:

- Mieliście dużo szczęścia. Ogniste ptaki, które was tu sprowadziły spotyka się niezwykle rzadko. Nikt nie wie na pewno skąd przybywają i dokąd odlatują, ale mówi się, że przysyłają je bogowie wtedy, gdy ktoś chce popełnić jakąś zbrodnię w ich imieniu. Skoro was uratowały, możecie być pewni, że ktoś nad wami czuwa i ma co do was wspaniały plan.

Potem czarodziejka zabrała dzieci na piętro i przygotowała im kąpiel. Woda w której miały się myć, była jednak zaczarowana – jak tylko Daniel i Joanna się w niej zanurzyli, ich skóra i włosy ściemniały, tak że stali się do siebie zupełnie niepodobni. Czarodziejka zrobiła to, bo obawiała się, że macocha dzieci będzie próbowała je odszukać Od tej pory mieszkali we troje.

 A trzeba wspomnieć, że w owej damie zakochał się pewien rycerz i często, pod takim, czy innym pretekstem odwiedzał ją w jej dworze. Odkąd pojawiły się tam dzieci z całej siły starał się z nimi zaprzyjaźnić, by w ten sposób zaleźć drogę do serca ich opiekunki. Często opowiadał całej trójce o swoich podróżach i niezwykłych przygodach jakie przeżył. Z czasem Joanna i Daniel bardzo go polubili, a i czarodziejka zaczęła patrzeć na niego łaskawym okiem. Niepokoiła ich tylko jedna rzecz – jak tylko słońce zaczynało zachodzić rycerz natychmiast wynajdywał jakiś pretekst, by jak najszybciej wyjść. Choć widać było, że robi to niechętnie zawsze opuszczał leśny dwór przed zapadnięciem zmroku, jakby bał się, że jeśli zostanie tam za długo, wydarzy się coś strasznego. Dzieci wiele razy próbowały go o to pytać, jednak rycerz zbywał je za każdym razem. Czarodziejka też nie chciała o tym rozmawiać i tylko całymi nocami wertowała swoje księgi. I tak mijały im dni i tygodnie.

Któregoś wieczora, podczas zabawy w lesie Daniel, goniąc skaczącą po drzewach wiewiórkę stracił z oczu swoją siostrę i biegnąc przed siebie oddalił się od dworu. Gdy chłopiec przystanął zmęczony, zorientował się, że nie wie, gdzie jest i jak wrócić. Zaczął wołać o pomoc, ale nikt go nie słyszał. Przerażony Daniel biegał po lesie na oślep licząc na to, że jakoś uda mu się znaleźć drogę powrotną. Robiło się jednak coraz ciemniej i ciemniej, aż w końcu nawet odróżnienie drzew w tym mroku stało się zadaniem ponad siły. Chłopiec usiadł więc na ziemi i starał się nie rozpłakać, ale gdy tylko pomyślał o czających się w lesie zwierzętach trząsł się ze strachu. Aż tu nagle zza drzew wyłonił się ogromny wilk. Podszedł do przerażonego chłopca, polizał go po ręce jak pies po czym położył się przed nim zachęcając, by wsiadł mu na plecy. Daniel po chwili wahania dosiadł wilka, a ten zaniósł go z powrotem do dworu. Pierwsza dostrzegła ich stojąca w oknie Joanna, która całą noc czekała na powrót brata. Jak tylko zobaczyła wyłaniające się zza drzew postacie zawołała radośnie:

- Chodź zobaczyć! Wilk przyniósł nam z powrotem Daniela!

Dziewczynka i czarodziejka wybiegły na zewnątrz, ale wilka już nie było. W jego miejscu stał rycerz, który tak często ich odwiedzał, z Danielem na plecach. Tak właśnie dama i dzieci przekonali się, że mężczyzna był wilkołakiem. Poprzedniego dnia były jego urodziny, więc błąkał się po lesie w postaci wilka, ale w pozostałe dni roku po zachodzie słońca przemieniał się w bestię. Dlatego właśnie tak bardzo zależało mu, by nikt go wówczas nie widział. Teraz jednak nie było rady – musiał wszystko wyznać. Widząc, że czarodziejka jest mu wdzięczna za uratowanie Daniela i, mimo że poznała już jego tajemnicę, wciąż darzy go taką samą sympatią i nie odwraca się od niego ze wstrętem, nabrał odwagi, by poprosić ukochaną o rękę. Ta jednak odmówiła.

- Kocham cię, ale nie mogę cię poślubić. – powiedziała – Bałabym się, że i dzieci, które mogłabym urodzić, byłyby wilkołakami.

Rycerza bardzo zasmuciła ta odpowiedź, ale nie zmieniła jego uczuć. Wciąż często odwiedzał czarodziejkę i jej podopiecznych, a wszyscy zachowywali się tak, jakby nic się nie wydarzyło.

Minęło trochę czasu i zdarzyło się, że Joanna, spacerując po ogrodzie, usłyszała cichy, syczący głosik, który mówił:

- Pomóż mi, pomóż mi, nie mogę stąd wyjść!

Dziewczynka rozejrzała się i zobaczyła, że coś się porusza między gałęziami różanego krzewu. Podeszła bliżej i zobaczyła uwikłaną w różanych pędach kobrę. Choć Joanna zawsze bała się węży, zrobiło jej się żal stworzonka, które i tak było już poranione kolcami. Podeszła więc do krzewu, delikatnie rozchyliła jego gałęzie i pozwoliła stworzonku owinąć się wokół swojej dłoni. Kobra zaczęła ocierać się głową o palce Joanny, a gdy dziewczynka odłożyła ją na ziemię, ta podziękowała jej za pomoc i powiedziała:

- Powiedz, czego najbardziej pragniesz, a pomogę ci spełnić twoje życzenie.

Joanna zastanowiła się nad odpowiedzią. W leśnym dworze było jej dobrze, ale bardzo tęskniła za ojcem i wiedziała, że jej brat czuje to samo. Potem pomyślała o czarodziejce i jej ukochanym, którzy pomimo łączącej ich miłości nie mogli się pobrać. Następnie powróciły do niej wspomnienia o rodzinnym zamku i nieszczęściach, jakie ostatnio na niego spadały. Po namyśle powiedziała więc:

- Chciałabym, żeby wszyscy, których kocham byli szczęśliwi.

- Chodź za mną – padła odpowiedź.

Kobra zaprowadziła Joannę w głąb puszczy do starej studni, wyschniętej już od dawna.

- Zajrzyj do środka. – poradziła dziewczynce.

Joanna podeszła do studni i zauważyła, że zamiast liny zwisa z niej sznurkowa drabinka. Zajrzała do środka i zobaczyła, że pod studnią jest korytarz wypełniony bladym światłem.

- Dokąd to prowadzi? – zapytała.

- Do pewnego zaczarowanego miejsca, gdzie znajdziesz największy ze wszystkich skarbów. – odpowiedziała kobra. Dziewczynka już miała zejść w głąb studni, jednak jak tylko postawiła stopę na pierwszym stopniu drabiny opuściła ją cała odwaga. Wystraszyła się panującej wewnątrz ciemności i doszła do wniosku, że sama nie może tam wejść. Pobiegła więc z powrotem do dworku prosić przyjaciół, by jej towarzyszyli. Gdy Daniel, czarodziejka i jej ukochany usłyszeli o tajemniczym miejscu, bardzo się zdumieli, ale i zaciekawili. Od razu zgodzili się towarzyszyć Joannie i następnego dnia całą czwórką udali się do studni i zeszli po drabinie na jej dno. Znaleźli się w podziemnym korytarzu, który wił się i zdawał ciągnąć w nieskończoność. Cała czwórka bez chwili wahania ruszyła przed siebie. Nie potrzebowali pochodni, gdyż  drogę opromieniał im blask latających pod sklepieniem świetlików. Szli tak bardzo, bardzo długo, aż wszystkim zaczęło doskwierać znużenie. W końcu dotarli do końca tunelu. Nie trafili jednak na żaden tajemny skarbiec, ale na skalną ścianę. Gdy spojrzeli w górę, dostrzegli zamknięte wrota, były jednak za wysoko, by ktokolwiek z czworga wędrowców mógł je otworzyć. Nawet zaklęcia czarodziejki nie były w stanie im pomóc. Zarówno dzieci, jak i ich opiekunowie zaczęli już myśleć, że cała wyprawa była na próżno. Przebywali jednak w podziemiach tak długo, że nie zdawali sobie sprawy, która jest godzina i, że za chwilę zajdzie słońce. Wystarczyło poczekać tylko kilka minut, by rycerz przybrał postać wilkołaka, a po tym jak nagle urósł i wyrosły mu ostre pazury mógł bez trudu wspiąć się po ścianie i wnieść swoich towarzyszy. Gdy wszyscy znaleźli się pod drzwiami, te same się przed nimi otworzyły. Znaleźli się w ogromnej sali, całej z zielonego marmuru, gdzie podłoga była z masy perłowej. Pod sufitem latały świetliki, a było ich tak wiele, że choć nie było tam żadnych okien ani lamp, cała komnata tonęła w świetle. Były tam też wielkie stosy pięknych, różnokolorowych muszli, tak dużych, że dzieci mogłyby nosić je na głowach niczym kapelusze. Na samym środku sali stały cztery wielkie dzbany napełnione wodą: biały, czarny, niebieski i czerwony. Oczekiwała ich tam kobra. Leżała zwinięta w pierścień, ale jak tylko zobaczyła stojącą w drzwiach Joannę, uniosła głowę, wyprostowała się i stanęła na czubku ogona. Nagle wąż przemienił się w piękną nimfę, która uprzejmie zaprosiła całą czwórkę do środka.

- Witajcie. – powiedziała – Jestem strażniczką tego miejsca. Przez wiele lat pilnowałam, by nikt nie odnalazł tej komnaty, gdyż ukryta jest w niej potężna magia, a znajduje się ona w tych oto dzbanach. Są one pełne wody i nieważne ile byście nie zaczerpnęli, nigdy jej nie ubędzie. Każda z nich ma zaś inną niezwykłą właściwość.

Następnie nimfa-strażniczka dotknęła białego dzbana i rzekła:

- Na tego, kto napije się wody z tego dzbana, spłyną błogosławieństwa.

Potem dotknęła czarnego.

- Gdy wodę z tego dzbana rozleje się pod czyimiś stopami, na tę osobę spadnie przekleństwo.

Dotknęła niebieskiego.

- Jeśli wodą z tego dzbana natrzecie sobie powieki, będziecie mogli zobaczyć wszystko, co zechcecie.

Na koniec dotknęła dzbana czerwonego.

- A umycie rąk w wodzie z tego dzbana da każdemu z was nadludzką siłę. Wszystkie cztery dzbany chciałam podarować Joannie, ale skoro nie chciała tu przyjść bez swoich przyjaciół,  do was także będą od dziś należały. Korzystajcie z nich mądrze, a przyniosą wam szczęście.

 Dzieci były zachwycone tym co usłyszały, ale towarzyszący im rycerz-wilkołak nie wierzył słowom nimfy-strażniczki, więc zapytał ją wprost:

- To brzmi wspaniale, ale skąd mamy wiedzieć, że to nie oszustwo lub podstęp?

Nimfa, zamiast odpowiedzieć, podniosła jedną z leżących na ziemi muszli i nabrała do niej, niczym do kielicha, wody z białego dzbana, a następnie podała ją wilkołakowi.

- Wypij to, – powiedziała – a zobaczysz, że nie kłamię.

Wilkołak niepewnie chwycił muszlę i podniósł do ust. Jak tylko upił pierwszy łyk, jego futro i pazury zniknęły, a on sam z powrotem stał się człowiekiem.

- Teraz nikt już nie zobaczy w tobie potwora. – powiedziała nimfa z uśmiechem – Możesz już bez obaw spacerować po mieście o zachodzie słońca, a kiedy gdzieś cię zaproszą, nie będziesz musiał uciekać pod byle pretekstem. Skoro już widzisz jaką moc ma błogosławiona woda, czy możesz wątpić w to, co mówię o pozostałych?

Rycerz, który nie był już wilkołakiem, podziękował nimfie z pokorą i nikt już nie wątpił, że wszystkie cztery dzbany mają niezwykłą moc. Wtem spod sufitu sfrunęły w dół świetliki, a ich rój otoczył całą czwórkę jak lśniący mur. Gdy w końcu odleciały, rycerz, czarodziejka i dzieci zauważyli, że znów znajdują się w leśnym dworze, a razem z nimi przeniosły się tam też i cztery dzbany.

Minęło trochę czasu i Daniel zaczął się zastanawiać nad tym, co mógłby zrobić przy pomocy magicznych przedmiotów. W końcu któregoś dnia, rozmawiając z siostrą, odezwał się do niej tymi słowy:

- Tak wiele złego spotkało nas przez macochę. Jestem pewien, że gdyby nie ona, ojciec nie pozwoliłby nas zabrać z zamku i nie musielibyśmy się teraz ukrywać. Skoro teraz możemy unieść każdy ciężar, zobaczyć cały świat i sprowadzić na kogoś przekleństwo, musimy się na niej zemścić!

Ale Joanna nie chciała skorzystać z dzbanów w tym celu.

– To prezent od dobrej nimfy – powiedziała– i nie byłaby zadowolona, że używamy go do krzywdzenia innych.

Chłopiec próbował przekonać siostrę, a gdy ta nadal nie chciała mu pomóc, postanowił wyjawić swój plan czarodziejce. Jednak jej również nie spodobał się pomysł Daniela.

- Zemsta tylko wydaje się dobrym rozwiązaniem. – powiedziała dama – Ani nie da ci szczęścia, ani nie naprawi wyrządzonych krzywd. Nie powinieneś wykorzystywać magii w ten sposób.

Chłopiec wysłuchał swej opiekunki, ale wciąż uważał, że należy w jakiś sposób ukarać złą królową. Wciąż obmyślał coraz to nowe plany i sposoby, by odpłacić się macosze pięknym za nadobne. Kiedy więc we dworze znów pojawił się rycerz, chłopiec opowiedział mu całą swoją historię i podzielił się z nim pomysłami, na które ostatnio wpadł.

- Wszyscy mi mówią że nie powinienem się mścić. – dodał – Ale może moglibyśmy chociaż spłatać jej jakiegoś figla? Gdybyśmy użyli tylko kilku kropel wody z czarnego dzbana pewnie nie zrobilibyśmy jej krzywdy, ale za to moglibyśmy narobić jej kłopotów.

Po namyśle rycerz zgodził się pomóc Danielowi. Po cichu zakradli się do miejsca, gdzie czarodziejka ukryła cztery dzbany i natarli sobie powieki wodą, która pozwalała wszystko widzieć. Dzięki temu dowiedzieli się, którędy przemieszczają się kupieckie karawany i postanowili po kryjomu przyłączyć się do jednej z nich. Przebrani za cudzoziemskich kupców udali się do stolicy niosąc ze sobą kilka butelek wody zaczerpniętej z czerwonego dzbana i jedną, którą wcześniej zanurzyli w czarnym. Skierowali się w kierunku placu targowego i ustawili przy straganach z klejnotami. Czekając na pojawienie się królowej przysłuchiwali się rozmowom przekupek.

- Że też królowej chce się chodzić z całą świtą kupować te swoje cacka. – powiedziała jedna - Jakbym ja miała tyle służby, leżałabym tylko na tapczanie, a pokojówki i lokaje i tak przynosiliby mi wszystko, czego bym tylko zechciała.

- Za często tu przychodzi. – odpowiedziała druga – Król nigdy nie wyzdrowieje, jeśli wrota pałacu nadal będą zamknięte dla wszystkich, a jego żona całymi dniami będzie się włóczyć po mieście.

- To król choruje? – wtrącił się Daniel.

- Ano, tak mówią. – odpowiedziała przekupka – Na ciele albo na duszy, różnie ludzie gadają. Nikt nie wie na pewno, bo królowa nie chce nikogo wpuścić, choć sama często opuszcza swój pałac.

 Ledwo kobieta skończyła mówić, dały się słyszeć okrzyki nakazujące wszystkim zejść z drogi nadchodzącej grupie. Daniel i jego towarzysz odwrócili się w tamtą stronę i dostrzegli grupę pałacowej służby otaczającą swoją panią. Jak tylko zobaczyli, że zjawił się orszak królowej, zaczęli głośno zachwalać swój towar:

- Kupujcie eliksir siły! – krzyczeli wniebogłosy – Wystarczy zamoczyć w nim dłonie, a nawet największy mocarz nie będzie w stanie wam dorównać!

Aby pokazać, że mówią prawdę pokazali wszystkim, co potrafi zrobić Daniel po umyciu rąk magiczną wodą. Wkrótce wokół nieznanych kupców zebrał się tłum gapiów. Nawet królowa oderwała wzrok od drogich błyskotek, by popatrzeć na małego chłopca, który jedną ręką podnosił konia, a drugą podrzucał w powietrzu wóz z sianem.

- Pokażcie mi tę miksturę. – powiedziała.

Daniel posłusznie do niej podszedł, trzymając w rękach otwartą butelkę z przeklętą wodą. Nagle udał, że potknął się o coś, potrząsnął ręką i kilka kropel płynu znalazło się na butach królowej.

– Ty niezdarny prostaku! Zniszczyłeś moje nowe pantofelki! – krzyknęła rozgniewana i już chciała kazać zakuć obydwu kupców w dyby, gdy nagle spostrzegła, że na jej rękach nie ma już pierścieni, ani bransolet, które włożyła przed wyjściem, a w dłoniach trzyma garści piasku. W tej samej chwili z jej szyi i uszu posypały się na ziemię grudki węgla.

- Złodzieje! Okradli mnie! – krzyczała przerażona

Królowa była wściekła, że sobie z niej kpią, ale nie mogła nic na to poradzić, więc tylko klęła i tupała nogami ze złości. W tym całym zamieszaniu Daniel i jego towarzysz zdołali wymknąć się niepostrzeżenie.

Po powrocie do zamku królowa zajrzała do swoich szkatuł i spostrzegła, że tam także nie ma już biżuterii, tylko miał i piach. To samo zobaczyła, gdy zajrzała do skarbca – za sprawą przeklętej wody, całe jej złoto zamieniło się w piasek, a wszystkie klejnoty w węgiel. Królowa widząc, że ma do czynienia z jakąś nieznaną magią, po raz kolejny użyła magicznej laski, by poradzić się demonów. Jednak nawet one nie były w stanie wyjaśnić jej, kto, jak i dlaczego rzucił na nią czary. Rozczarowana kobieta w złości połamała magiczną laskę, a jej szczątki spaliła w kominku. Od tej pory nie mogła już liczyć na wsparcie złych duchów.

Tymczasem w leśnym dworze Joanna i czarodziejka czekały zaniepokojone na powrót dwóch uciekinierów, którzy tak nagle odeszli bez słowa. Dzięki wodzie z niebieskiego dzbana wiedziały, że udali się do stolicy i już chciały ruszać za nimi, gdy zobaczyły przez okno jak Daniel wraz z rycerzem biegną leśną ścieżką w stronę dworu. Gdy już dotarli na miejsce, opowiedzieli o swojej przygodzie i o tym, co usłyszeli na targu. Gniew obydwu dam na wieść o stanie króla natychmiast zniknął, a jego miejsce zajęła troska i chęć poznania prawdy. Joanna natychmiast zaproponowała użycie magicznych płynów. Czarodziejka natarła sobie powieki wodą z niebieskiego dzbana, wzięła głęboki oddech i powiedziała:

- Król nie choruje, ale eliksir, który podała mu żona sprawił, że stracił rozum. Choć nic mu nie dolega wierzy, że znajduje się już na łożu śmierci, a patrząc w lustro, zamiast swojej twarzy widzi siwego starca. Opatrznie rozumie wszystko, co usłyszy – złe wieści go cieszą, a dobre martwią. Wszyscy zaczęli już wątpić, że wasz ojciec kiedykolwiek wyzdrowieje.

- Przecież mamy dzban z błogosławioną wodą! – wykrzyknęła Joanna  - Ona na pewno mogłaby go uzdrowić. Musimy tam iść!

Wszyscy zgodzili się z nią i postanowili jak najszybciej udać się do króla. Tym razem także postanowili udawać cudzoziemców więc w swoją podróż wyruszyli w przebraniach. Dotarli do pałacu z zamiarem podania choremu błogosławionej wody.

Królowa, by nikt nie dowiedział się, co tak naprawdę dolega królowi, kazała wartownikom pilnować wszystkich wejść do zamku dzień i noc i surowo zabroniła im wpuszczać kogokolwiek do środka. Choć czarodziejka i jej towarzysze robili co mogli, by przekonać straże, i ich odpędzono od drzwi grożąc bronią. Przyjaciele już zaczęli wątpić, że uda im się dostać do zamku, gdy nagle Daniel wpadł na pewien pomysł.

- Chodźcie za mną. – powiedział – Znam jedno miejsce, gdzie będziemy mogli dostać się niezauważeni.

Zabrał towarzyszy na tyły zamkowych murów, tam, gdzie tylko cienka ściana dzieliła ich od ogrodu.

- Wciąż mam trochę wody z czerwonego dzbana. – powiedział Daniel, zwracając się do rycerza. – Gdybyś jej użył i podniósł ten mur, nikt by nie zauważył, że dostaliśmy się do środka.

Rycerz opłukał ręce w wodzie, którą podsunął mu chłopiec i bez trudu podniósł mur, dzięki czemu cała czwórka mogła dostać się do ogrodu. Czarodziejka, prowadzona przez dzieci udała się w stronę komnat króla. Gdy ktoś ją zaczepiał, mówiła, że jest tu na polecenie królowej, a wtedy nikt już nie zadawał jej pytań. W końcu cała trójka stanęła przed drzwiami komnaty króla. Tam jednak również postawiono straż.

– Jestem uzdrowicielką zza morza, ten mężczyzna to mój służący, a dzieci to moi uczniowie. – przedstawiła się czarodziejka. – Przynoszę cudowny napój, który wyleczy waszego króla.

- Królowa zabroniła nam kogokolwiek wpuszczać. – odpowiedziano jej. Usłyszał to stary ochmistrz więc podszedł zobaczyć, co się dzieje. A gdy zobaczył przybyszów i dowiedział się co przynoszą, powiedział tak:

- Jeśli ta dama naprawdę potrafi pomóc królowi, jego żona będzie nam wdzięczna. A skoro nikt tutaj nie potrafi wyjaśnić, skąd ta choroba się wzięła i jak ją wyleczyć, nie wolno nam odprawiać nikogo, kto może wiedzieć coś, czego my nie wiemy.

Po namyśle gwardziści zgodzili się z ochmistrzem i otworzyli przed przybyszami drzwi do komnaty króla. Chory leżał w łóżku i patrzył tępo w sufit, bredząc coś od rzeczy. Gdy uzdrowicielka do niego podeszła zaczął jej ubliżać, gdyż widział w niej ohydnego upiora. Czarodziejce udało się go jednak tak uspokoić zaklęciami, że chory w końcu wypił łyk błogosławionej wody. Magiczny płyn sprawił, że król natychmiast odzyskał zdrowie i zmysły, był jednak zbyt osłabiony, aby wstać. Kazał więc całej czwórce udać się do sąsiedniej komnaty i tam czekać na dalsze rozkazy po czym wezwał służbę, by pomogła mu się podnieść i ubrać.

Tymczasem do królowej dotarły już wieści o tajemniczej uzdrowicielce i jej towarzyszach, którzy w jakiś sposób dostali się do pałacu. Ta, obawiając się, że nieznajomi odkryją prawdziwą przyczynę choroby króla i zaszkodzą jej planom, natychmiast wezwała straże i kazała im niezwłocznie zabić intruzów. Gwardziści wpadli do sali, w której przebywali przybysze z zamiarem nadziania ich na halabardy, a ich pani weszła razem z nimi, by osobiście się przekonać, że wykonają polecenie. Rycerz dobył miecza, a czarodziejka starała się chronić dzieci za pomocą zaklęć, jednak podjudzani przez królową wartownicy przyparli całą czwórkę do ściany. Nagle do Sali wpadł król i zaczął domagać się wyjaśnień, zaś królowa robiła wszystko, by go zagłuszyć, krzycząc, że nieznajomi rzucili na niego urok.

Wtem zawiał wiatr, roznosząc zapach leśnych ziół, a przez otwarte okna wleciał rój świetlików. Bijący od nich blask na chwilę oślepił wszystkich zebranych, a gdy przetarli oczy spostrzegli, że zjawiła się nimfa-strażniczka. Stanęła między gwardzistami, a królem i bez słowa podniosła ręce ku górze. Natychmiast wszyscy wartownicy przywarli do ściany i znieruchomieli jak kamienne posągi. Nimfa nisko się skłoniła przed królem.  

- Najjaśniejszy panie – powiedziała mu – wybacz, że zjawiłam się bez zapowiedzi i zaatakowałam twoich żołnierzy, ale tylko w ten sposób mogłam uratować moich przyjaciół. Przybywam, by pomóc ci zobaczyć prawdę i zwrócić ci to co utraciłeś.

Powiedziawszy to, nimfa podeszła do dzieci i położyła ręce na ich czołach, a obydwoje natychmiast odzyskali swój dawny wygląd. Król bardzo się uradował widząc je żywe, a królowa wydała okrzyk rozpaczy czując, że właśnie wybiła jej ostatnia godzina. Nimfa jednak nie zwróciła na to uwagi i tylko strzepnęła ręce, przez co strażnicy odkleili się od ściany i mogli stanąć u boku swego władcy. Nimfa wzięła Joannę i Daniela za ręce po czym przemówiła tymi słowy:

- Źli ludzie wmówili wam, że bogowie pragną śmierci tych dwojga. – powiedziała nimfa – Ale to właśnie za sprawą tych bogów dzieci ocalały, a w ich rękach znalazły się cztery dzbany, które przez wiele lat czekały, aż znajdzie się ktoś godny takiego daru. Woda z niebieskiego dzbana pozwoliła im dowiedzieć się o chorobie króla, woda z czerwonego – dotrzeć do niego pomimo przeszkód, woda z białego dzbana przywróciła mu zdrowie, a dzięki wodzie z dzbana czarnego to królestwo nie będzie już nękane przez demony. Wszystkie cztery znajdują się teraz w królewskim skarbcu i mam nadzieję, że będziecie mądrze z nich korzystać. Pamiętajcie, że jeśli kiedykolwiek ich magia zostanie użyta do niecnych celów, dzbany z powrotem znajdą się w podziemnej sali, a ta znów zamknie się na wiele lat.

Gdy nimfa skończyła, dzieci podbiegły do ojca, a ten czule je uściskał. Służba i wartownicy przyglądali się temu w milczeniu, oszołomieni tym co widzieli, zdumieni tym co usłyszeli i wstydząc się swoich dawnych słów i czynów.

Gdy to się działo królowa, korzystając z zamieszania, wymknęła się z sali tronowej i uciekła do skarbca. Gdy tylko otworzyła drzwi, olśnił ją blask złota i klejnotów, które zdążyły już wrócić do dawnej postaci. Pośrodku, tak jak powiedziała nimfa, stały cztery dzbany. Królowa rozejrzała się i uśmiechnęła się do siebie. „Skoro moje kosztowności powróciły, być może uda mi się ukryć w którejś ze skrzyń, by później uciec z częścią złota i diamentów” pomyślała. Skierowała się więc w stronę największego z kufrów, jednak biegnąc, przez nieuwagę potrąciła czarny dzban, a woda z niego wylała się i przemoczyła na wylot jej buty i pończochy. Natychmiast wnętrzności królowej przeszył straszliwy ból, a jej wspaniały strój przemienił się w łachmany. Twarz kobiety poszarzała i pokryła się zmarszczkami, jej włosy zaczęły wypadać, a zęby kruszeć i gnić. Jak tylko to spostrzegła, z krzykiem wybiegła ze skarbca, a usłyszawszy jak skrzekliwy i nieprzyjemny stał się jej głos wpadła w jeszcze większą rozpacz. Ze spuszczoną głową, by nikt nie zauważył jej szpetoty, nie rozpoznana przez nikogo wybiegła z zamku, patrząc jak jej ciało się wykrzywia, a skóra pokrywa wrzodami. Gnała tak przed siebie, aż dotarła do bram miasta gdzie upadła wyczerpana w błotnistą kałużę. A gdy leżała zemdlona przejechał po niej wóz naładowany gnojem i taki był koniec tej niegodziwej kobiety.

Tymczasem w zamku wszyscy cieszyli się z cudownego ozdrowienia króla. Wdzięczny ojciec ze łzami w oczach dziękował nimfie-strażniczce za uratowanie jego dzieci, a czarodziejce i rycerzowi za opiekę nad nimi. Ze zdumieniem wysłuchał ich historii, a gdy usłyszał o wszystkich niecnych postępkach królowej zawrzał gniewem i już chciał wzywać kata, ale powstrzymała go przed tym nimfa.

- Twoja żona została już ukarana. – powiedziała – A jej magicznej laski i tak nikt nie zdoła już użyć. Nie musicie już martwić się o to co było. Lepiej patrzcie w przyszłość i zadbajcie o to, by nigdy więcej zło nie tryumfowało w waszym królestwie.

Powiedziawszy te słowa nimfa zniknęła tak nagle i niespodziewanie, jak się pojawiła.

Niedługo potem rycerzowi i czarodziejce wyprawiono huczne wesele, a król i jego dzieci świętowali razem z nimi do białego rana. Mówiono, że było to najradośniejsze wydarzenie w historii królestwa i nawet jeśli było w tym trochę przesady, goście z pewnością bawili się tak dobrze jak nigdy przedtem. Po zakończeniu biesiady, młoda para przeniosła się do nowego pałacu, który dostali od króla w prezencie ślubnym. A ponieważ czarodziejka nie obawiała się już dotyku swojego męża, nie minęło wiele czasu i urodziła im się prześliczna córeczka. A gdy dziewczynka dorosła, królewicz Daniel pojął ją za żonę, dzięki czemu wszyscy naprawdę stali się rodziną. I tak właśnie spełniło się życzenie Joanny.

poniedziałek, 11 maja 2020

Brzemienna Tułaczka


Mieszkańcy Wyspy Piarrelar lubią proste życie. Nie mają zbyt wielkiego zaufania do magii i starają się zniechęcić  czarodziejów do osiedlania się, a nawet do odwiedzania ich ziem. Najchętniej przebywają we własnym gronie, a wobec obcych są chłodni i podejrzliwi. Szczycą się tym, że do wszystkiego potrafią dojść sami, pracą własnych rąk, bez narażania się na niebezpieczeństwo, jakie niesie za sobą korzystanie z pomocy sił tajemnych.  Jeśli chodzi o potwory i magiczne istoty, to Wyspiarze widują je tylko w teatrze, a nawet takie okazje trafiają im się rzadko, gdyż nie jest to tam zbyt popularna forma rozrywki. Jednak nawet taka zamknięta, praktycznie myśląca i na pozór nudna społeczność ma swoje sekrety, jak również podania i legendy. A wśród nich znaleźć można historię o Brzemiennej Tułaczce.
Nikt nie wie na pewno, kim jest ta kobieta. Najczęściej mówi się, że była niegdyś zwykłą wieśniaczką do chwili gdy jej rozgniewana matka, zdradzony mąż lub odtrącony kochanek nie rzucił na nią klątwy. Bywała też rozpustną księżniczką, świętokradczą kapłanką, a nawet demonem. Jednak, choć istnieje tak wiele teorii o jej pochodzeniu i przeszłości, jej wygląd i zachowanie zawsze jest takie samo. Zawsze mówi się o kobiecie w łachmanach, która podróżuje sama, pieszo i nigdzie nie zatrzymuje się dłużej niż na noc. Wygląda na młodą, ale mówi i zachowuje się jak starowinka, a jej wiecznie podkrążone i spuchnięte od płaczu oczy zdradzają, że błąka się po świecie już od wielu lat. Ma wielki, wystający brzuch, jakby spodziewała się co najmniej bliźniąt, przez co właśnie nazywa się ją "brzemienną". Kobieta chodzi od miasta do miasta, od wsi do wsi i puka do drzwi obcych ludzi jak żebraczka. Nigdy nie prosi jednak ani o pieniądze, ani nawet o jedzenie. Jak jej otworzysz, najpierw będzie tylko stać w milczeniu ze spuszczoną głową. Dopiero, gdy trzeci raz zapyta się ją, czego chce, ta spojrzy rozmówcy w twarz i poprosi o nocleg. Nikt nigdy jej nie odmawia - być może z powodu niewiedzy lub zbyt miękkiego serca, albo też (jak twierdzą niektórzy) dlatego, że nie sposób spojrzeć w oczy kobiety i nie usłuchać jej próśb. Legenda mówi, że Tułaczka, nieważne gdzie trafi i jak zostanie tam przyjęta, rodzi nocą i odchodzi jeszcze przed świtem, zostawiając swoje dziecko w miejscu, gdzie nocowała. I czasem jest to niemowlę. Ale nie zawsze. 
   Brzuch Brzemiennej Tułaczki nigdy się nie zmniejsza i zawsze jest w nim jeszcze jedna istota, pragnąca wyrwać się na świat. Zdarzało się jej rodzić dzieci wszelkich ras, przeciętne, zdeformowane lub oszołamiająco piękne. Wydawała też na świat zwierzęta wszystkich gatunków, nawet takie, które zazwyczaj wykluwają się z jajek. Ale nawet to nie jest jej najbardziej zdumiewającym dziełem. Były też inne - siedmiogłowe węże, ludzie-nietoperze, owłosione ryby, gnomy i groźne ettiny. Podobno to z jej łona wyszły pierwsze nimfy i drudy. A wszystko to zostało rozsiane po świecie, gdyż matka tego przedziwnego rodzeństwa wciąż tuła się po świecie i nigdy nie patrzy wstecz. Czasami mówi się, że Brzemienna Tułaczka powierza ludzkie dzieci tym, którzy mają dobre serca, a złoczyńcy znajdują rankiem pod swym dachem jakąś przerażającą bestię. Ale wielu śmieje się z tej teorii. Na tym świecie bowiem kary i nagrody rzadko kiedy trafiają do tych, którym się one słusznie należą, a nawet gdyby sprawiedliwość istniała, czy mądrze byłoby liczyć na nią ze strony kogoś, kto stale porzuca tych, co najbardziej jej potrzebują?

poniedziałek, 4 maja 2020

Skradzione serce



Kiedyś, gdy świat był młodszy, mgły gęstsze, tajemnice dobrze ukryte, a uczucia tak silne, iż zdawały się być żywymi istotami, było sobie skaliste, nieprzyjazne pustkowie. Ludzie omijali je z daleka, gdyż nie znaleźliby tam niczego, co byłoby piękne, ciekawe lub pożyteczne. Zwierzęta i ptaki także zdawały się go nie lubić. Jednak wiele lat wcześniej - być może właśnie dlatego, że było tam tak chłodno, ponuro i samotnie - ktoś postanowił zbudować w tym miejscu wielką świątynię cichej bogini Adione. I rzeczywiście stanęła tam szara, potężna budowla o grubych murach, gdzie odcięte od świata i wiecznie pogrążone w rozmyślaniach kapłanki przebywały niby w więzieniu. W tej właśnie świątyni pewnego dnia znalazła się młoda dziewczyna o oczach tak jasnych jak niebo o świcie i włosach koloru krwi. Trafiła do tego dziwnego miejsca wbrew swej woli, gdyż jej rodzina jak najszybciej chciała pozbyć się uciążliwej krewnej, którą uważali z niezdatną do niczego marzycielkę. Nieszczęsna krążyła więc bez celu po długich korytarzach budowli, która wydawała jej się najpotworniejszym z lochów, bezskutecznie starając się pogodzić ze swoim losem. Jednak dni i noce mijały, a rozpacz dziewczyny rosła raczej niż malała. Nie znalazła tam żadnej przyjaciółki, a jej tęsknota za towarzystwem życzliwych ludzi i gorące pragnienie miłości doprowadzały ją nieomal do szaleństwa. Aż w końcu pewnej burzliwej nocy, gdy siedziała skulona na łóżku w swojej celi, nawet nie próbując zasnąć, nieopatrznie wypowiedziała na głos swoje życzenie:
- Oddałabym wszystko, za jedną szczęśliwą chwilę w ramionach kochanka!
Nagle usłyszała ogłuszający huk, a chwilę potem jej ciemny pokoik wypełniło oślepiające światło. Po chwili, gdy już była w stanie otworzyć oczy, odważyła się rozejrzeć. Na drugim końcu celi, tuż pod oknem, stał przystojny młodzieniec o głębokich, ciemnych oczach patrzących na nią z sympatią i współczuciem. Dziewczyna chciała zapytać go, kim jest i skąd się tu wziął, ale z jakiegoś powodu nie mogła się na to zdobyć. Otarła więc tylko łzy z twarzy i wyciągnęła do niego ramiona. Resztę nocy spędzili razem, a kiedy wzeszło słońce, młodzieniec wyślizgnął się z objęć śpiącej dziewczyny i zabrał jej serce, po czym zniknął zabierając swą zdobycz ze sobą.
Gdy dziewczyna się obudziła, była już sama. Z początku sądziła, że to, co zdarzyło się w nocy, było tylko snem i nie zauważyła swojej straty. Później jednak, gdy spostrzegła, jak kapłanki odsuwają się od niej z obawą i wstrętem w oczach, kiedy odkryła, że nic nie jest w stanie jej wzruszyć, a chłód w piersi stał się nie do zniesienia, stopniowo uświadomiła sobie prawdę. Wiedziała, iż życie bez serca byłoby puste, nieszczęśliwe i złe, a także, że każdy kto ją spotka natychmiast rozpozna w niej osobę przeklętą. Pewnej nocy zdobyła się więc na odwagę by uciec ze świątyni. Cichaczem wymknęła się ze swojej komórki i ukryła w wozie, którym do świątyni dostarczano żywność. Gdy rano właściciel wyruszył w drogę, dziewczyna poczekała aż się oddali, po czym wyskoczyła na drogę. Od tej pory szła sama przed siebie w nadziei, że odnajdzie tego, kto pozbawił ją tak cennego skarbu.
Jej podróż trwała długo. Szła przez góry i doliny, łąki i lasy, miasta i wioski, miejsca nowe i bogate i te stare i zniszczone nie znajdując żadnej odpowiedzi. Nikt zresztą nie kwapił się do rozmowy z nią, jakby przeczuwając, że dziewczyna nie jest już do nich podobna. Wszędzie traktowano ją jak wyrzutka i żaden z napotkanych ludzi nie chciał spojrzeć jej w oczy. Jednak to wszystko zamiast zniechęcić dziewczynę, tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że musi odnaleźć młodzieńca lub umrzeć. Aż w końcu, po wielu dniach tułaczki, dotarła do królewskiej stolicy. Było to bogate i przepiękne miasto. Jego ulice były wybrukowane i czyste, sklepy pełne egzotycznych towarów, a dziewczynę co chwilę mijał jakiś elegancki powóz. Mieszkańcy miasta nosili jaskrawo kolorowe stroje, rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami z poważnym wyrazem twarzy (nierzadko w obcych językach) i poruszali się lekko i z wdziękiem jakby płynąc wśród tłumu. Było tam też wielu przybyszów, których łatwo dało się rozpoznać po tym, iż często zmieniali kierunek swego marszu, przyglądali się wszystkiemu ze zdumieniem w oczach, a często nie mogli powstrzymać okrzyków podziwu. Ale dziewczyna szła przed siebie, nie okazując żadnych emocji, choć to co widziała, było tak niezwykłe i tak bardzo różniło się od tego, co znała dotąd. Tylko raz, stojąc przed wspaniałym, pozłacanym pomnikiem i wspominając mijane przedtem kamienice, kościoły i place, powiedziała sobie w duchu: „Jakie to wszystko mogłoby być cudowne, gdybym tylko miała serce!”.
Wtem do uszu dziewczyny dobiegły odgłosy trąb i radosne okrzyki, dochodzące, jak się zdawało, z głównej ulicy. Postanowiła pójść w tamtą stronę by zobaczyć, co się dzieje. Dostrzegła gęsty tłum stłoczony na chodniku, który najwyraźniej obserwował jakiś pochód lub paradę.
-  Co tu się dzieje? – spytała jednego z gapiów
- Nasz król wraz z żoną i trzema synami powrócił właśnie z dalekiej podróży. Całe miasto wyszło im na spotkanie. – odpowiedział mężczyzna.
Mimo ścisku, dziewczynie udało się podejść na tyle blisko, by móc dobrze się wszystkiemu przyjrzeć. Było to doprawdy wspaniałe widowisko. Na czele jechał wspaniale ubrany herold, który donośnym głosem obwieszczał powrót królewskiej rodziny, nakazując przechodniom usunąć się z drogi. Za nim jechali muzykanci dmąc w trąby, potem rycerze i świta. Aż w końcu w zasięgu wzroku pojawił się wspaniały odkryty powóz. W tym momencie wszyscy mieszkańcy miasta zaczęli głośniej jeszcze niż przedtem wiwatować na cześć swoich władców: dumnego króla, wytwornej królowej, przystojnych i zadowolonych z życia królewiczów. Ale dziewczyna, której ukradziono serce nie przyłączyła się do owacji. Zakryła za to twarz ramieniem i dyskretnie wycofała się z tłumu. Wiedziała, że jej tułaczka właśnie dobiegła końca. W najmłodszym z trzech królewiczów dziewczyna rozpoznała bowiem złodzieja.
Następnego dnia, dziewczyna poszła do pałacu, by spytać czy nie przyjmą jej tam do pracy. Choć w pierwszej chwili nie wzbudziła zaufania, w końcu zdecydowano się zatrudnić ją w kuchni. Przez długie tygodnie dziewczyna mieszkała w pałacu wykonując same najgorsze prace. Robiła co mogła, by nie rzucać się w oczy i z nikim nie rozmawiała. Ale oczy i uszy zawsze miała szeroko otwarte i zapamiętywała wszystko co widziała i słyszała. Dzięki temu wkrótce wiedziała już wiele o królewiczu. Z tego co mówiono wśród służby, od jakiegoś czasu bardzo się zmienił – zaczął unikać rodziny, zraził do siebie przyjaciół, stał się chłodny i nieprzystępny. Najciekawsza ze wszystkich była jednak informacja wyszeptana kiedyś pewnej ładnej pokojówce przez jednego ze stajennych, którą czerwonowłosej pomywaczce udało się podsłuchać. Okazało się bowiem, że mniej więcej co miesiąc królewicz w tajemnicy przed wszystkimi udaje się do lasu małym powozem w towarzystwie jednego tylko sługi – a robił to tylko wtedy, gdy księżyc stawał na nowiu. Dziewczyna zapamiętała to dobrze i postanowiła zaczekać. Podczas następnego nowiu wymknęła się nocą i w momencie, gdy królewicz wsiadał właśnie do powozu, podkradła się niezauważona i usiadła z tyłu na dyszlu. Woźnica trzasnął z bata i troje podróżnych opuściło teren zamku, zanurzając się w ciemności nocy. Jechali lasem: gałęzie drzew ocierały się o drzwi powozu, w którym jechał królewicz, a droga była tak wyboista, że siedzącej z tyłu dziewczynie kilka razy groził upadek. Kurczowo trzymając się wystających elementów, gorączkowo zastanawiała się, w jaki sposób udało im się nie zgubić w całkowitej ciemności i jak to możliwe, że przemieszczali się w zupełnej ciszy, nie wydając najmniejszego dźwięku. W końcu dotarli na miejsce. Stali pod murem z czarnego kamienia, którego z jakiegoś powodu nie można było dostrzec z daleka. Brama była zamknięta. Z małego okienka wyjrzała drobna, łysa głowa o wyłupiastych oczach i zakrzywionym nosie, pokryta delikatnym puchem. Na widok intruzów, stwór zaczął się awanturować skrzekliwym głosem, ale zamilkł, gdy tylko królewicz wystawił głowę i wypowiedział kilka niezrozumiałych słów. Wtedy głowa zniknęła i chwilę później brama powoli otworzyła się, nie wydając żadnego dźwięku. Powóz wjechał na dziedziniec ogromnego dworu, o bogato zdobionej fasadzie wykonanej z jakiegoś dziwnego błekitnobiałego kamienia, który lśnił w ciemności – cały budynek otaczała miękka smuga światła podobnego do światła niewidocznego tej nocy na niebie księżyca. Jak tylko powóz stanął. Królewicz natychmiast z niego wyskoczył i nie czekając, wbiegł do dworu. Główne wejście zniknęło, jak tylko książę przez nie wszedł – gdy siedząca z tyłu dziewczyna odważyła się w końcu wyjść i spojrzeć w tamtą stronę, ujrzała w tym miejscu pustą ścianę. Niezrażona podeszła do woźnicy (który wyprostowany jak struna i niewzruszony jak głaz oczekiwał na dziedzińcu powrotu swojego pana) i pokazała mu swój złoty łańcuszek, mówiąc:
- Dam ci go, jeśli przyrzekniesz, że nie powiesz o mnie księciu. Oprócz tego chcę, żebyś, zanim odjedziesz, zatrzymał się na chwilę przed bramą i głośno trzasnął z bata.
Woźnica zgodził się, więc czerwonowłosa dziewczyna oddała mu swój łańcuszek, a sama zaczęła rozglądać się za jakimś innym wejściem do wnętrza dworu. Długo szukała i kilka razy była skłonna się poddać, aż w końcu dostrzegła małe, dobrze ukryte drzwiczki w cieniu po lewej stronie. Jednak jak tylko je uchyliła, usłyszała głośne trzaśnięcie z bicza. Domyśliła się, że przez ten czas królewicz zdążył już załatwić swoje sprawy, więc czym prędzej wybiegła na dziedziniec. Znów udało jej się niepostrzeżenie usiąść na dyszlu i tym sposobem wszyscy troje wrócili do pałacu przed wschodem słońca, tak, że nikt nie zauważył ich nieobecności.
Przez następny miesiąc, dziewczyna udawała, że nic się nie stało i starała się zachowywać tak jak zawsze. Przekonała się, że królewicz nadal nie wie o tym, iż poznała przynajmniej część jego tajemnicy i spokojnie wyczekiwała kolejnego nowiu. W końcu nadeszła ta noc. Znów dziewczynie udało się niepostrzeżenie wymknąć z zamku i dotrzeć tą samą drogą co ostatnio  do ukrytego w lesie dworu. Jak tylko królewicz wszedł do środka, dziewczyna oddała woźnicy swoje kolczyki, prosząc by i tym razem ukrył jej obecność i umożliwił powrót do zamku. Ten znów się zgodził, dziewczyna więc od razu się oddaliła i bez trudu dotarła do znalezionych wcześniej drzwiczek. Uchyliła je więc i cicho wślizgnęła się do środka. Znalazła się w długim korytarzu, pozbawionym jakichkolwiek okien i lamp, a jednak nie pogrążonym w ciemności. Na jego końcu, dziewczyna dostrzegła drugie drzwi, gdy je otworzyła znalazła się w wielkiej, okrągłej sali, w samym środku której stał posąg pięknej kobiety w wianku z lilii na głowie. Można z niej było wyjść którymiś z kilkunastu różnych drzwi. Dziewczyna otworzyła pierwsze z nich i zobaczyła komnatę pełną klejnotów, które unosiły się w powietrzu i goniły się nawzajem, chichocząc przy tym jak małe dzieci. Za następnymi były wszystkie dźwięki, jakie tylko można usłyszeć zamknięte w małych buteleczkach. Trzecie drzwi skrywały śpiącego gryfa, czwarte – lśniące kryształy, w których odbijały się twarze wszystkich królów i królowych świata. Dziewczyna otwierała wszystkie drzwi po kolei, a za każdymi znajdowała inną cudowną tajemnicę. W końcu otworzyła ostatnie i znalazła zwykłe schody prowadzące na górę. Chciała się tam wpiąć, jednak w połowie drogi, przez małe okienko dostrzegła królewicza wsiadającego do swego powozu. Znów dotarło do niej, że straciła za dużo czasu, więc jak tylko drzwiczki się za nim zamknęły, wyskoczyła przez okno. Na szczęście dla niej, woźnica nie zapomniał zatrzymać się przed bramą, przez co dziewczynie po raz kolejny udało się bezpiecznie wrócić do zamku.
Przez następny miesiąc, dziewczyna zastanawiała się, czy aby na pewno warto ryzykować po raz kolejny. Tym razem nie mogła już mieć pewności, że nikt jej nie zauważył i, że królewicz niczego się nie domyśla. Poza tym nie miała już nic cennego, więc nie mogła dłużej liczyć na dyskrecję woźnicy. Mimo to, gdy księżyc znów stanął na nowiu, dziewczyna, przekonana, że to jej jedyna szansa, po raz trzeci wyruszyła do ukrytego w lesie dworu. Gdy tylko królewicz zniknął w jego wnętrzu, jego nieznana towarzyszka podróży cicho podbiegła do ukrytych drzwi, przebiegła przez okrągłą salę i prędko wbiegła po schodach na górę. Znalazła się w ciasnym, ciemnym korytarzu. Naprzeciw schodów dostrzegła lekko uchylone drzwi, zza których dobywało się światło. Dziewczyna przycupnęła przy nich i zajrzała do środka przez szparę. Zobaczyła wielką salę oświetloną tysiącami świec. W jej środku, na podwyższeniu stał bogato rzeźbiony, granitowy tron. Zajmowała go piękna pani o włosach koloru białego złota, ubrana w granatową, haftowaną suknię w wieńcu z lilii na głowie. Obserwująca ją z ukrycia dziewczyna bez trudu rozpoznała w niej kobietę, przedstawioną na pomniku piętro niżej. Za tronem, na dwóch nogach stał nadzwyczajnie wysoki kozioł o długich rogach ubrany w błyszczącą liberię. Trzymał w ramiona coś, co obserwatorka w pierwszej chwili wzięła za niemowlę, jednak po chwili stwierdziła, że jest to zwykła sowa otulona kocem. U stóp tronu klęczał królewicz trzymając małą szkatułkę. Za nim stał niski, pokryty puchem stwór, podobny do tego, który pilnował bramy.
- O najcudowniejsza i najpotężniejsza Pani Nocy, przynoszę ci serce, które zdobyłem ubiegłej nocy. Pochodzi ono od młodego chłopca, który jeszcze do niedawna darzył gorącym uczuciem córkę pewnego uczonego. – powiedział królewicz. Następnie stojący za nim stwór wziął od niego szkatułkę i z ukłonem podał go swej pani. Ta natychmiast ją otworzyła i zajrzała do środka. Po chwili zamknęła wieko i z uśmiechem zadowolenia zwróciła się do klęczącego przed nią młodzieńca:
- Po raz kolejny mnie nie zawiodłeś, książę. Wygląda na to, iż zasłużysz na tytuł Władcy Dni szybciej, niż się tego spodziewałeś. – po czym skinieniem dłoni dała mu znak, że może wstać. Książę usłuchał tego niemego rozkazu i zbliżył się do tronu Pani Nocy. Pochylił się w jej stronę i zapytał:
- Czy nie sądzisz, że dość już dla ciebie zrobiłem? Służę ci od dawna, a jak dotąd nie dostałem nic w zamian prócz obietnic. Mój ojciec się starzeje, a bracia traktują mnie coraz chłodniej. Podczas gdy ty, pani żyjesz sobie spokojnie w swym ukrytym dworze, ciesząc się wszystkimi jego cudami, ja wciąż zastanawiam się, ile czasu mi pozostało. Być może będę martwy na długo przed tym, jak zdecydujesz się mnie wreszcie wynagrodzić.
Słysząc te słowa, Pani Nocy wpadła w straszny gniew. Odepchnęła od siebie młodzieńca, a gdy ten upadł na posadzkę, jego ciało było pokryte szronem. Ukryta za drzwiami dziewczyna  mogła tylko patrzeć, jak mężczyzna, którego kiedyś kochała zwija się z bólu. Jednak po chwili wszystko ustało, a książę, znów wyglądający jak dawniej, kornie przepraszał swą panią za zuchwałe słowa.
- Wybaczam ci, mój przyjacielu. – rzekła Pani Nocy – lecz pamiętaj, że jeśli znów mi się sprzeciwisz, stracisz nie tylko to, co mogłeś zyskać, ale i to, co masz teraz. Następnego nowiu znów się spotkamy i wtedy dowiesz się, jakie będzie twoje ostatnie zadanie. Możesz się oddalić.
Królewicz skłonił się po raz ostatni i odwrócił się, by odejść. Pani Nocy podbiegła jednak do niego i zatrzymała przy samych drzwiach.
- Bądź ostrożny – szepnęła mu do ucha – jeden z moich sług widział ostatnio jakąś drobną istotkę skaczącą z okna, twierdzi też, że ta sama osoba dwa razy przyjechała tu z tobą. Przedtem mu nie wierzyłam, ale teraz myślę, że komuś może zależeć na tym, by odkryć twoją tajemnicę.
Tymczasem dziewczyna, pewna już, że jest tylko jedną z ofiar tej pary, nadal siedziała skulona pod drzwiami, nie wiedząc, co powinna zrobić. Gdy przypomniała sobie o tym, że należałoby wrócić do zamku, było już za późno – w momencie, w którym dotarła z powrotem na dziedziniec, brama akurat się zamykała. Nieszczęsna intruzka stała więc na podwórzu, zastanawiając się, jak mogłaby uciec z miejsca, gdzie czyhało na nią tyle niebezpieczeństw. W końcu dostrzegła dziwne klatki stojące przy samym murze – najwyższe z nich niemal dorównywały mu wysokością. Niewiele myśląc, dziewczyna zaczęła wspinać się na jedną z nich, nie zastanawiając się nawet nad tym, co może być uwięzione w środku. Jednak gdy była już prawie u szczytu, zamknięte w klatce stworzenie wydało z siebie donośny wrzask. Dziewczyna czym prędzej przeskoczyła mur, jednak wszyscy mieszkańcy dworu zdążyli się już dowiedzieć o jej obecności. Na rozkaz Pani Nocy klatki zostały otwarte, a zamknięte w nich stworzenia wysłano w pościg za uciekinierką. Czerwonowłosa dziewczyna biegła przez ciemny las ścigana przez trzy potwory, których ciała przypominały ludzkie, jednak miały głowy, skrzydła i szpony nietoperza. Nagle zza drzewa wyskoczyło dziwne stworzenie. Przypominało umięśnionego mężczyznę, ale jego włosy były zupełnie białe, paznokcie długie, czarne i ostre jak noże, a całe ciało pokryte zieloną, gadzią łuską. Potwór rzucił się na trzy nietoperzopodobne stwory i zaczął szarpać ich ciała, dotkliwie je raniąc, co zmusiło jego przeciwników do ucieczki. Przez cały ten czas dziewczyna, która nie mogła uwierzyć w to co widzi, siedziała ukryta w krzakach obserwując walkę strasznych istot. Dopiero kiedy wysłannicy Pani Nocy oddalili się na dobre, odważyła się wyjść z ukrycia i podejść do swojego wybawcy. Jak tylko pokryty łuską potwór ją zobaczył, wyszczerzył do niej w uśmiechu swoje krokodyle zęby.
- Dlaczego mnie uratowałeś? – spytała dziewczyna – Przecież nawet mnie nie znasz.
Dziwne stworzenie spojrzało na nią ze smutkiem i opowiedziało jej swoją historię:
- Odkąd pamiętam, zawsze żyłem w tym lesie. Moi rodzice uciekli tu przed swymi prześladowcami i ukrywali się tu przez długie lata. Nie mieli z czego żyć, więc, aby zapewnić chleb swej rodzinie, mój ojciec był zmuszony przyłączyć się do rozbójników. Dorastałem w ich towarzystwie i z czasem poznałem wszystkie tajniki ich fachu. Byłem jeszcze wtedy człowiekiem, podobnym do ciebie, jednak moje rozwijające się zamiłowanie do wszystkiego co złe powoli zaczęło oddalać mnie od tego co ludzkie. Kiedy moi rodzice umarli, pozbyłem się wszystkich skrupułów. Nie tylko nie rabowałem wyłącznie z przymusu, jak niegdyś mój ojciec, ale uwielbiałem to robić i nigdy nie byłem bardziej szczęśliwy jak wtedy, gdy odkryłem jakąś nową metodę znęcania się nad tymi, którzy mieli nieszczęście wpaść w moje ręce. Moje imię zaczęło budzić lęk, a opowieści o moich czynach rozniosły się po okolicy. Jednak wszystko skończyło się w dniu, gdy matka pewnego zamordowanego przeze mnie studenta rzuciła na mnie klątwę. „Niech każdy, kto na ciebie spojrzy, zobaczy cię takim, jakim jesteś naprawdę” powiedziała, a ja zmieniłem się w tę odrażającą istotę, którą widzisz teraz. Nie miałem już dokąd wrócić – wszyscy, których do tej pory uważałem za sprzymierzeńców odwrócili się ode mnie ze wstrętem, a moi najlepsi kompani kilkakrotnie usiłowali mnie zabić. Już od kilku lat błąkam się, unikając ludzi i mogąc obserwować ich kłopoty i nieszczęścia tylko z daleka. Szczerze żałuję tego, co robiłem dawniej, jednak w tym ciele nie mogę w żaden sposób odkupić swoich win. Tylko jedno może mnie uratować – szczere, gorące łzy, które z ludzkich oczu wycisnęło współczucie dla mnie. Jesteś pierwszą osobą, która nie bała się do mnie zbliżyć, i której mogłem zwierzyć się, ze swego nieszczęścia. Pomóż mi, proszę!
- Niestety nie mogę ci pomóc – odrzekła dziewczyna – bo nie mam serca. Podstępem zabrał mi je najmłodszy królewicz i oddał  Pani Nocy, tak, jak i wiele innych. Wierzę, że gdybym je odzyskała, mogłabym bez trudu uwolnić cię od klątwy. Jednak nie będzie to łatwe, gdyż Pani Nocy już wie, że go szukam i to ona nasłała na mnie te nietoperze.
- Dobrze znam tę czarownicę – odpowiedział zaczarowany rozbójnik – żyjąc w tym lesie, nie można nie słyszeć podań i plotek na jej temat, a często widuje się tu też jej wysłanników. Trudno ci będzie wrócić do jej dworu. Pani Nocy jest co prawda zupełnie bezbronna w ciągu dnia, ale dostać się do jej domu można tylko po zachodzie słońca.
- W takim razie powinnam tam wejść tuż przed świtem – powiedziała dziewczyna – Tylko jak mam ominąć straże?
- Chętnie ci w tym pomogę – powiedział potwór,  po czym zabrał dziewczynę do groty, w której mieszkał, by mogła wypocząć.
Gdy następna noc dobiegała już końca, potwór podszedł do otaczającego dwór muru i zaczął głośno wyśmiewać stwora pilnującego bramy, aż w końcu ten, czerwony z wściekłości, wystawił głowę przez okno.
- Kto cię tu zapraszał, paskudo?! – zawołał z wściekłością – Masz jakąś sprawę, czy tylko chciałeś poobrażać lepszych od siebie?
- Lepszych? Jakoś nie wydaje mi się, żebyś był mniej paskudny ode mnie. A nawet jeśli, to i tak nie możesz się ze mną mierzyć. Założę się, że nie byłbyś w stanie dorzucić deski nawet w połowie tak daleko jak ja!
To rzekłszy, potwór wyrwał jedną deskę z drzwi i z całej siły rzucił nią w stronę lasu. Łysy stwór spojrzał na niego z pogardą.
- Ty to nazywasz rzutem? Już ja ci pokażę co to znaczy rzucać – krzyknął, po czym wyrwał drugą deskę z drzwi i rzucił ją przed siebie.
- No i co powiesz gadzie?! – zawołał ze złośliwym uśmiechem
Tymczasem, przez powstałą w drzwiach dziurę, czerwonowłosa dziewczyna wślizgnęła się do środka. Weszła do dworu tymi samymi drzwiczkami, których używała wcześniej i zaczęła biegać bezładnie po korytarzach, zastanawiając się, w której z sali może być ukryte jej serce. W pewnym momencie trafiła do małego, pozbawionego okien pokoiku. Jego ściany pokryte były ciemnofioletową materią, tego samego koloru był też leżący na podłodze dywan, a także szafa i dziecięce łóżeczko w głębi pokoju oraz stojące przed kominkiem dwa pluszowe fotele. Na jednym z foteli siedziała sowa ubrana w liliową sukienkę. Gdy tylko zobaczyła przyglądającą się jej dziewczynę,  rzuciła się z pazurami w jej stronę. Sowa dotkliwie podrapała intruzkę, a gdy tej udało się ją od siebie odepchnąć, wyfrunęła na korytarz, hucząc przeraźliwie. Dziewczyna próbowała uciec, ale wpadła wprost w objęcia kozła-służącego. Pocieszało ją tylko jedno – przechodząc koło okna dostrzegła, że słońce już wzeszło. Kozioł doprowadził dziewczynę do Sali, którą ta wcześniej widziała zza uchylonych drzwi. Na samym jej środku stała Pani Nocy, patrząc na nią z wściekłością.
- A, więc to ty znów wtargnęłaś do mojego domu! Chciałaś wykraść moje sekrety i zawłaszczyć sobie moje skarby!
- Nie, pani. – wyjąkała rozciągnięta u jej stóp dziewczyna – Wcale mi nie zależy na twoich sekretach i skarbach. Chciałabym tylko odzyskać swoje serce. Proszę, oddaj mi je!
Słysząc te słowa, jasnowłosa czarownica wpadła w jeszcze większy gniew. Uniosła rękę, chcąc rzucić na dziewczynę jakąś klątwę, jednak wtedy przypomniała sobie, że po wschodzie słońca jest bezsilna.
- Dobrze więc. – powiedziała spokojniejszym tonem – Dostaniesz swoją szansę. Chodź za mną.
Zaprowadziła dziewczynę do komnaty piętro wyżej. Była to wielka sala całkowicie wypełniona kryształowymi meblami, w której znajdowały się setki ludzkich serc. Niektóre z nich leżały na stolikach, inne na regałach lub w gablotkach, jeszcze inne były umieszczone w zawieszonych pod sufitem słojach, również wykonanych z kryształu. Były tam i małe serduszka dzieci i skurczone serca starców, serca bijące i zastygłe, ciepłe i zimne, takie, z których wydobywał się blask i inne, czarne jak węgiel. Z każdego z nich dobywał się jakiś dźwięk – wkoło słychać było: szepty, cicho nucone melodie, śmiech, płacz, odgłosy przypominające szum wiatru i takie, przywodzące na myśl szemrzenie strumyka.
- Jedno z nich jest twoje – powiedziała Pani Nocy – masz teraz szansę je odnaleźć. Ale pamiętaj, nie wolno ci się pomylić. Możesz dokonać wyboru tylko raz.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Ostrożnie przestąpiła próg komnaty i zaczęła się po niej rozglądać, nie wiedząc, czego tak naprawdę szuka. Przyglądała się uważnie każdemu mijanemu sercu, ale żadne nie wydało jej się znajome. Słuchała ich – ale nie rozpoznała żadnego głosu. W końcu zaintrygowało ją jedno z tych, które zwisały z sufitu. Gdy podeszła bliżej, zaczęło szeptać jakieś niezrozumiałe słowa, ale dziewczyna nie miała wątpliwości, że zwraca się ono bezpośrednio do niej. Stanęła na palcach, chcąc je ściągnąć, jednak w tej samej chwili pękł przytrzymujący naczynie, w którym było umieszczone łańcuch, a kryształowy słój wpadł  prosto w ręce dziewczyny. Ta, nie zastanawiając się już dłużej wyjęła z niego serce i trzymając je w ręce podeszła z powrotem do drzwi. Pani Nocy już tam nie było. Znajdował się tam natomiast kozi sługa, który natychmiast sprowadził dziewczynę na dół i wypchnął za drzwi. Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, dwór zniknął, a ona spostrzegła, że znów jest sama w głębi lasu. Wtedy zza drzewa wynurzył się jej odrażający przyjaciel.
- Masz je? – spytał z nadzieją w głosie. Dziewczyna skinęła głową i spróbowała umieścić serce z powrotem w swej piersi. Jednak nie była w stanie tego zrobić. Poprosiła o pomoc potwora, jednak on też nie potrafił tego zrobić. Po kilku nieudanych próbach obydwoje zrozumieli, że dziewczyna dokonała złego wyboru.
Następne tygodnie były dla obydwojga niekończącym się koszmarem. Nie tylko stracili szansę na odwrócenie złego losu, ale też wiecznie musieli się ukrywać. Za dnia las przeszukiwali wysłannicy królewicza (który łatwo domyślił się, że to właśnie zaginiona pomywaczka śledziła go podczas comiesięcznych wypraw), a po zmroku krążyły po nim różne potwory wysyłane tam przez Panią nocy. Na szczęście, grota, w której wciąż mieszkali uciekinierzy, była dobrą kryjówką. Poza tym, czerwonowłosa dziewczyna potrafiła zmylić każdą pogoń, a zaczarowany rozbójnik – wygrać każdą walkę. Mimo to, żadne z nich nie wiedziało co począć i oboje byli przekonani, że długo tak nie pociągną. Aż w końcu pewnej nocy, gdy księżyc stanął na nowiu, ukryci między drzewami usłyszeli znajomy terkot kół. To królewicz znów jechał przez las, tą samą drogą co zawsze. Gdy tylko zaczarowany rozbójnik zobaczył powóz, rozwścieczony rzucił się w jego stronę. Dogonił go bez trudu, po czym zatrzymał ciągnącego go konia, po czym wyciągnął a niego królewicza i rzucił go swej towarzyszce pod nogi. W tym momencie serce, które dziewczyna zawsze nosiła przy sobie, zaczęło gwałtownie bić. Ta od razu domyśliła się co to znaczy i bez trudu umieściła je w piersi królewicza. Pasowało idealnie. Królewicz, który jakby ocknął się z głębokiego snu, od razu rozpoznał stojącą przed nim dziewczynę. Uświadomił sobie, że Pani Nocy jest wrogiem ich obojga i zgodził się pomóc swojej niegdysiejszej ofierze. Dziewczyna wsiadła do powozu, a królewicz dał jej magiczną szarfę, dzięki której mogła stać się niewidzialna.
- Ale co mam zrobić, by uniknąć zemsty Pani Nocy? Jak ją pokonać?
- Jest pewien sposób – odpowiedział królewicz – Jeśli promienie słońca oświetlą jej pomnik, czarownica padnie martwa.
- Myślę, że uda mi się to zrobić, jeśli odwrócisz jej uwagę. – odpowiedziała dziewczyna
W końcu dojechali do dworu. Potwór został z tyłu i ukrył się za murem. Dziewczyna zawiązała magiczną szarfę i weszła magicznym wejściem razem z księciem. Rozdzielili się przy schodach – królewicz poszedł na górę, a jego niewidzialna towarzyszka wymknęła się do okrągłej sali.
Książę wszedł do sali tronowej starając się zachowywać tak, jakby nic się nie zmieniło. Pani Nocy, jak zwykle w pięknej sukni i wieńcu z lilii, oczekiwała go tam. Uśmiechnęła się.
- Widzę, że dziś nic dla mnie nie masz. – rzekła – Ale nic nie szkodzi. Mam dla ciebie specjalne zadanie. Jeśli mnie nie zawiedziesz, dostaniesz wszystko, czego pragnąłeś. Uczynię cię Władcą Dni – będziesz miał nieograniczoną moc, a bracia już nigdy nie będą w stanie ci zagrozić. O ile dochowasz mi wierności, cały świat będzie skłonny poddać się twojej władzy.
Słysząc te słowa, królewicz zawahał się. Choć odzyskał swe serce, nadal sądził, że Pani Nocy pragnie jego dobra i nie był już pewien, czy rzeczywiście chce ją zniszczyć. Najpierw postanowił ją jednak zapytać:
- Jakie zadanie chcesz mi powierzyć?
- Chcę, by za miesiąc do mojej kolekcji dołączyły serca króla i królowej.
Usłyszawszy, jakie ta czarownica ma plany wobec jego rodziców, królewicz nie mógł już dłużej hamować gniewu. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, dobył miecza i rzucił się na siedzącą na tronie kobietę. Ta dłonią zatrzymała ostrze, po czym odepchnęła od siebie napastnika i wydała z siebie głośny, przeciągły krzyk. Chwilę później w Sali zaroiło się od potworów.
Gdy to wszystko się działo, niewidzialna dziewczyna dotarła do miejsca, gdzie stał pomnik. Niestety nie było tam żadnych okien, które mogłaby otworzyć lub odsłonić. Gdy dziewczyna zastanawiała się, co robić, nagle przypomniała sobie gryfa ukrytego za jednymi z drzwi. Otworzyła je więc. Tym razem gryf nie spał – siedział na podłodze i znudzony wpatrywał się w ścianę. Dziewczyna zdjęła szarfę i zaczęła nią machać przed dziobem zwierzęcia. Gryf poruszył się i zaczął iść w jej stronę. Dziewczyna poczekała, aż przejdzie przez drzwi, po czym wskoczyła mu na grzbiet. Gryf zaczął się miotać na różne strony i szaleńczo machać skrzydłami, chcąc ją zrzucić. Chwile przed tym, jak chciał poderwać się do lotu, dziewczyna zsunęła się niepostrzeżenie. Wściekły gryf ruszył przed siebie i wybiegł z budynku przebijając po drodze dwie ściany. Teraz pozostało tylko czekać na wschód słońca.
Jak tylko pierwsze promienie poranka padły na pomnik, piętro wyżej Pani Nocy padła martwa, a wszyscy jej słudzy rozpierzchli się przerażeni. Zmęczony walką królewicz usiadł na tronie. Tam zastała go dziewczyna. Obydwoje poszli na górę, tam, gdzie przechowywano serca. Dziewczyna jeszcze raz obeszła dokładnie komnatę, uważnie przyglądając się wszystkiemu. Przez długi czas nie działo się nic nadzwyczajnego, dopiero gdy podeszła do półki w najdalszym kącie sali, jedno z serc roześmiało się radośnie. Dziewczyna wzięła je do ręki i bez trudu umieściła w swej piersi. Ogarnęło ją cudowne uczucie. Radość tak wielka jakiej dotąd nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, ulga, podobna do tej, którą odczuwa więzień po latach wychodzący na wolność i połączone z niedowierzaniem szczęście, jakby właśnie powróciła z krainy umarłych – wszystko to obudziło się nagle w jej wnętrzu i wypełniło jej ciało przywracając jej siły do życia. Dziewczyna natychmiast zbiegła na dół, by powiedzieć przyjacielowi o tym, co zaszło. Zastała go leżącego na ziemi, zwijającego się z bólu i pokrytego krwią. Gryf, którego wypuściła dziewczyna natknął się bowiem na niego i dotkliwie poranił. Ruda panienka, widząc tego, który tyle razy jej pomagał, w tak żałosnym stanie, natychmiast do niego podbiegła i mocno objęła. Jego pokryta łuską skóra była twarda i szorstka, lecz ona nie zwracała na to uwagi. Była przerażona myślą, że być może to ona przyczyniła się do tego, co spotkało jej kompana. Nawet nie zauważyła, jak po jej twarzy zaczęły spływać łzy. Ale wystarczyło, że jedna kropla skapnęła mu na twarz, by odczynić ciążącą na nim klątwę. Opadły łuski, paznokcie zaczęły znów przypominać ludzkie, oczy stały się niebieskie a włosy brązowe. W ramionach dziewczyny leżał teraz młody mężczyzna, patrzący na nią z uwielbieniem. Na jego ciele nie było żadnej blizny, ani rany. Gdy chwilę później zjawił się tam królewicz, zastał ich trzymających się za ręce i patrzących sobie w oczy tak jakby nigdy nie mieli przestać.
- Na mnie już czas. – powiedział książę – Muszę wrócić do domu i naprawić to, co zrobiłem. Nie będzie łatwo odnaleźć właścicieli wszystkich serc, ale nie wolno mi się poddawać.
- A twoi bracia? – spytała dziewczyna
- Nie chcę już z nimi walczyć. – padła odpowiedź – I nie będę dłużej żyć w strachu. Być może z czasem uda mi się ich do siebie przekonać. Czas pokaże jak to się skończy. Ja się już nie boję.
Jak powiedział tak zrobił. Szczęśliwie udało mu się zwrócić wszystkie serca prawowitym właścicielom i od tej pory czynił tylko dobro. Jednak trudno było mu wytrzymać w rodzinnym pałacu, a walka o władzę zbrzydła mu całkowicie. Po śmierci ojca opuścił więc królewską stolicę i przez resztę życia wiódł skromny żywot pustelnika.
A odczarowany rozbójnik i dziewczyna, która odzyskała swe serce wzięli się za ręce i razem powędrowali daleko poza granice królestwa, wierząc, że pewnego dnia odnajdą miejsce, gdzie będą mogli zapomnieć o tym, co było i już zawsze żyć razem w szczęściu i miłości.