czwartek, 23 lipca 2020

Wesele upiora


Najniezwyklejsze obrazy to nie te wiszące na ścianach, a te, których nie widać. Maluje się je myślą lub słowami, a potem chowa głęboko w ludzkim umyśle. Czasem są nieruchome, ale często postacie przedstawione na nich poruszają się, mówią, radują się albo cierpią. Wiele z nich jest niepowtarzalna. Zdarzają się jednak takie, które podróżują z głowy do głowy, a niekiedy przybierają też inną, widoczną formę. Jeden z nich spróbuję dziś tutaj odtworzyć.
Jest środek nocy. Młoda kobieta ukradkiem wymyka się z domu. Prawdopodobnie ma na sobie pelerynę z kapturem zakrywającym jej twarz i ostrożnie przemyka się pomiędzy drzewami. Jej serce kołacze z podniecenia, ale i z obawy. Jeśli będzie miała szczęście, nikt znajomy jej nie rozpozna w ciemności, nikt jej nie zatrzyma i nie zapyta: "Dlaczego wybrałaś się na nocny spacer ubrana w błękitną suknię i obwieszona swoimi najlepszymi klejnotami?". Gdyby coś takiego się stało, być może nie umiałaby się wytłumaczyć. Być może jej przygoda skończyłaby się dokładnie w tym momencie, a ona sama do końca życia rumieniłaby się na wspomnienie feralnej nocy. Gdyby tak się stało, dziewczyna nie miałaby już drugiej szansy, a powód jej działań z dnia na dzień zniknąłby tak, jak znikają nawet najpiękniejsze sny, gdy już otworzy się oczy. Czy to najgorsze co może ją spotkać? Kto wie.
        Nikt jej nie widział. Nikt nie zatrzymał. Dziewczyna zaczyna czuć się nieco pewniej. Przystaje by złapać oddech. Mimo otaczających ją ciemności jest już w stanie dostrzec w oddali cel swej wędrówki. Ściany opuszczonego od dawna budynku (dworu, świątyni, czy choćby nawet stodoły) bynajmniej nie wyglądają zachęcająco, dla naiwnej, zakochanej dziewczyny wszystko jest piękne. Nic nie jest w stanie jej powstrzymać: ani obawa przed przyłapaniem, ani ciemność, ani zimny wiatr, ani pleśń i pajęczyny, które na pewno zobaczy jak tylko zajrzy przez uchylone drzwi. Wszystko inne przestanie się liczyć jak tylko przed oczyma wyobraźni stanie jej ten, dla którego zdecydowała się porzucić wszystko, co do tej pory było dla niej ważne. Prawdopodobnie kilka razy się potknie o jakiś wystający korzeń lub niechcący wdepnie w błotnistą kałużę. W końcu jednak dotrze na miejsce. On już tam na nią czeka. Stoi tuż przed wejściem i tajemniczo się uśmiecha. "Już myślałem, że nie przyjdziesz" mówi. Ona rumieni się, albo reaguje śmiechem. Słowa nie są tu potrzebne. Wystarczy zdjąć płaszcz i pokazać się w ślubnym stroju. Teraz nie ma już odwrotu.
       Mężczyzna prowadzi pannę młodą do środka. Kobieta jest nieco zaskoczona - spodziewała się cichej ceremonii, a jednak oczekiwało ich tu około dwudziestu osób. "To moi przyjaciele" tłumaczy jej narzeczony. Podobno nie chcieli zostawić go samego w tak uroczystym dniu. Spojrzenia i dziwne uśmiechy tych nieoczekiwanych gości nieco niepokoją dziewczynę, jednak wystarczy nieco mocniejszy uścisk dłoni ukochanego, by znów poczuła się pewnie. Przecież tak naprawdę liczą się tylko oni, a gdy ślub w końcu się odbędzie i tak już nie trzeba będzie utrzymywać tego w tajemnicy. Narzeczeni podchodzą do miejsca, gdzie ma odbyć się ślub. Być może jest to posąg życzliwej Nazelii, taki, jaki zawsze stoi w miejscach, gdzie odbywają się śluby. Ale może tam też stać ozdobny łuk weselny, albo nawet zwykły słup z bukietem czerwonych róż przywiązanym na czubku. Niektórzy uważają te kwiaty za okrutne rośliny, które swój kolor zawdzięczają przelanej w ich pobliżu niewinnej krwi. Być może mają rację.
Ceremonia przebiega w niemal całkowitej ciszy. Pradawny zwyczaj każe zawierać małżeństwo poprzez pocałunek. Państwo młodzi patrzą sobie w oczy, a ich twarze są tak blisko siebie, że niemal stykają się nosami. Goście obserwują ich w skupieniu. Nikt nie ziewa, nie szepcze, nie chichocze pod nosem. Ta uroczysta atmosfera jest wręcz nienaturalna. Pannę młodą przechodzi mimowolny dreszcz. Stara się nie odrywać wzroku od narzeczonego. Ten uśmiechem dodaje jej otuchy. "Tym pocałunkiem biorę cię za żonę". "Tym pocałunkiem biorę cię za męża". Wargi obojga stykają się ze sobą.
W tym momencie przedstawienie się kończy. Aktorzy zdejmują kostiumy i pokazują swoją prawdziwą twarz. Znikają "przyjaciele", a ich miejsce zajmują uśmiechające się złośliwie ohydne stwory, których ciała zdają się być zrobione z pulsującego czarnego płynu. Panna młoda odruchowo odwraca się w stronę oblubieńca, jednak z przerażeniem dostrzega, że i on się przemienił. Nie zważając na jej krzyki upiór chwyta swoją małżonkę za kark i rzuca nią w stronę grupy gości. Ci rzucają dziewczynę na stojący z boku stół i rozrywają jej ubranie. Rozpoczyna się uczta. Ostre jak brzytwy zęby rozrywają na strzępy ciało ofiary, która nie jest już w stanie nawet jęczeć. Jeden z upiorów wbija swoje szpony między piersi dziewczyny i wyrywa jej serce. Podaje panu młodemu pulsujący kawałek ociekającego krwią mięsa, a ten pożera je łapczywie. Pozostali przepychają się, by zdobyć dla siebie choć kawałek. Jeden obgryza szyję, drugi chrupie palce oderwane od stóp, trzeci zlizuje z podłogi krew, która spływa z rozszarpywanego ciała. Nawet ślubny strój znika w paszczach oprawców. Ostre zęby bez problemu miażdżą złote łańcuszki i twarde kamienie. Gdy ta noc się skończy jedynymi pozostałościami biesiady będą porzucone buty, kępka włosów i parę kawałków wyssanych doszczętnie kości.
Wesele upiora jest jak koszmarny sen, który wciąż powraca w coraz to innej formie. Niemal każdy się z tym kiedyś zetknął - czy to w jakimś tanim, podrzędnym teatrzyku, czy to patrząc na dziwne malowidło, czy to słuchając jednej tych z historii, które nocami opowiada się półgłosem. Nie ważne ile razy by to krytykowano, czy wyśmiewano, zawsze powróci. Nawet jeśli ktoś uznałby taką scenę za głupią, a nawet śmieszną i tak prędzej czy później obudzi się w środku nocy ze snu, w którym ujrzał złośliwe uśmiechy upiorów.
Miłość i śmierć łączą się nie tylko w koszmarach. Sny nie zawsze są tylko snami, a rzeczywistość potrafi przybrać zaskakujące formy i oszukiwać tak zmyślnie, jak upiór udający człowieka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz