środa, 30 lipca 2025

Okręt ze szkarłatnym żaglem

Po morzach i oceanach pływał niegdyś pewien okręt. Był cały z ciemnego drewna, a na jego maszcie powiewał ogromny, szkarłatny żagiel. Żeglarze z wielu krajów opowiadali o nim mrożące krew w żyłach historie, a wypływając w morze modlili się, by nigdy nie dostrzec go na horyzoncie. Okręt ów należał bowiem do najbardziej krwiożerczego z korsarzy, których kiedykolwiek oświetlały promienie słońca i księżyca. Zebrał on wokół siebie bandę podobnych sobie rozbójników i wraz z nimi wypłynął w morze, gdzie prędko zyskał ponurą sławę i stał się postrachem żeglarzy. Już sam widok szkarłatnego żagla wystarczył, by załoga każdego statku wpadła w popłoch i rzuciła się do ucieczki. Bardzo rzadko zdarzało się jednak, by ktoś zdołał umknąć, a ci, którym się to nie udało, nie mogli liczyć na to, że kiedykolwiek wrócą do swoich domów i rodzin.

Pewnej nocy piraci postanowili splądrować statek, przewożący drogocenne skarby, a także wielu podróżnych. A wśród nich była też pewna młoda czarodziejka, która w momencie, gdy zbójcy wtargnęli na pokład, twardo spała. Obudziły ją dopiero odgłosy walki i krzyki mordowanych. Dziewczyna od razu domyśliła się, co się dzieje, ale, choć ledwo trzymała się na nogach z przerażenia, dość szybko zdołała obmyślić plan. Wiedziała, że nie ma jak uciec, a sama nie będzie w stanie walczyć z całą bandą. Gdyby natomiast udało jej się ukryć, z pewnością poszłaby na dno razem ze splądrowanym statkiem. Po namyśle postanowiła więc przemienić się w drogocenny klejnot. Tak też zrobiła i w tej postaci leżała na podłodze licząc na to, że ktoś ją odnajdzie i zapragnie zachować piękny naszyjnik, którym się stała.

Chwilę po tym jeden z piratów - wysoki, młody mężczyzna, którego kompani zwykli nazywać Orkanem - zajrzał do tej kajuty. Gdy zobaczył leżący na podłodze wisior z wielkim rubinem, natychmiast go podniósł i (choć obyczaj jego załogi kazał składać wszystkie łupy razem, by potem równo się nimi podzielić) schował go do kieszeni, po czym dołączył do swoich, nie mówiąc nikomu o swej zdobyczy.

Orkan ukrył klejnot pod swoim posłaniem i sądził, iż to wystarczy, by mieć pewność, że nigdy nikt go nie zobaczy. Ale kiedy nocą twardo zasnął, naszyjnik sam stoczył się na podłogę i przybrał postać dziewczyny. Czarodziejka ostrożnie otworzyła drzwi, rozejrzała się uważnie, a gdy przekonała się, że nikt jej nie widzi na palcach wybiegła na pokład. Z pomocą czarów w mgnieniu oka wspięła się na maszt, licząc, że wypatrzy na horyzoncie jakiś ląd. Nie zobaczyła jednak niczego, prócz migoczącego w świetle księżyca morza, które zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Chcąc nie chcąc musiała więc w końcu zejść i wrócić do swojej kryjówki. 

Od tej pory co noc przechadzała się po korytarzach i pokładzie, a o świcie powracała do kajuty i znów przemieniała się w wisior.

Niedługo później piraci natknęli się na kolejny bezbronny okręt, który mogli obrabować. Nie wiedzieli jednak, że tym statkiem płynął też pewien młody czarodziej, który już wcześniej miał okazję używać swoich umiejętności w walce. Ten, jak tylko zobaczył co się święci, śmiało wybiegł na spotkanie wroga. Już chwilę później zdumieni piraci przekonali się, że jakaś dziwna siła nie pozwala im walczyć: co chwilę któryś z nich uderzał w jakąś niewidzialną ścianę, ręce, w których trzymali broń, poruszały się zupełnie inaczej niż by chcieli, a deski, po których stąpali, nagle stały się śliskie niczym lód. Prędko zorientowali się, czyja to sprawka, a wtedy wpadli w taką wściekłość, że zapomnieli, po co się tam znaleźli i przestali troszczyć się o łupy. Gotowi byli wyrzec się wszystkiego, byle tylko rozprawić się z człowiekiem, który tak ich upokorzył; nie było to jednak łatwe, gdyż ten zdawał się zgadywać ich myśli i przez długi czas żadnemu z piratów nie tylko nie udało się go zranić, ale nawet się do niego zbliżyć.

W końcu jednak jeden z korsarzy (ten sam, który ukrywał w swej kajucie rubinowy wisior) zakradł się czarodziejowi za plecy i ogłuszył go, po czym zawlókł na pokład własnego statku. Rozwścieczeni piraci chcieli porąbać nieprzytomnego mężczyznę na kawałki swoimi mieczami, jednak okrutny kapitan miał inny pomysł.

- Przynieście żelazny łańcuch i przywiążcie go do masztu! - rozkazał - Niech kona powoli z głodu i pragnienia w palących promieniach słońca!

Zachwyceni tym pomysłem piraci od razu wykonali rozkaz i kiedy młody czarodziej się ocknął, był już mocno skrępowany i całkowicie bezsilny. Jego oprawcy otoczyli go kołem i długo z niego szydzili, a ich obelżywe słowa przeplatały się z wybuchami drwiącego śmiechu. Jeniec jednak wciąż dumnie milczał i, choć następne godziny były dla niego udręką, nie wydał z siebie ani słowa skargi. 

Gdy zapadła noc, ukryty pod posłaniem Orkana wisior znów zmienił się w dziewczynę, a ta wymknęła się z kajuty i cicho weszła na pokład. Dostrzegła mężczyznę przywiązanego łańcuchem do masztu i poczuła, jak serce ściska jej się z żalu. Od razu do niego podbiegła, chcąc przekonać się, czy nie jest aby za późno, żeby mu pomóc. Czarodziej tak osłabł, że nawet nie uniósł głowy, gdy usłyszał, że ktoś się do niego zbliża. Kiedy jednak poczuł jak, chłodna, miękka dłoń dotyka jego policzka, z trudem otworzył oczy, a wtedy zobaczył przed sobą zatroskaną twarz dziewczyny.

- Jesteś żywą istotą, czy przywidzeniem? - zapytał.

- Jestem równie prawdziwa jak ty - odpowiedziała - I pragnę ci pomóc, choć sama nie jestem wolna. 

Od tej pory zakradała się do niego co noc, przynosiła mu jedzenie i wodę, ocierała mu pot z twarzy i szeptała mu do ucha magiczne słowa, które miały uśmierzyć jego ból i pomóc mu zasnąć. Wiele razy próbowała go uwolnić, ale żadne z jej zaklęć nie zdołało rozerwać grubego łańcucha. 

Żaden z korsarzy nie domyślił się prawdy, ale wszyscy dziwili się, że przywiązany do masztu jeniec tak długo pozostaje przy życiu. Jednocześnie, choć czarodziejka bardzo starała się, by nikt jej nie zauważył, wśród załogi zaczęły krążyć opowieści o dziwnej postaci, która nocami przechadza się po statku. Większość piratów była jednak pewna, że tylko widmu udałoby się niepostrzeżenie dostać na pokład i tak długo nie zostać przez nikogo przyłapanym.

W końcu plotki o zjawie dotarły do uszu kapitana. Ten od razu przypomniał sobie, że ostatnimi czasy zapasy wyczerpują się szybciej niż zwykle, a potem pomyślał o człowieku, którego sam kazał przykuć do masztu. Był pewien, że jeniec sam nie dałby rady się uwolnić - musiał więc mieć na statku jakiegoś sprzymierzeńca. Kapitan postanowił sam się o tym przekonać i nocą udając, że schodzi pod pokład, ukrył się za stojącymi przy nadbudówce skrzyniami - a zrobił to tak zręcznie, iż z pewnością nikt nie zdołałby go zauważyć. Nie musiał długo czekać, by zobaczyć jak drobna postać w długiej, białej koszuli podbiega na palcach do masztu niosąc miskę w jednej ręce, a kubek w drugiej. Kapitan śledził ją wzrokiem, dopóki znów nie zeszła pod pokład. Wtedy cicho wyszedł ze swej kryjówki i udało mu się dostrzec, jak dziewczyna znika w jednej z kajut, jednak z powodu ciemności nie był pewien, gdzie konkretnie się skryła. W końcu postanowił zaczekać z poszukiwaniami do rana, wrócił więc do siebie i poszedł spać.

Niedługo potem Orkan zbudził się nagle z koszmarnego snu. Kiedy się rozejrzał, ze zdumieniem zauważył, że spod jego posłania wystaje złoty łańcuszek. Przyszło mu do głowy, że zdarzało się to już wcześniej, choć zawsze przed snem upewniał się, iż jego skarb jest dobrze ukryty. Potem przypomniał sobie plotki o dziwnej istocie, która miała nawiedzać statek i zaczął się zastanawiać, czy klejnot nie jest może przeklęty. Podrzucił więc cichaczem wisior do jednej ze skrzyń w miejscu, gdzie piraci składowali łupy, po czym znów położył się spać, przekonany, że jego tajemnica jest zupełnie bezpieczna. 

Następnego ranka kapitan zgromadził całą załogę na pokładzie. Na ich oczach podszedł do przykutego do masztu jeńca, a gdy przekonał się, że ten nadal żyje i jest w dobrym zdrowiu, przytknął mu miecz do gardła. 

- Kto cię żywi? - zapytał.

- Nikt - odpowiedział czarodziej.

- Gdyby tak było, już dawno byłbyś trupem. 

- Widocznie Mieyr ulitował się nade mną - odrzekł młodzieniec patrząc korsarzowi prosto w oczy - A skoro bóg mórz wspiera twoich wrogów, to powinieneś raczej zacząć martwić się o siebie, bo los pewnie już wkrótce przestanie ci sprzyjać.

Usłyszawszy to, kapitan gniewnie zazgrzytał zębami, po czym powiedział:

- A mnie się wydaje, że to nie bóg cię wspomaga, a bogini. I kiedy już ją znajdę, to zobaczymy, kto z nas ma większą władzę. 

Po czym odwrócił się, by przemówić do swojej załogi.

- Wiem, że jeden z was dopuścił się zdrady - powiedział - Ale wszyscy przekonacie się, że przede mną nic się nie ukryje. Wkrótce znajdę winowajcę, a im dłużej mi to zajmie, tym mniej będę miał dla niego litości!

Potem kazał przeszukać wszystkie kajuty na statku, ale nie udało mu się natrafić na żaden ślad intruza. Wściekły kapitan nie mógł znieść myśli, że ktoś po raz kolejny zdołał mu się wymknąć, jednak nie mógł już zrobić nic, więc tylko klął i złorzeczył, a niemal każdy przedmiot, który stanął mu na drodze albo ciął mieczem, albo kopał z całej siły. Przyglądający się temu piraci, przezornie starali się trzymać od niego z daleka i żaden z nich nie pozwolił sobie nawet na drwiący uśmiech; później jednak szeptali między sobą, że ich przywódca musiał postradać zmysły. 

Orkan przez cały czas stał z boku, błogosławiąc w myślach moment, w którym postanowił pozbyć się klejnotu, dzięki czemu udało mu się nie wpaść w tarapaty. Jednak kiedy zapadła noc, ciekawość długo nie dawała mu zasnąć i w końcu postanowił znów zakraść się do składowiska skarbów. Otworzył drzwi akurat w momencie, gdy czarodziejka wychodziła z kufra, w którym przeleżała cały dzień. Pomimo panującego mroku pirat od razu zorientował się, że nie jest to żadna zjawa, a prawdziwa kobieta z krwi i kości. 

- To ty żywisz tego czarodzieja? - zapytał.

- Tak, to ja - odpowiedziała.

- A kim jesteś?

- Jestem skradzionym rubinem.

Jak tylko Orkan pojął znaczenie tych słów, roześmiał się, po czym wyciągnął ręce w stronę dziewczyny, mówiąc:

- W takim razie należysz do mnie!

- Skoro tak obawiałeś się przyznać, że schowałeś naszyjnik, pomyśl co by się stało, gdyby wyszło na jaw, że ukrywasz kobietę - odrzekła na to czarodziejka - Ale gdybyś to ty przejął władzę na statku, mógłbyś robić, co ci się żywnie podoba.

Młodemu piratowi spodobała się ta myśl, ale tylko wzruszył ramionami.

- I co z tego? - burknął - To nie ja tu rządzę i raczej się to nie zmieni. 

- Mogłabym ci w tym pomóc - odpowiedziała - Jeśli pozbędziemy się kapitana, żadne z nas nie będzie się musiało niczego obawiać. Wystarczy udowodnić, że jesteś od niego silniejszy, a wszyscy podążą za tobą.

Orkan zastanowił się chwilę nad słowami dziewczyny.

- Naprawdę możesz to zrobić? - zapytał.  

- Sama nie dam rady - odpowiedziała czarodziejka - ale gdyby udało mi się uwolnić mojego przyjaciela z łańcuchów, już nikt nie zdołałby nas powstrzymać. Powiedz mi tylko, gdzie znajdę klucz.

- Kapitan go ma - odpowiedział Orkan - Zawsze nosi wszystkie klucze przy sobie i nie rozstaje się z nimi nawet we śnie. 

- Zaprowadź mnie do niego - poprosiła dziewczyna - a nie pożałujesz.

Po czym znów zmieniła się w naszyjnik. Orkan zrozumiał, czego oczekuje od niego czarodziejka i po chwili wahania podniósł klejnot z ziemi i zaniósł do kajuty kapitana. Wsunął wisior przez szparę w drzwiach, a wtedy ten zmienił się z powrotem w dziewczynę. Czarodziejka podkradła się do koi, gdzie spał kapitan, a gdy dostrzegła wystający spod jego poduszki pęk kluczy, delikatnie go stamtąd wyciągnęła, starając się, by nie wydały najmniejszego dźwięku. Ale kapitan tylko udawał że śpi i kiedy dziewczyna miała już odejść, poderwał się, chwycił ją mocno za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Czarodziejce udało się jednak przemienić w węgorza i wyślizgnąć z jego rąk. Kiedy opadła na ziemię, przybrała postać psa, chwyciła pęk kluczy w zęby i co sił w łapach pobiegła uwolnić swojego przyjaciela. Kapitan od razu rzucił się za nią w pogoń, ale zanim zdążył ją dogonić, ta, zmieniwszy się znów w kobietę, odnalazła właściwy klucz.    

Nie minęła chwila, a czarodziej mógł wreszcie strząsnąć z siebie żelazny łańcuch. Wtedy obydwoje przemienili się w myszy i ukryli się w szparach pomiędzy deskami pokładu. Wściekły kapitan próbował ich wypatrzeć chodząc na czworakach, ale małym stworzonkom łatwo było go zmylić. 

Nagle nocne niebo rozświetliły błyskawice, zawiał potężny wiatr, zaczął lać deszcz, a wzburzone morze zaryczało jak zbudzony ze snu drapieżnik. Huk grzmotów prędko obudził całą załogę i wszyscy od razu wybiegli na pokład chcąc ratować swój okręt przed sztormem. Nie wiedzieli jednak, co robić i jak rozdzielić zadania między siebie, gdyż ich oszalały od gniewu przywódca zdawał się nie zauważać grożącego im niebezpieczeństwa i nie zwracał uwagi na wołania swoich ludzi. Wciąż biegał po pokładzie jak szaleniec na oślep rąbiąc mieczem deski pod stopami. 

W końcu niemal udało mu się rozpłatać jedną z myszy. Ta w ostatniej chwili uchyliła się przed ciosem miecza i wyskoczyła z kryjówki. Biegła, ślizgając się po mokrych deskach, a kiedy rozpoznała jednego z mężczyzn, rzuciła mu się pod nogi i przemieniła się w rubinowy wisior. Ale trzymający się burty Orkan bynajmniej nie ucieszył się na widok klejnotu. Był przekonany, że czarodziejka go oszukała i bał się gniewu zdradzonego kapitana równie mocno, jak szalejącego sztormu. Kiedy dostrzegł przedmiot, od którego wszystko się zaczęło, zbladł i wzdrygnął się, jakby patrzył na coś odrażającego. “Lepiej byłoby, gdybym nigdy go nie znalazł!” pomyślał i w złości wyrzucił naszyjnik do morza. 

Kiedy Orkan odwrócił się, zobaczył stojącego przed sobą czarodzieja, który wpatrywał się w niego z ogniem w oczach, po czym wskazał na niego dwoma palcami i głosem niemal tak donośnym jak wiatr i grzmoty zawołał:

- Nie postawisz stopy na lądzie, dopóki ja jej tam nie sprowadzę!

W tej samej chwili pirat, do którego skierowane były te słowa, przemienił się w mątwę, a kiedy potężna fala zakołysała statkiem, stoczył się wprost do morza. 

Czarodziej przez chwilę patrzył w ślad za nim, po czym sam skoczył do wody. Wściekły kapitan próbował go zatrzymać chwytając za włosy, ale poślizgnął się, wypadł za burtę i na wieki przepadł w morskiej otchłani.  

Tymczasem rubinowy wisior długo spadał w dół, aż w końcu trafił do Podmorskiego Królestwa i zaczepił się o gałąź jednego z korali na obrzeżach miasta. Tam znalazła go morska panna, której zielone loki niemal sięgały stóp. Zachwyciła się nim, włożyła go i wróciła do domu, gdzie czekało na nią pięciu starszych braci.

- Gdzie byłaś tak długo? - zapytali ją. 

- Spacerowałam wśród koralowców - odpowiedziała - I znalazłam piękny naszyjnik.

Najstarszy z braci przyjrzał się klejnotowi, po czym pokręcił głową i niezadowolonym tonem zapytał:

- Próbujesz nas nabrać, czy naprawdę nie widzisz, że to człowiek?

Po czym ściągnął wisior z szyi siostry, palcem nakreślił na nim tajemny znak i już po chwili stała przed nim ubrana na biało dziewczyna. Wtedy pozostali czterej zerwali się na równe nogi, podbiegli do nieznajomej i zapytali:

- Który z nas ma pojąć cię za żonę?

- Żaden - odpowiedziała dziewczyna - Chcę wrócić na ląd.

Ale bracia nie chcieli jej słuchać, zamknęli ją w jednym z pokoi i nakazali siostrze strzec jej jak oka w głowie. Czarodziejka próbowała się opierać, ale prędko przekonała się, że jej czary nie mają żadnej mocy w Podmorskim Królestwie. 

Jej strażniczka wydawała się bardzo zadowolona z jej przybycia i od razu zaczęła wypytywać ją o jej historię i krainę, z której pochodzi. Gdy czarodziejka spostrzegła, że nie ma się z jej strony czego obawiać, nieco się uspokoiła i prędko oswoiła się z nią na tyle, że sama zaczęła zadawać pytania:

- Jak to możliwe, że mogę tu swobodnie mówić i oddychać, choć jesteśmy tak głęboko pod wodą?

- To zasługa czarów tego miasta - wyjaśniła morska panna - Dopóki tu będziesz, nic ci nie grozi, ale nie zdołasz stąd wypłynąć bez pomocy kogoś z nas, a moi bracia zbyt długo czekali, aż morze przyniesie któremuś z nich narzeczoną, by pozwolić ci odejść. 

- Ale dlaczego twoi bracia nie poszukają sobie żon wśród kobiet z tego miasta?

- Bo żadna z naszych kobiet nie może poślubić podobnego sobie mężczyzny. Gdyby któraś to zrobiła, stałaby się odrażająco brzydka i już nigdy nie mogłaby rzucić żadnego czaru. Nie ma tu nikogo, kto nie pragnąłby pojąć kobiety z lądu za żonę, albo któregoś z waszych mężczyzn za męża. 

Gdy czarodziejka to usłyszała, wpadła w rozpacz, bo zwątpiła, że kiedykolwiek uda jej się stamtąd wydostać. Widząc jej łzy morska panna zamilkła i spuściła wzrok. Po chwili namysłu powiedziała:

- Żal mi cię. Spróbuję znaleźć jakiś sposób, byś mogła wrócić do swoich, ale pomogę ci pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Obiecaj, że zabierzesz mnie ze sobą.

I czarodziejka zgodziła się bez chwili wahania. 

Następnego dnia siostrze udało się uprosić braci, by pozwolili jej zabrać dziewczynę na przechadzkę.

- Nie spuszczę jej z oka nawet na chwilę - mówiła - I kto wie; może kiedy zobaczy, jak tu u nas pięknie, przestanie tęsknić za domem i spojrzy łaskawym okiem na któregoś z was. 

Dziewczęta już jakiś czas przechadzały się wśród domów z macicy perłowej po ulicy wyłożonej bursztynami, gdy czarodziejka nagle spostrzegła coś dziwnego ponad swoją głową. Na pytanie, czemu wciąż patrzy w górę, odpowiedziała:

- Widzisz tę wielką płaszczkę? Podąża za nami już od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że patrzy wprost na mnie. 

Zielonowłosa panna uważnie przyjrzała się płaszczce, po czym podpłynęła do niej i na jednej z jej płetw nakreśliła palcem taki sam znak, jakim jej brat przedtem przywrócił czarodziejce ludzką postać. W tej samej chwili płaszczka przemieniła się w młodego mężczyznę, a kiedy jego wybawicielka podprowadziła go do swojej towarzyszki, ta od razu rozpoznała w nim czarodzieja, którym opiekowała się na pirackim statku. On również uradował się na jej widok i opowiedział, jak skoczył za nią w morze i przemienił się w płaszczkę, by odnaleźć ją w głębinie, choć wiedział, że być może nie uda mu się wrócić do dawnej postaci. Gdy dziewczyna to usłyszała, jej oczy rozbłysły, a na jej twarzy pojawiły się rumieńce.

  - Wiedziałam, że jeszcze cię zobaczę! - zawołała i objęła go na szyję. 

Jednak kiedy dziewczęta prowadziły go do domu pięciu braci, to ich siostra trzymała go za rękę.

- To mój narzeczony, którego zesłało mi morze - wyjaśniła - Pobierzemy się tego samego dnia, w którym jeden z was pojmie za żonę moją przyjaciółkę. 

- Nadal nie wiemy, który z nas miałby ją poślubić - zauważył najmłodszy z braci.

- Czy już wybrałaś sobie męża? - zapytał czarodziejkę najstarszy. 

Dziewczyna udała bardzo zakłopotaną i stwierdziła, że nie chce skrzywdzić żadnego z nich swoją odmową.

- Może niech los zdecyduje - zaproponował czarodziej - Zanim wasza piękna siostra zdążyła uratować mnie od utonięcia, udało mi się zauważyć, jak wiele cennych rzeczy leży porozrzucanych na obrzeżach waszego miasta. Niech pannę młodą dostanie ten, który przyniesie jej stamtąd najpiękniejszy prezent.

Pięciu braci uznało, że to wspaniały pomysł i chcieli od razu ruszyć na poszukiwania, by ślub mógł odbyć się jak najszybciej. Jednak dwie panny młode zgodnie stwierdziły, że lepiej zaczekać, aż ich ślubne stroje będą gotowe. I przez wiele następnych dni każda z nich wytrwale tkała dla siebie welon z perłowych nici znalezionych wewnątrz muszli. 

W końcu nadszedł moment, w którym czarodziejka, wraz z pięcioma zalotnikami wyruszyła, aby zobaczyć przepływającą nieopodal ławicę delfinów. Tuż za nimi podążała morska panna, a także czarodziej udający jej narzeczonego. 

- Płyńcie tam i szukajcie skarbów - powiedziała czarodziejka, wskazując pole koralowców - Temu, który przyniesie mi najwspanialszy zanim przepłyną delfiny, oddam moją rękę. 

Pięciu braci popłynęło przed siebie i wkrótce byli tak pochłonięci szukaniem, że nie zwracali już uwagi na nic innego.

Wtedy morska panna wzięła dwoje ludzi pod ręce i oddała młodzieńcowi swój welon. Kiedy delfiny przepływały tuż nad ich głowami, czarodziej i czarodziejka zarzucili swoje  welony na ogony dwóch z nich. Wkrótce cała trójka oderwała się od skały, na której stali i uniosła się w górę wraz z ławicą. Delfiny zaniosły ich na powierzchnię i tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w małej łodzi przepływali tamtędy rybacy, którzy, jak tylko ich dostrzegli, natychmiast wyciągnęli ich z wody i odwieźli na brzeg. 

Morska panna szybko nauczyła się chodzić i żyć jak człowiek, a ponieważ wiedziała więcej o oceanie niż ktokolwiek z ludzi, prędko stała się znana w okolicy i żeglarze wciąż przychodzili do niej po rady i posłuchać jej opowieści.

Tymczasem na zupełnie innym wybrzeżu potężna fala wyrzuciła na piasek mątwę, a ta, jak tylko padły na nią promienie porannego słońca, przemieniła się w człowieka. Był to nie kto inny, tylko Orkan, który w końcu mógł powrócić do dawnej postaci. Po tej przygodzie morze i żegluga obrzydły mu doszczętnie, postanowił więc zamieszkać w kraju, do którego zaniosły go fale. Otworzył tam tawernę i wieczorami, kiedy ludzie schodzili się tam, by grać w kości, pić i żartować, często zabawiał ich opisami swoich przygód.

Którejś nocy, kiedy wszyscy słuchali go z jeszcze większym zainteresowaniem niż zwykle, wspomniał również o ostatnim sztormie, kiedy to rozgniewany czarodziej przemienił go w mątwę. W pewnym momencie, gdy słuchacze zaczęli już powoli się rozchodzić, kobieta w długim, ciemnym płaszczu z kapturem zapytała go:

- Wiesz może, co stało się później z tamtym statkiem? 

- Nie wiem - odpowiedział Orkan - Od czasu tamtej burzy nikt go nie widział.

Kobieta podeszła bliżej, pochyliła się nad nim i wyszeptała:

- Mylisz się. Ja go widziałam. Chodź ze mną, a i ty go zobaczysz. 

Mężczyzna zawahał się przez chwilę, ale w końcu zdecydował się podążyć za nieznajomą. Ta zaprowadziła go na brzeg morza, do małej zatoczki z dala od ludzkich siedzib. Tam zdumiony Orkan zobaczył statek, na którym przez tak długi czas przemierzał morza wraz z bandą okrutnych piratów. Wyglądał zupełnie tak samo jak w czasach swojej świetności, ale teraz jego pokład oświetlało mnóstwo błękitnych płomyków, które zdawały się płonąć w powietrzu. Orkan rozejrzał się za swoimi kompanami, ale nie dostrzegł nikogo. 

- Co stało się z resztą załogi? - zapytał. 

- Utonęli - wszyscy, co do jednego - odrzekła nieznajoma. 

Orkan przypomniał sobie, jak będąc mątwą widział ginące w morskiej głębinie ludzkie ciała i ze smutkiem pokiwał głową.  Kobieta zaś mówiła dalej:

- Ale ten okręt już nie potrzebuje załogi. Dzięki naszym staraniom i pomocy kilku przyjaciół teraz żagle rozwijają i zwijają się same, wiosła poruszają się bez niczyjej pomocy, a ster dobrze wie, w którą stronę się kręcić. Jest nas tylko dwoje, a mimo to podróżujemy bez przeszkód i nie musimy obawiać się ani żywiołów, ani morskich potworów, ani złych ludzi.

Mężczyzna był tak zdumiony, że przez pewien czas nie był w stanie wymówić ani słowa. W końcu udało mu się zapytać:

- Kim jesteś?

- Jestem skradzionym rubinem - odpowiedziała nieznajoma i zdjęła z głowy kaptur, a wtedy Orkan ją rozpoznał. Przez chwilę wpatrywał się w nią w osłupieniu nie wiedząc, czy powinien się cieszyć, smucić czy bać. Czarodziejka spojrzała mu w oczy, uśmiechnęła się tajemniczo i powiedziała:

- Pamiętaj o nas - po czym weszła na pokład po drabince, którą spuścił jej czekający tam na nią mężczyzna. Obydwoje pomachali na pożegnanie stojącemu na brzegu korsarzowi, a statek odpłynął w dal i wkrótce zniknął za horyzontem.

Od tej pory już nikt nigdy nie zobaczył w tej okolicy okrętu ze szkarłatnym żaglem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz