Joanna i Daniel byli kochającym się
rodzeństwem, dziećmi wielkiego króla. Ich matka od dawna nie żyła, a ojciec, po
latach żałoby, poślubił pewną próżną i samolubną kobietę, której zależało tylko
na władzy i bogactwach. Nowa królowa choć nie miała ani niezwykłych zdolności,
ani bystrego umysłu, ani dobrego serca, przyniosła ze sobą coś, dzięki
czemu zdolna była zdobyć nieomal
wszystko. Skarbem tym była cedrowa laska z głową sępa wyrzeźbioną na czubku,
którą jej pradziad przywiózł niegdyś z dalekiego kraju za trzema pustyniami. Wystarczyło
nocną porą trzy razy uderzyć tym kijem w podłogę, by zjawiły się demony gotowe
służyć radą i udzielić pomocy. Choć kobieta wiedziała, że przyjaźń z tymi
istotami narazi ją na wiele pokus i może do reszty zniechęcić ją do wszystkiego
co dobre, często wzywała je do siebie i chętnie słuchała wszystkiego, co miały
jej do powiedzenia. To właśnie dzięki radom i wsparciu demonów udało jej się
uwieść króla i skłonić go do małżeństwa. Z początku, gdy nowa królowa wprowadziła
się do pałacu, była zadowolona z odmiany swego losu i nie dawała nikomu
powodów, by się na nią uskarżać. Z czasem jednak dworskie życie zaczęło ją
nudzić, a otaczający ją przepych do reszty jej spowszedniał. Zdawało jej się,
że wciąż ma wszystkiego za mało i nawet najmniejszą niedogodność odczuwała jako
zniewagę. Zachowywała się wyniośle i opryskliwie zarówno w stosunku do służby,
jak i przyjaciół czy rodziny. Stała się
zazdrosna o każdego, komu król poświęcał choć trochę uwagi. Była zła, gdy słuchał
próśb poddanych, naradzał się z ministrami, czy zajmował się swoimi dziećmi
zamiast prawić jej komplementy i obsypywać prezentami. Jej rozgoryczenie rosło
z każdym dniem, a z nim i niechęć do pasierbów. Nie mogła znieść ich widoku i
robiła co mogła, by uprzykrzyć im życie. Sama myśl o tym, że mieszkają pod tym
samym dachem i mogą cieszyć się ludzką miłością i życzliwością była dla niej
torturą. Nawet gdy promienie słońca padały na twarz Daniela lub Joanny, ich
macocha czuła się okradana ze światła i ciepła. W końcu do tego stopnia
znienawidziła tych dwojga, że zapragnęła ich śmierci.
Demony, które królowa wciąż do
siebie przyzywała, dostrzegły to jako pierwsze i, swoim zwyczajem, starały się
rozbudzić jej złe skłonności i zaczęły podpowiadać jej różne sposoby na to, by
raz na zawsze pozbyć się dzieci.
- Otruj je. – szeptał jeden
- Uduś je we śnie. – namawiał inny
- Zepchnij je z wieży. – podpowiadał
następny
- Wrzuć je do rozpalonego pieca. –
syczał kolejny. A królowa pilnie słuchała, jednak, choć jej nienawiść do pasierbów
rosła z każdym dniem, nie miała odwagi by skorzystać z tych rad. Na próżno
demony przypochlebiały się jej, na próżno malowały przed nią obrazy wspaniałego
życia jakie ją czeka gdy już pozbędzie się dzieci. Żadne namowy nie mogły jej
skłonić do zrobienia czegoś, co ściągnęłoby na nią gniew króla, a złe duchy
nijak nie były w stanie skłonić jej, by odrzuciła lęk. Aż w końcu jeden z
demonów, dużo przebieglejszy od innych, widząc, że tylko strach powstrzymuje
królową przed zabiciem pasierbów, poradził jej tak:
- Nienawidzisz tych dzieci i chcesz,
by zniknęły, ale obawiasz się, że jeśli zrobisz im krzywdę, król cię ukaże, a
lud potępi. Musisz jednak wiedzieć, że ludzie są głupi i słabi, a chociaż łatwo
przychodzi im ocenianie innych, zawsze znajdą usprawiedliwienie dla własnych
występków. Wystarczy dobry pretekst, by ci, których gniewu się obawiasz, nie
tylko pozwolili ci robić co zechcesz, ale jeszcze z radością ci w tym pomogli.
Jeśli teraz zrobisz najmniejszą krzywdę dzieciom króla, nazwą cię potworem, ale
jeśli uwierzą, że chcą tego bogowie, sami rozerwą je na strzępy.
- Ale jak mam ich przekonać? –
spytała kobieta.
- Wystarczy ich porządnie nastraszyć.
– odpowiedział demon – Już ja się postaram, by trwoga zaślepiła im umysły i
serca, a gdy zaczną szukać ratunku, postaraj się, by usłyszeli to, co najbardziej
ci odpowiada.
Królowa z ochotą przystała na ten
pomysł, a demon natychmiast zabrał się do pracy. Zaczął od pałacu i sprawił, że
wszystkich jego mieszkańców zaczęły dręczyć senne koszmary i co noc słychać było krzyki kogoś, kto nagle
obudził się zlany potem. Niedługo później
myszy zjadły niemal wszystko ze spiżarni, osie w powozach połamały się, a
miecze rycerzy stały się kruche i tępe. W końcu dach stajni zawalił się,
zabijając dziesięć rumaków. Gdy plotki o tym, że królewski pałac został
przeklęty zaczęły krążyć po okolicy, zadowolony demon postanowił zająć się
także miastem. Co chwilę wybuchały pożary, woda we wszystkich studniach stała
się gorzka i cuchnąca, a na końcu pojawiła się czarna mgła, która sprawiła, że
dni były ciemne jak noc, a żadne światło nie było w stanie jej rozproszyć. Przerażeni mieszkańcy
miasta pobiegli do najwspanialszej świątyni w królestwie, by błagać bogów o
ratunek. Na spotkanie wyszła im pewna kapłanka, dawna przyjaciółka królowej.
Wysłuchała skarg i próśb zebranych ludzi i obiecała im, że wstawi się za nimi w
swoich modlitwach. Ale jej wiara nie była wcale tak silna, więc gdy tylko
odeszli udała się do siebie, by zastanowić się jakie korzyści mogłaby z tej
sytuacji wyciągnąć. A tam czekał już na nią list od królowej z obietnicami
hojnej nagrody w zamian za pomoc w realizacji jej planu. Skuszona wizją
przyszłego bogactwa kapłanka stanęła następnego dnia przed ludem zgromadzonym w
świątyni i powiedziała im tak:
- Bogowie przemówili do mnie i
wyjawili mi swoją wolę. Jeśli chcemy odzyskać ich łaskę i uwolnić się od
trapiących nas plag musimy przekonać króla, by udowodnił swoją wiarę i miłość
jaką żywi do poddanych poświęcając swoje dzieci. Tylko taka ofiara sprawi, że
odzyskamy opiekę bóstw.
Wieść o obwieszczeniu kapłanki
rozniosła się po okolicy z szybkością strzały. Z początku ludzie reagowali na
nią ze zdumieniem i zgrozą, jednak z biegiem czasu wszyscy zaczęli się
przekonywać do pomysłu złożenia ofiary z dzieci dla ich dobra. Zaczęli więc
schodzić się tłumnie pod zamek, aż straż i rycerzy zaczęło to niepokoić.
- Czego chcecie? – spytali stojącego
przed bramą tłumu.
- Niech król wyda dzieci! –
odpowiedziano im. Wartownicy czym prędzej pobiegli do sali tronowej, by o
wszystkim opowiedzieć swemu panu. Król zdumiał się i przeraził, nie chciał
jednak wydać dzieci. Rozkazał tylko pilnować ich dzień i noc, a sam postanowił
zwołać radę, by wspólnie znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Ale dni mijały, a
nikt nie był w stanie mu pomóc. Tylko tłum stojący pod bramą robił się coraz
liczniejszy i coraz bardziej wściekły.
Nikt jednak nie był tak rozgniewany
i zniecierpliwiony jak królowa. Na próżno, udając szczerą troskę o poddanych,
lała fałszywe łzy, rwała włosy z głowy i błagała męża, by spełnił żądanie
kapłanki.
- Zlituj się nad nami! – szlochała –
Nie odtrącaj swoich poddanych, nie stawiaj swojego szczęścia wyżej niż ich
życie! Pozwól im wypełnić wolę bogów!
Tak powtarzała, a wtórowały jej
dwórki, służba, rycerze, a nawet królewscy ministrowie. Jednak król był
nieprzejednany.
- Bogowie nie są tak okrutni. –
mówił – I nie wierzę, by zabicie niewinnych dzieci mogło kogokolwiek ocalić.
Widząc, że król w żaden sposób nie
daje się przekonać, rozwścieczona królowa zamknęła się w swojej komnacie. Gdy
zapadła noc, trzy razy uderzyła w podłogę cedrową laską, by wezwać demona,
który miał ułatwić jej pozbycie się pasierbów.
- Król jest uparty. – powiedziała mu
– W żaden sposób nie mogę go zmusić, by był mi posłuszny. Jak tak dalej
pójdzie, ta wściekła tłuszcza w końcu zabije i nas!
Demon podał jej butelkę z czarnego szkła,
wypełnioną niebieskawym płynem.
- To rozwiąże twój problem. –
powiedział – Już jedna kropla tego płynu zamroczy umysł i pozbawi sił. Podaj to
mężowi, a nie będzie ci już przeszkadzał.
Królowa przyjęła podarek i udała się
do komnaty męża. Król siedział zatroskany przy oknie i patrzył przez nie na
miasto. Obok niego na parapecie stał talerz z nietkniętym posiłkiem i kielich
wciąż pełen wina.
- Powinieneś coś zjeść. – słodkim
głosem powiedziała królowa. – Wtedy
poczujesz się lepiej i może uda ci się wpaść na jakiś dobry pomysł. – A mówiąc
to niepostrzeżenie wlała kila kropel fatalnego eliksiru do naczynia z winem.
Król niechętnie zabrał się do jedzenia, ale z nadmiaru trosk nie był w stanie
nic przełknąć.
- Napij się chociaż. – zachęcała go
żona – Nie mogę patrzeć jak się męczysz.
Król wziął do ręki puchar i chwilę
się w niego wpatrywał, jednak ponieważ królowa wciąż nalegała, w końcu upił
parę łyków. Natychmiast zakręciło mu się w głowie, oczy zaczęły go piec jakby
patrzył prosto w słońce, a w uszach zabrzmiał mu ogłuszający hałas,
przypominający bijące dzwony i uderzenia pioruna jednocześnie. Sam już nie
wiedział kim jest i gdzie się znajduje. Królowa przyglądała mu się z
zaciekawieniem zastanawiając się, czy łyk mikstury rzeczywiście wystarczy, by jej
plan w końcu się powiódł. Nie musiała długo czekać – już po chwili do komnaty
wpadł jeden z wartowników.
- Wasza wysokość – powiedział - stojący
pod drzwiami grożą, że rozwalą wrota, jeśli nie zgodzisz się na ich żądania!
A król, któremu zdawało się, że to
jacyś żebracy przyszli prosić go o jałmużnę, bezmyślnie odpowiedział:
- Dajcie im czego chcą.
Królowa uśmiechnęła się tryumfująco
i kazała wartownikowi czym prędzej pobiec i powtórzyć rozkaz pozostałym. Gwardziści,
nie zwlekając ani chwili, czym prędzej pobiegli po dzieci, które akurat bawiły
się w ogrodzie i wyprowadzili je na zewnątrz, gdzie czekał już rozszalały tłum.
Brata i siostrę natychmiast pochwycono, a następnie zaciągnięto na plac przed
świątynią. Zamierzali zabić swoje ofiary w miejscu, gdzie pierwszy raz
usłyszeli polecenie poświęcenia ich, gdyż wydawało im się, że w ten sposób
bogowie szybciej ich zauważą i chętniej nagrodzą.
Nagle, nie wiadomo skąd zjawiły się
dwa wielkie ogniste ptaki ze złotymi dziobami. Ich skrzydła miotały kolorowe
iskry, gdy zaczęły krążyć tuż nad dachami domostw. Był to tak niezwykły widok,
że wszyscy zapomnieli o tym, dlaczego się tu znaleźli i tylko stali w miejscu
patrząc jak urzeczeni w niebo. Ogniste ptaki obniżyły swój lot, zatoczyły koło
nad placem i nagle zanurkowały w dół, ku otoczonym przez tłum dzieciom. Jeden z
nich wziął na plecy Joannę, drugi zaś Daniela. Ptaki wzbiły się wraz z dziećmi
w przestworza i szybowały tak przez wiele godzin, aż w końcu wylądowały w
pewnym lesie. Tam pomogły małym jeźdźcom zejść na ziemię, po czym wskazały im
głowami, gdzie mają dalej iść, a potem odleciały w dal. Brat i siostra
pomachali swoim wybawcom na pożegnanie, po czym wzięli się za ręce i ruszyli
przed siebie. Szli tak niezbyt długo, ale i niezbyt krótko, aż w końcu ścieżka
zaprowadziła ich do małego dworku ukrytego w kniei. Dzieci zapukały do drzwi i natychmiast
wyszła im na spotkanie piękna dama w aksamitnej sukni. Bardzo się zdziwiła na
widok gości, jednak chętnie zaprosiła ich do środka. Rodzeństwo opowiedziało
jej swoją historię, a gdy skończyli, dama, która była mądrą czarodziejką,
powiedziała tak:
- Mieliście dużo szczęścia. Ogniste ptaki,
które was tu sprowadziły spotyka się niezwykle rzadko. Nikt nie wie na pewno
skąd przybywają i dokąd odlatują, ale mówi się, że przysyłają je bogowie wtedy,
gdy ktoś chce popełnić jakąś zbrodnię w ich imieniu. Skoro was uratowały, możecie
być pewni, że ktoś nad wami czuwa i ma co do was wspaniały plan.
Potem czarodziejka zabrała dzieci na piętro
i przygotowała im kąpiel. Woda w której miały się myć, była jednak zaczarowana
– jak tylko Daniel i Joanna się w niej zanurzyli, ich skóra i włosy ściemniały,
tak że stali się do siebie zupełnie niepodobni. Czarodziejka zrobiła to, bo
obawiała się, że macocha dzieci będzie próbowała je odszukać Od tej pory mieszkali
we troje.
A trzeba wspomnieć, że w
owej damie zakochał się pewien rycerz i często, pod takim, czy innym pretekstem
odwiedzał ją w jej dworze. Odkąd pojawiły się tam dzieci z całej siły starał
się z nimi zaprzyjaźnić, by w ten sposób zaleźć drogę do serca ich opiekunki.
Często opowiadał całej trójce o swoich podróżach i niezwykłych przygodach jakie
przeżył. Z czasem Joanna i Daniel bardzo go polubili, a i czarodziejka zaczęła
patrzeć na niego łaskawym okiem. Niepokoiła ich tylko jedna rzecz – jak tylko
słońce zaczynało zachodzić rycerz natychmiast wynajdywał jakiś pretekst, by jak
najszybciej wyjść. Choć widać było, że robi to niechętnie zawsze opuszczał
leśny dwór przed zapadnięciem zmroku, jakby bał się, że jeśli zostanie tam za
długo, wydarzy się coś strasznego. Dzieci wiele razy próbowały go o to pytać,
jednak rycerz zbywał je za każdym razem. Czarodziejka też nie chciała o tym
rozmawiać i tylko całymi nocami wertowała swoje księgi. I tak mijały im dni i
tygodnie.
Któregoś wieczora, podczas zabawy w lesie
Daniel, goniąc skaczącą po drzewach wiewiórkę stracił z oczu swoją siostrę i
biegnąc przed siebie oddalił się od dworu. Gdy chłopiec przystanął zmęczony,
zorientował się, że nie wie, gdzie jest i jak wrócić. Zaczął wołać o pomoc, ale
nikt go nie słyszał. Przerażony Daniel biegał po lesie na oślep licząc na to,
że jakoś uda mu się znaleźć drogę powrotną. Robiło się jednak coraz ciemniej i
ciemniej, aż w końcu nawet odróżnienie drzew w tym mroku stało się zadaniem
ponad siły. Chłopiec usiadł więc na ziemi i starał się nie rozpłakać, ale gdy
tylko pomyślał o czających się w lesie zwierzętach trząsł się ze strachu. Aż tu
nagle zza drzew wyłonił się ogromny wilk. Podszedł do przerażonego chłopca,
polizał go po ręce jak pies po czym położył się przed nim zachęcając, by wsiadł
mu na plecy. Daniel po chwili wahania dosiadł wilka, a ten zaniósł go z
powrotem do dworu. Pierwsza dostrzegła ich stojąca w oknie Joanna, która całą
noc czekała na powrót brata. Jak tylko zobaczyła wyłaniające się zza drzew
postacie zawołała radośnie:
- Chodź zobaczyć! Wilk przyniósł nam z
powrotem Daniela!
Dziewczynka i czarodziejka wybiegły na
zewnątrz, ale wilka już nie było. W jego miejscu stał rycerz, który tak często
ich odwiedzał, z Danielem na plecach. Tak właśnie dama i dzieci przekonali się,
że mężczyzna był wilkołakiem. Poprzedniego dnia były jego urodziny, więc błąkał
się po lesie w postaci wilka, ale w pozostałe dni roku po zachodzie słońca
przemieniał się w bestię. Dlatego właśnie tak bardzo zależało mu, by nikt go
wówczas nie widział. Teraz jednak nie było rady – musiał wszystko wyznać.
Widząc, że czarodziejka jest mu wdzięczna za uratowanie Daniela i, mimo że
poznała już jego tajemnicę, wciąż darzy go taką samą sympatią i nie odwraca się
od niego ze wstrętem, nabrał odwagi, by poprosić ukochaną o rękę. Ta jednak
odmówiła.
- Kocham cię, ale nie mogę cię poślubić. –
powiedziała – Bałabym się, że i dzieci, które mogłabym urodzić, byłyby
wilkołakami.
Rycerza bardzo zasmuciła ta odpowiedź, ale
nie zmieniła jego uczuć. Wciąż często odwiedzał czarodziejkę i jej
podopiecznych, a wszyscy zachowywali się tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Minęło trochę czasu i zdarzyło się, że
Joanna, spacerując po ogrodzie, usłyszała cichy, syczący głosik, który mówił:
- Pomóż mi, pomóż mi, nie mogę stąd wyjść!
Dziewczynka rozejrzała się i zobaczyła, że
coś się porusza między gałęziami różanego krzewu. Podeszła bliżej i zobaczyła
uwikłaną w różanych pędach kobrę. Choć Joanna zawsze bała się węży, zrobiło jej
się żal stworzonka, które i tak było już poranione kolcami. Podeszła więc do
krzewu, delikatnie rozchyliła jego gałęzie i pozwoliła stworzonku owinąć się
wokół swojej dłoni. Kobra zaczęła ocierać się głową o palce Joanny, a gdy
dziewczynka odłożyła ją na ziemię, ta podziękowała jej za pomoc i powiedziała:
- Powiedz, czego najbardziej pragniesz, a
pomogę ci spełnić twoje życzenie.
Joanna zastanowiła się nad odpowiedzią. W
leśnym dworze było jej dobrze, ale bardzo tęskniła za ojcem i wiedziała, że jej
brat czuje to samo. Potem pomyślała o czarodziejce i jej ukochanym, którzy pomimo
łączącej ich miłości nie mogli się pobrać. Następnie powróciły do niej
wspomnienia o rodzinnym zamku i nieszczęściach, jakie ostatnio na niego
spadały. Po namyśle powiedziała więc:
- Chciałabym, żeby wszyscy, których kocham
byli szczęśliwi.
- Chodź za mną – padła odpowiedź.
Kobra zaprowadziła Joannę w głąb puszczy
do starej studni, wyschniętej już od dawna.
- Zajrzyj do środka. – poradziła
dziewczynce.
Joanna podeszła do studni i zauważyła, że
zamiast liny zwisa z niej sznurkowa drabinka. Zajrzała do środka i zobaczyła,
że pod studnią jest korytarz wypełniony bladym światłem.
- Dokąd to prowadzi? – zapytała.
- Do pewnego zaczarowanego miejsca, gdzie
znajdziesz największy ze wszystkich skarbów. – odpowiedziała kobra. Dziewczynka
już miała zejść w głąb studni, jednak jak tylko postawiła stopę na pierwszym
stopniu drabiny opuściła ją cała odwaga. Wystraszyła się panującej wewnątrz
ciemności i doszła do wniosku, że sama nie może tam wejść. Pobiegła więc z
powrotem do dworku prosić przyjaciół, by jej towarzyszyli. Gdy Daniel,
czarodziejka i jej ukochany usłyszeli o tajemniczym miejscu, bardzo się
zdumieli, ale i zaciekawili. Od razu zgodzili się towarzyszyć Joannie i
następnego dnia całą czwórką udali się do studni i zeszli po drabinie na jej
dno. Znaleźli się w podziemnym korytarzu, który wił się i zdawał ciągnąć w
nieskończoność. Cała czwórka bez chwili wahania ruszyła przed siebie. Nie
potrzebowali pochodni, gdyż drogę
opromieniał im blask latających pod sklepieniem świetlików. Szli tak bardzo,
bardzo długo, aż wszystkim zaczęło doskwierać znużenie. W końcu dotarli do
końca tunelu. Nie trafili jednak na żaden tajemny skarbiec, ale na skalną
ścianę. Gdy spojrzeli w górę, dostrzegli zamknięte wrota, były jednak za
wysoko, by ktokolwiek z czworga wędrowców mógł je otworzyć. Nawet zaklęcia
czarodziejki nie były w stanie im pomóc. Zarówno dzieci, jak i ich opiekunowie
zaczęli już myśleć, że cała wyprawa była na próżno. Przebywali jednak w podziemiach
tak długo, że nie zdawali sobie sprawy, która jest godzina i, że za chwilę
zajdzie słońce. Wystarczyło poczekać tylko kilka minut, by rycerz przybrał
postać wilkołaka, a po tym jak nagle urósł i wyrosły mu ostre pazury mógł bez
trudu wspiąć się po ścianie i wnieść swoich towarzyszy. Gdy wszyscy znaleźli
się pod drzwiami, te same się przed nimi otworzyły. Znaleźli się w ogromnej sali,
całej z zielonego marmuru, gdzie podłoga była z masy perłowej. Pod sufitem
latały świetliki, a było ich tak wiele, że choć nie było tam żadnych okien ani
lamp, cała komnata tonęła w świetle. Były tam też wielkie stosy pięknych,
różnokolorowych muszli, tak dużych, że dzieci mogłyby nosić je na głowach
niczym kapelusze. Na samym środku sali stały cztery wielkie dzbany napełnione
wodą: biały, czarny, niebieski i czerwony. Oczekiwała ich tam kobra. Leżała
zwinięta w pierścień, ale jak tylko zobaczyła stojącą w drzwiach Joannę,
uniosła głowę, wyprostowała się i stanęła na czubku ogona. Nagle wąż przemienił
się w piękną nimfę, która uprzejmie zaprosiła całą czwórkę do środka.
- Witajcie. – powiedziała – Jestem
strażniczką tego miejsca. Przez wiele lat pilnowałam, by nikt nie odnalazł tej
komnaty, gdyż ukryta jest w niej potężna magia, a znajduje się ona w tych oto
dzbanach. Są one pełne wody i nieważne ile byście nie zaczerpnęli, nigdy jej
nie ubędzie. Każda z nich ma zaś inną niezwykłą właściwość.
Następnie nimfa-strażniczka dotknęła
białego dzbana i rzekła:
- Na tego, kto napije się wody z tego
dzbana, spłyną błogosławieństwa.
Potem dotknęła czarnego.
- Gdy wodę z tego dzbana rozleje się pod
czyimiś stopami, na tę osobę spadnie przekleństwo.
Dotknęła niebieskiego.
- Jeśli wodą z tego dzbana natrzecie sobie
powieki, będziecie mogli zobaczyć wszystko, co zechcecie.
Na koniec dotknęła dzbana czerwonego.
- A umycie rąk w wodzie z tego dzbana da
każdemu z was nadludzką siłę. Wszystkie cztery dzbany chciałam podarować
Joannie, ale skoro nie chciała tu przyjść bez swoich przyjaciół, do was także będą od dziś należały.
Korzystajcie z nich mądrze, a przyniosą wam szczęście.
Dzieci były zachwycone tym co usłyszały, ale
towarzyszący im rycerz-wilkołak nie wierzył słowom nimfy-strażniczki, więc
zapytał ją wprost:
- To brzmi wspaniale, ale skąd mamy
wiedzieć, że to nie oszustwo lub podstęp?
Nimfa, zamiast odpowiedzieć, podniosła
jedną z leżących na ziemi muszli i nabrała do niej, niczym do kielicha, wody z
białego dzbana, a następnie podała ją wilkołakowi.
- Wypij to, – powiedziała – a zobaczysz,
że nie kłamię.
Wilkołak niepewnie chwycił muszlę i
podniósł do ust. Jak tylko upił pierwszy łyk, jego futro i pazury zniknęły, a
on sam z powrotem stał się człowiekiem.
- Teraz nikt już nie zobaczy w tobie
potwora. – powiedziała nimfa z uśmiechem – Możesz już bez obaw spacerować po
mieście o zachodzie słońca, a kiedy gdzieś cię zaproszą, nie będziesz musiał
uciekać pod byle pretekstem. Skoro już widzisz jaką moc ma błogosławiona woda,
czy możesz wątpić w to, co mówię o pozostałych?
Rycerz, który nie był już wilkołakiem,
podziękował nimfie z pokorą i nikt już nie wątpił, że wszystkie cztery dzbany
mają niezwykłą moc. Wtem spod sufitu sfrunęły w dół świetliki, a ich rój
otoczył całą czwórkę jak lśniący mur. Gdy w końcu odleciały, rycerz,
czarodziejka i dzieci zauważyli, że znów znajdują się w leśnym dworze, a razem
z nimi przeniosły się tam też i cztery dzbany.
Minęło trochę czasu i Daniel zaczął się
zastanawiać nad tym, co mógłby zrobić przy pomocy magicznych przedmiotów. W
końcu któregoś dnia, rozmawiając z siostrą, odezwał się do niej tymi słowy:
- Tak wiele złego spotkało nas przez
macochę. Jestem pewien, że gdyby nie ona, ojciec nie pozwoliłby nas zabrać z
zamku i nie musielibyśmy się teraz ukrywać. Skoro teraz możemy unieść każdy
ciężar, zobaczyć cały świat i sprowadzić na kogoś przekleństwo, musimy się na
niej zemścić!
Ale Joanna nie chciała skorzystać z
dzbanów w tym celu.
– To prezent od dobrej nimfy –
powiedziała– i nie byłaby zadowolona, że używamy go do krzywdzenia innych.
Chłopiec próbował przekonać siostrę, a gdy
ta nadal nie chciała mu pomóc, postanowił wyjawić swój plan czarodziejce.
Jednak jej również nie spodobał się pomysł Daniela.
- Zemsta tylko wydaje się dobrym
rozwiązaniem. – powiedziała dama – Ani nie da ci szczęścia, ani nie naprawi
wyrządzonych krzywd. Nie powinieneś wykorzystywać magii w ten sposób.
Chłopiec wysłuchał swej opiekunki, ale
wciąż uważał, że należy w jakiś sposób ukarać złą królową. Wciąż obmyślał coraz
to nowe plany i sposoby, by odpłacić się macosze pięknym za nadobne. Kiedy więc
we dworze znów pojawił się rycerz, chłopiec opowiedział mu całą swoją historię
i podzielił się z nim pomysłami, na które ostatnio wpadł.
- Wszyscy mi mówią że nie powinienem się
mścić. – dodał – Ale może moglibyśmy chociaż spłatać jej jakiegoś figla?
Gdybyśmy użyli tylko kilku kropel wody z czarnego dzbana pewnie nie
zrobilibyśmy jej krzywdy, ale za to moglibyśmy narobić jej kłopotów.
Po namyśle rycerz zgodził się pomóc
Danielowi. Po cichu zakradli się do miejsca, gdzie czarodziejka ukryła cztery
dzbany i natarli sobie powieki wodą, która pozwalała wszystko widzieć. Dzięki
temu dowiedzieli się, którędy przemieszczają się kupieckie karawany i
postanowili po kryjomu przyłączyć się do jednej z nich. Przebrani za
cudzoziemskich kupców udali się do stolicy niosąc ze sobą kilka butelek wody
zaczerpniętej z czerwonego dzbana i jedną, którą wcześniej zanurzyli w czarnym.
Skierowali się w kierunku placu targowego i ustawili przy straganach z
klejnotami. Czekając na pojawienie się królowej przysłuchiwali się rozmowom
przekupek.
- Że też królowej chce się chodzić z całą
świtą kupować te swoje cacka. – powiedziała jedna - Jakbym ja miała tyle służby,
leżałabym tylko na tapczanie, a pokojówki i lokaje i tak przynosiliby mi
wszystko, czego bym tylko zechciała.
- Za często tu przychodzi. – odpowiedziała
druga – Król nigdy nie wyzdrowieje, jeśli wrota pałacu nadal będą zamknięte dla
wszystkich, a jego żona całymi dniami będzie się włóczyć po mieście.
- To król choruje? – wtrącił się Daniel.
- Ano, tak mówią. – odpowiedziała
przekupka – Na ciele albo na duszy, różnie ludzie gadają. Nikt nie wie na
pewno, bo królowa nie chce nikogo wpuścić, choć sama często opuszcza swój
pałac.
Ledwo
kobieta skończyła mówić, dały się słyszeć okrzyki nakazujące wszystkim zejść z
drogi nadchodzącej grupie. Daniel i jego towarzysz odwrócili się w tamtą stronę
i dostrzegli grupę pałacowej służby otaczającą swoją panią. Jak tylko
zobaczyli, że zjawił się orszak królowej, zaczęli głośno zachwalać swój towar:
- Kupujcie eliksir siły! – krzyczeli
wniebogłosy – Wystarczy zamoczyć w nim dłonie, a nawet największy mocarz nie
będzie w stanie wam dorównać!
Aby pokazać, że mówią prawdę pokazali
wszystkim, co potrafi zrobić Daniel po umyciu rąk magiczną wodą. Wkrótce wokół
nieznanych kupców zebrał się tłum gapiów. Nawet królowa oderwała wzrok od
drogich błyskotek, by popatrzeć na małego chłopca, który jedną ręką podnosił
konia, a drugą podrzucał w powietrzu wóz z sianem.
- Pokażcie mi tę miksturę. – powiedziała.
Daniel posłusznie do niej podszedł,
trzymając w rękach otwartą butelkę z przeklętą wodą. Nagle udał, że potknął się
o coś, potrząsnął ręką i kilka kropel płynu znalazło się na butach królowej.
– Ty niezdarny prostaku! Zniszczyłeś moje
nowe pantofelki! – krzyknęła rozgniewana i już chciała kazać zakuć obydwu
kupców w dyby, gdy nagle spostrzegła, że na jej rękach nie ma już pierścieni,
ani bransolet, które włożyła przed wyjściem, a w dłoniach trzyma garści piasku.
W tej samej chwili z jej szyi i uszu posypały się na ziemię grudki węgla.
- Złodzieje! Okradli mnie! – krzyczała
przerażona
Królowa była wściekła, że sobie z niej
kpią, ale nie mogła nic na to poradzić, więc tylko klęła i tupała nogami ze
złości. W tym całym zamieszaniu Daniel i jego towarzysz zdołali wymknąć się
niepostrzeżenie.
Po powrocie do zamku królowa zajrzała do
swoich szkatuł i spostrzegła, że tam także nie ma już biżuterii, tylko miał i
piach. To samo zobaczyła, gdy zajrzała do skarbca – za sprawą przeklętej wody,
całe jej złoto zamieniło się w piasek, a wszystkie klejnoty w węgiel. Królowa
widząc, że ma do czynienia z jakąś nieznaną magią, po raz kolejny użyła
magicznej laski, by poradzić się demonów. Jednak nawet one nie były w stanie
wyjaśnić jej, kto, jak i dlaczego rzucił na nią czary. Rozczarowana kobieta w
złości połamała magiczną laskę, a jej szczątki spaliła w kominku. Od tej pory
nie mogła już liczyć na wsparcie złych duchów.
Tymczasem w leśnym dworze Joanna i
czarodziejka czekały zaniepokojone na powrót dwóch uciekinierów, którzy tak
nagle odeszli bez słowa. Dzięki wodzie z niebieskiego dzbana wiedziały, że
udali się do stolicy i już chciały ruszać za nimi, gdy zobaczyły przez okno jak
Daniel wraz z rycerzem biegną leśną ścieżką w stronę dworu. Gdy już dotarli na
miejsce, opowiedzieli o swojej przygodzie i o tym, co usłyszeli na targu. Gniew
obydwu dam na wieść o stanie króla natychmiast zniknął, a jego miejsce zajęła
troska i chęć poznania prawdy. Joanna natychmiast zaproponowała użycie
magicznych płynów. Czarodziejka
natarła sobie powieki wodą z niebieskiego dzbana, wzięła głęboki oddech i
powiedziała:
- Król nie choruje, ale eliksir, który
podała mu żona sprawił, że stracił rozum. Choć nic mu nie dolega wierzy, że
znajduje się już na łożu śmierci, a patrząc w lustro, zamiast swojej twarzy
widzi siwego starca. Opatrznie rozumie wszystko, co usłyszy – złe wieści go cieszą,
a dobre martwią. Wszyscy zaczęli już wątpić, że wasz ojciec kiedykolwiek
wyzdrowieje.
- Przecież mamy dzban z błogosławioną
wodą! – wykrzyknęła Joanna - Ona na
pewno mogłaby go uzdrowić. Musimy tam iść!
Wszyscy zgodzili się z nią i postanowili
jak najszybciej udać się do króla. Tym razem także postanowili udawać
cudzoziemców więc w swoją podróż wyruszyli w przebraniach. Dotarli do pałacu z
zamiarem podania choremu błogosławionej wody.
Królowa, by nikt nie dowiedział się, co
tak naprawdę dolega królowi, kazała wartownikom pilnować wszystkich wejść do
zamku dzień i noc i surowo zabroniła im wpuszczać kogokolwiek do środka. Choć
czarodziejka i jej towarzysze robili co mogli, by przekonać straże, i ich
odpędzono od drzwi grożąc bronią. Przyjaciele już zaczęli wątpić, że uda im się
dostać do zamku, gdy nagle Daniel wpadł na pewien pomysł.
- Chodźcie za mną. – powiedział – Znam
jedno miejsce, gdzie będziemy mogli dostać się niezauważeni.
Zabrał towarzyszy na tyły zamkowych murów,
tam, gdzie tylko cienka ściana dzieliła ich od ogrodu.
- Wciąż mam trochę wody z czerwonego
dzbana. – powiedział Daniel, zwracając się do rycerza. – Gdybyś jej użył i
podniósł ten mur, nikt by nie zauważył, że dostaliśmy się do środka.
Rycerz opłukał ręce w wodzie, którą
podsunął mu chłopiec i bez trudu podniósł mur, dzięki czemu cała czwórka mogła
dostać się do ogrodu. Czarodziejka, prowadzona przez dzieci udała się w stronę
komnat króla. Gdy ktoś ją zaczepiał, mówiła, że jest tu na polecenie królowej,
a wtedy nikt już nie zadawał jej pytań. W końcu cała trójka stanęła przed
drzwiami komnaty króla. Tam jednak również postawiono straż.
– Jestem uzdrowicielką zza morza, ten
mężczyzna to mój służący, a dzieci to moi uczniowie. – przedstawiła się
czarodziejka. – Przynoszę cudowny napój, który wyleczy waszego króla.
- Królowa zabroniła nam kogokolwiek
wpuszczać. – odpowiedziano jej. Usłyszał to stary ochmistrz więc podszedł
zobaczyć, co się dzieje. A gdy zobaczył przybyszów i dowiedział się co
przynoszą, powiedział tak:
- Jeśli ta dama naprawdę potrafi pomóc
królowi, jego żona będzie nam wdzięczna. A skoro nikt tutaj nie potrafi
wyjaśnić, skąd ta choroba się wzięła i jak ją wyleczyć, nie wolno nam odprawiać
nikogo, kto może wiedzieć coś, czego my nie wiemy.
Po namyśle gwardziści zgodzili się z
ochmistrzem i otworzyli przed przybyszami drzwi do komnaty króla. Chory leżał w
łóżku i patrzył tępo w sufit, bredząc coś od rzeczy. Gdy uzdrowicielka do niego
podeszła zaczął jej ubliżać, gdyż widział w niej ohydnego upiora. Czarodziejce
udało się go jednak tak uspokoić zaklęciami, że chory w końcu wypił łyk błogosławionej
wody. Magiczny płyn sprawił, że król natychmiast odzyskał zdrowie i zmysły, był
jednak zbyt osłabiony, aby wstać. Kazał więc całej czwórce udać się do
sąsiedniej komnaty i tam czekać na dalsze rozkazy po czym wezwał służbę, by
pomogła mu się podnieść i ubrać.
Tymczasem do królowej dotarły już wieści o
tajemniczej uzdrowicielce i jej towarzyszach, którzy w jakiś sposób dostali się
do pałacu. Ta, obawiając się, że nieznajomi odkryją prawdziwą przyczynę choroby
króla i zaszkodzą jej planom, natychmiast wezwała straże i kazała im
niezwłocznie zabić intruzów. Gwardziści wpadli do sali, w której przebywali
przybysze z zamiarem nadziania ich na halabardy, a ich pani weszła razem z
nimi, by osobiście się przekonać, że wykonają polecenie. Rycerz dobył miecza, a
czarodziejka starała się chronić dzieci za pomocą zaklęć, jednak podjudzani
przez królową wartownicy przyparli całą czwórkę do ściany. Nagle do Sali wpadł
król i zaczął domagać się wyjaśnień, zaś królowa robiła wszystko, by go
zagłuszyć, krzycząc, że nieznajomi rzucili na niego urok.
Wtem zawiał wiatr, roznosząc zapach
leśnych ziół, a przez otwarte okna wleciał rój świetlików. Bijący od nich blask
na chwilę oślepił wszystkich zebranych, a gdy przetarli oczy spostrzegli, że zjawiła
się nimfa-strażniczka. Stanęła między gwardzistami, a królem i bez słowa
podniosła ręce ku górze. Natychmiast wszyscy wartownicy przywarli do ściany i
znieruchomieli jak kamienne posągi. Nimfa nisko się skłoniła przed królem.
- Najjaśniejszy panie – powiedziała mu –
wybacz, że zjawiłam się bez zapowiedzi i zaatakowałam twoich żołnierzy, ale tylko
w ten sposób mogłam uratować moich przyjaciół. Przybywam, by pomóc ci zobaczyć
prawdę i zwrócić ci to co utraciłeś.
Powiedziawszy to, nimfa podeszła do dzieci
i położyła ręce na ich czołach, a obydwoje natychmiast odzyskali swój dawny
wygląd. Król bardzo się uradował widząc je żywe, a królowa wydała okrzyk
rozpaczy czując, że właśnie wybiła jej ostatnia godzina. Nimfa jednak nie
zwróciła na to uwagi i tylko strzepnęła ręce, przez co strażnicy odkleili się
od ściany i mogli stanąć u boku swego władcy. Nimfa wzięła Joannę i Daniela za
ręce po czym przemówiła tymi słowy:
- Źli ludzie wmówili wam, że bogowie
pragną śmierci tych dwojga. – powiedziała nimfa – Ale to właśnie za sprawą tych
bogów dzieci ocalały, a w ich rękach znalazły się cztery dzbany, które przez
wiele lat czekały, aż znajdzie się ktoś godny takiego daru. Woda z niebieskiego
dzbana pozwoliła im dowiedzieć się o chorobie króla, woda z czerwonego – dotrzeć
do niego pomimo przeszkód, woda z białego dzbana przywróciła mu zdrowie, a
dzięki wodzie z dzbana czarnego to królestwo nie będzie już nękane przez
demony. Wszystkie cztery znajdują się teraz w królewskim skarbcu i mam
nadzieję, że będziecie mądrze z nich korzystać. Pamiętajcie, że jeśli
kiedykolwiek ich magia zostanie użyta do niecnych celów, dzbany z powrotem
znajdą się w podziemnej sali, a ta znów zamknie się na wiele lat.
Gdy nimfa skończyła, dzieci podbiegły do
ojca, a ten czule je uściskał. Służba i wartownicy przyglądali się temu w
milczeniu, oszołomieni tym co widzieli, zdumieni tym co usłyszeli i wstydząc
się swoich dawnych słów i czynów.
Gdy to się działo królowa, korzystając z
zamieszania, wymknęła się z sali tronowej i uciekła do skarbca. Gdy tylko
otworzyła drzwi, olśnił ją blask złota i klejnotów, które zdążyły już wrócić do
dawnej postaci. Pośrodku, tak jak powiedziała nimfa, stały cztery dzbany.
Królowa rozejrzała się i uśmiechnęła się do siebie. „Skoro moje kosztowności
powróciły, być może uda mi się ukryć w którejś ze skrzyń, by później uciec z
częścią złota i diamentów” pomyślała. Skierowała się więc w stronę największego
z kufrów, jednak biegnąc, przez nieuwagę potrąciła czarny dzban, a woda z niego
wylała się i przemoczyła na wylot jej buty i pończochy. Natychmiast wnętrzności
królowej przeszył straszliwy ból, a jej wspaniały strój przemienił się w
łachmany. Twarz kobiety poszarzała i pokryła się zmarszczkami, jej włosy
zaczęły wypadać, a zęby kruszeć i gnić. Jak tylko to spostrzegła, z krzykiem
wybiegła ze skarbca, a usłyszawszy jak skrzekliwy i nieprzyjemny stał się jej
głos wpadła w jeszcze większą rozpacz. Ze spuszczoną głową, by nikt nie
zauważył jej szpetoty, nie rozpoznana przez nikogo wybiegła z zamku, patrząc
jak jej ciało się wykrzywia, a skóra pokrywa wrzodami. Gnała tak przed siebie,
aż dotarła do bram miasta gdzie upadła wyczerpana w błotnistą kałużę. A gdy
leżała zemdlona przejechał po niej wóz naładowany gnojem i taki był koniec tej
niegodziwej kobiety.
Tymczasem w zamku wszyscy cieszyli się z
cudownego ozdrowienia króla. Wdzięczny ojciec ze łzami w oczach dziękował
nimfie-strażniczce za uratowanie jego dzieci, a czarodziejce i rycerzowi za
opiekę nad nimi. Ze zdumieniem wysłuchał ich historii, a gdy usłyszał o
wszystkich niecnych postępkach królowej zawrzał gniewem i już chciał wzywać
kata, ale powstrzymała go przed tym nimfa.
- Twoja żona została już ukarana. – powiedziała
– A jej magicznej laski i tak nikt nie zdoła już użyć. Nie musicie już martwić
się o to co było. Lepiej patrzcie w przyszłość i zadbajcie o to, by nigdy
więcej zło nie tryumfowało w waszym królestwie.
Powiedziawszy te słowa nimfa zniknęła tak
nagle i niespodziewanie, jak się pojawiła.
Niedługo potem rycerzowi i czarodziejce wyprawiono
huczne wesele, a król i jego dzieci świętowali razem z nimi do białego rana. Mówiono,
że było to najradośniejsze wydarzenie w historii królestwa i nawet jeśli było w
tym trochę przesady, goście z pewnością bawili się tak dobrze jak nigdy
przedtem. Po zakończeniu biesiady, młoda para przeniosła się do nowego pałacu,
który dostali od króla w prezencie ślubnym. A ponieważ czarodziejka nie
obawiała się już dotyku swojego męża, nie minęło wiele czasu i urodziła im się
prześliczna córeczka. A gdy dziewczynka dorosła, królewicz Daniel pojął ją za
żonę, dzięki czemu wszyscy naprawdę stali się rodziną. I tak właśnie spełniło
się życzenie Joanny.