Pewnej mroźnej, wietrznej, zimowej nocy do drzwi ubogiego cieśli zapukała kobieta w białej sukni i płaszczu, niosąca duży kosz przykryty białym kocem.
- Szłam w odwiedziny do krewnych, ale zabłądziłam wędrując przez tę ciemność, wiatr i śnieżycę - powiedziała - Pozwól mi, proszę, spędzić tę noc pod twoim dachem, bo inaczej z pewnością zamarznę na śmierć.
Cieśla od razu zaprosił kobietę do izby, a tam rozpalił ogień, po czym przyniósł jej skromną kolację, przepraszając przy tym, że nie może zaproponować nic lepszego. Nieznajoma jednak nie kwapiła się do jedzenia, patrzyła tylko długo na mężczyznę tak, jakby chciała przejrzeć na wylot jego duszę. W końcu przemówiła:
- Widzę troskę na twojej twarzy, a twe oczy są pełne bólu i smutku. Czy to ubóstwo, w którym żyjesz, tak bardzo cię trapi?
Mężczyzna ponuro się uśmiechnął i odpowiedział:
- To prawda, że jestem biedny i często nie mogę być nawet pewien, jak przeżyję najbliższy tydzień. Nie uskarżałbym się jednak na swój los i byłbym wdzięczny za każdy kawałek chleba, gdybym tylko miał z kim dzielić życie. Niestety moja żona już od roku leży w grobie, a mały Filip, moje jedyne dziecko, od kilku dni leży w gorączce i straciłem już nadzieję, że wyzdrowieje. Widać pisane mu jest dołączyć do matki, a wtedy zostanę zupełnie sam.
Kobieta posłała mu ciepły uśmiech po czym powiedziała:
- Bądź dobrej myśli. Los może się odwrócić, a dobroć i czułość są czasem zdolne zdziałać więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Potem zjadła połowę tego, co przyniósł jej gospodarz, a resztę wrzuciła do kosza, który przez cały czas trzymała na kolanach.
Cieśla na tę noc odstąpił nieznajomej swoje łóżko, a sam do świtu czuwał przy chorym dziecku. Kobieta wstała razem ze słońcem i zastała utrudzonego ojca, który przysnął na klęczkach z głową opartą o poduszkę oraz synka wciąż wijącego się na posłaniu i bredzącego w malignie. Pocałowała chłopca w czoło, a ten wydał z siebie westchnienie ulgi i z błogim uśmiechem na twarzy zapadł w głęboki sen. Wtedy kobieta dotknęła ramienia jego ojca, a gdy ten się przebudził, powiedziała mu:
- Muszę już odejść, ale najpierw chciałabym dać ci na pożegnanie prezent i dobrą radę.
A potem wręczyła mu swój koszyk, mówiąc:
- W koszyku są trzy kocięta. Opiekuj się nimi dobrze, a dostaniesz w zamian skarb cenniejszy niż złoto.
I rozpłynęła się w powietrzu zanim mężczyzna zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Wtedy cieśla odgarnął koc okrywający koszyk, a gdy zajrzał do środka, spostrzegł, że rzeczywiście są tam trzy urocze, puszyste kocięta: jedno białe, jedno czarne i jedno rude.
- Lepiej by zrobiła dając mi teraz kilka miedziaków - mruknął sam do siebie - Obiecuje mi skarby, a obarcza mnie tylko dodatkowym kłopotem!
Nakarmił jednak kocięta i przygotował im w kącie legowisko, a gdy przekonał się, że mały Filip śpi mocno i spokojnie, sam poszedł się zdrzemnąć. Gdy kilka godzin później znów zajrzał do synka, zastał go siedzącego na łóżku i z uśmiechem na twarzy przyglądającego się bawiącym się kotkom. Wtedy po raz pierwszy od dawna w sercu ojca pojawiła się nadzieja, iż chłopiec jednak wyzdrowieje, zwłaszcza, że chwilę później Filip zaczął skarżyć się na głód. Od razu przyniósł mu chleba, ale tak się przy tym spieszył, że nieumyślnie kopnął jedno z kociąt. Wtedy Filip zaczął głośno kaszleć, a po chwili znów opadł bezwładnie na poduszki. Cieśla od razu podbiegł do łóżka dziecka i przez kilka następnych godzin nie odstępował go na krok. Tylko raz odszedł, by coś zjeść i przy okazji rzucił też coś kociętom. Niedługo potem mały Filip znów głęboko zasnął, a wkrótce po nim to samo zrobił i ojciec.
Rano zastał synka spokojnego i uśmiechniętego, ale kiedy podszedł bliżej, zobaczył, że trzy kocięta tarzają się na kołdrze. Zniecierpliwiony cieśla zepchnął je z łóżka, a wtedy chłopiec znów poczuł się gorzej. Ojciec starał się jak mógł, by jakoś mu ulżyć, ale nic to nie dawało. Z Filipem było gorzej niż kiedykolwiek, a gdy zapadł zmrok, zdawało się, iż chłopiec lada moment wyzionie ducha.
W pewnym momencie cieśla spojrzał w kąt izby i zobaczył, że trzy kocięta stoją tam nieruchomo w rzędzie i patrzą na niego z wyrzutem. Nagle przypomniał sobie, co mówiła o nich kobieta w bieli i co się działo, gdy źle je traktował. Podszedł więc do nich, pogłaskał każdego z nich i powiedział:
- Moje drogie maleństwa, wybaczcie, że nie byłem dla was dobrym panem. Obiecuję od tej pory traktować was tak, jak na to zasługujecie.
Po czym dał im jeść i znów usiadł przy łóżku Filipa. Miał zamiar czuwać do rana, był jednak tak wyczerpany, że prędko zasnął, a gdy się obudził, zastał synka siedzącego na podłodze i radośnie bawiącego się z trójką puchatych przyjaciół.
Od tej pory cieśla już więcej nie krzywdził ani nie zaniedbywał kociąt, a nawet troszczył się o nie jak o własne dzieci. Mały Filip prędko wrócił do zdrowia i od tej pory ojciec nie miał już powodów, by obawiać się o życie syna. Chłopiec z dnia na dzień starał się coraz silniejszy, a uśmiech niemal przez cały czas gościł na jego twarzy.
Kiedy Filip nieco podrósł, ojciec zaczął uczyć go swojego rzemiosła. Chłopiec okazał się bardzo pojętnym uczniem, a z czasem nie tylko dorównał swojemu nauczycielowi, ale i zaczął przewyższać go zręcznością i pomysłowością.
Lata mijały, a Filip stawał się coraz silniejszy i mądrzejszy. Nie bał się ciężkiej pracy, ale nigdy nie był zbyt zajęty, by zachwycić się śpiewem ptaka albo niebem o zachodzie słońca. I zawsze dla każdego miał uśmiech i dobre słowo, a nigdy nikomu nie odmawiał pomocy. Ojciec, przyglądając się dorastającemu synowi często uśmiechał się i wspominał tajemniczą damę, myśląc: “Nie kłamała, gdy obiecała mi skarb cenniejszy od złota”.
Którejś nocy Filip zobaczył we śnie piękną panią w białej sukni, która patrzyła na niego z dumą i czułością.
- Wiele lat temu powierzyłam twojemu ojcu trzy kocięta - powiedziała - A teraz, gdy dorosły wraz z tobą, mogę ci zdradzić ich tajemnicę. Czarny kot strzeże twojego rozumu, rudy czuwa nad twoim sercem, a biały to twoja dusza. Ponieważ do tej pory wszędzie ci towarzyszyły, a poza tym zawsze były zdrowe i szczęśliwe, także twoje życie mogło być zarówno spokojne jak i dobre. Dam ci teraz dobrą radę: jeśli chcesz znaleźć szczęście, opuść dom rodzinny i idź wprost przed siebie, aż dojdziesz do starego dworu, który po lewej stronie będzie miał pole maków, a po prawej gęsty las. Gdy już staniesz u jego drzwi, zapukaj i poproś, by przyjęto cię tam do pracy. Ale zabierz ze sobą trzy koty, opiekuj się nimi i nie pozwól, by ktokolwiek zrobił im krzywdę.
Gdy Filip obudził się niedługo potem, zastał wszystkie trzy koty stojące w nogach jego łóżka niczym żołnierze czekający na rozkazy. Młodzieniec najpierw czule je pogłaskał, a potem poszedł pożegnać się z ojcem, bo postanowił niezwłocznie wyruszyć w podróż.
Po niezbyt krótkiej, ale i nie tak bardzo długiej wędrówce Filip dotarł do dworu, o którym usłyszał we śnie. Zapukał do drzwi, a wtedy otworzył mu stary sługa.
- Czy nie znalazłaby się tu dla mnie praca? - zapytał Filip.
- A co umiesz?
- Umiem naprawiać popsute sprzęty i robić różne rzeczy z drewna - odpowiedział Filip - Ale moje koty także muszą mi towarzyszyć, bo nie wolno mi się z nimi rozstawać.
Starego sługę zdziwiły słowa młodzieńca, ale uznał, że przyda mu się pomocnik, więc wpuścił go do środka. Filip bardzo szybko zadomowił się we dworze, a jego spryt i uprzejmość zjednały mu wszystkich domowników. Dziedzic bardzo go cenił, a nawet jego żona, zwykle wybredna i uszczypliwa, nic nie mogła młodzieńcowi zarzucić. Także i dwoje ich dzieci bardzo polubiły Filipa, gdyż ten w wolnych chwilach strugał dla nich ładne i zmyślne zabawki.
We dworze mieszkała również wciąż niezamężna młodsza siostra dziedzica, której na imię było Łucja. Dziewczyna często siadała na tarasie i grała na lutni, a wtedy niemal natychmiast nie wiadomo skąd pojawiał się biały kot i siadał u jej stóp. Zwykle już chwilę później zjawiał się Filip. Działo się tak przez kilka tygodni, a potem także i rudy kot dołączył do grona słuchaczy. A Łucja nie tylko nie miała nic przeciwko temu, ale i z niecierpliwością wyczekiwała chwili, gdy pojawią się ci, o których teraz myślała za każdym razem, kiedy brała lutnię do ręki.
Natomiast stary sługa, choć z początku bardzo się cieszył, że Filip tak bardzo go odciąża, z czasem stał się o niego zazdrosny. Długo zastanawiał się, co mógłby zrobić, by odebrać mu przychylność państwa, ale żaden dobry pomysł nie przychodził mu do głowy. W końcu tak się złożyło, że któregoś wieczora przechodził obok uchylonych drzwi komórki, w której sypiał Filip i dostrzegł, jak ten rozmawia z czarnym kotem, drapiąc go za uszami.
- Jakie to szczęście, że cię mam - mówił - Gdyby nie ty, nie poradziłbym sobie z tym wszystkim i nie miałbym tylu dobrych pomysłów.
“Dziękuje kotu za pomoc? Chyba udało mi się odkryć jego sekret!” pomyślał sługa, po czym złośliwie się uśmiechnął i cichaczem wrócił do siebie.
Następnego dnia czarny kot zapadł na jakąś dziwną chorobę. Nie miał sił się podnieść, a wszystko co zjadł, zwracał już chwilę później. Filip bardzo się tym martwił, ale nie wiedział jak mu pomóc. Sam zresztą sprawiał wrażenie nie do końca zdrowego: nagle stał się bardzo niezdarny, a najprostsze zadania zaczęły wydawać mu się niewykonalne. A stary sługa przyglądając mu się z boku uśmiechał się pod nosem i tylko czasem sobie z niego pokpiwał.
Nocą, kiedy wszyscy już dawno spali, dwa pozostałe koty podeszły do swojego chorego przyjaciela, by porozmawiać z nim w kociej mowie.
- Nie mogę już patrzeć jak cierpisz - powiedział rudy kot - Czy naprawdę nie wiesz, co to za choroba i jak możemy ci pomóc?
- To nie choroba, a trucizna - odrzekł na to czarny kot - ktoś musiał dosypać mi jej do jedzenia, kiedy nikt nie patrzył. Niedługo umrę, a wtedy Filip na zawsze straci rozum.
- I nic nie zdoła cię uratować? - dopytywał się biały kot.
- Mógłbym wyzdrowieć tylko gdybym zjadł biały kwiat, który rośnie na szczycie skały na wyspie pośrodku jeziora za lasem - odpowiedział czarny - Człowiek pewnie zdołałby mi go przynieść, ale przecież żaden z nich nie zrozumie, gdy spróbujemy o to poprosić.
Po czym zwinął się w kłębek i zasnął. Dwa pozostałe koty spojrzały na śpiącego Filipa.
- Nie możemy go zostawić - powiedział rudy - Co by począł bez nas?
A biały chwilę się zastanowił, po czym odrzekł:
- Lepiej, by stracił nas wszystkich na chwilę, niż żeby miał utracić choć jednego na zawsze. Musimy spróbować.
I wyskoczył przez uchylone okienko, a rudy po chwili wahania podążył za nim.
Choroba czarnego kota i zniknięcie dwóch pozostałych bardzo źle wpłynęły na Filipa. Nie dość, że nagle zniknęły gdzieś jego spryt i zręczność, to jeszcze stał się nieczuły i nieuprzejmy. W końcu jego zachowanie tak rozgniewało dziedzica, że wypędziłby go, gdyby siostra tak usilnie nie wstawiała się za młodzieńcem. Łucja próbowała jakoś wpłynąć na Filipa, ale za każdym razem, gdy chciała nawiązać z nim rozmowę, ten odpowiadał jej szorstkimi, a nawet okrutnymi słowami i odwracał się od niej. Dziewczyna w końcu dała sobie spokój i tylko cicho płakała w swoim pokoiku.
Tymczasem dwa koty szły dzielnie przez las, ale choć ani sił, ani odwagi im nie brakowało, nie wiedziały jak dotrzeć do celu, a gdy spostrzegły, że kręcą się w kółko, niewiele brakowało, a straciłyby całą nadzieję. Nagle jednak instynkt kazał białemu kotu, spojrzeć w niebo, a gdy to zrobił, zobaczył spadającą gwiazdę. Natychmiast pobiegł w ślad za nią, a rudy kot zrobił to samo. Jak tylko słońce zaczęło wynurzać się zza horyzontu, znaleźli się nad brzegiem jeziora. Tutaj obydwa koty musiały na chwilę przystanąć, bo zrozumiały, że znów znalazły się w kłopocie. Skała, na której miał rosnąć biały kwiat, była dobrze widoczna, ale jak mogłyby się tam dostać?
Wtem koty usłyszały ludzkie głosy i ujadanie psów - to zbliżali się myśliwi. Biały kot od razu wspiął się na najbliższe drzewo, a rudy chciał pójść za jego przykładem, ale nagle zobaczył, że coś porusza się w trzcinie. Podszedł bliżej i dostrzegł zaplątane w szuwarach trzy dzikie kaczątka, które nie były w stanie się stamtąd wydostać. Zrobiło mu się żal bezbronnych piskląt więc, choć sam bał się psów, najpierw ostrożnie przeniósł kaczęta, jedno po drugim i ukrył w dziupli, a dopiero potem dołączył do swojego przyjaciela na czubku drzewa. Myśliwi przez jakiś czas krążyli wokół jeziora, ale w końcu odjechali, a wszystkie psy pobiegły za nimi. Wtedy i koty, i kaczęta zeszły z drzewa i wróciły nad wodę. Wtem podfrunęło do nich całe stado dzikich kaczek. Ptaki wylądowały na jeziorze i ustawiły się jeden za drugim tworząc jakby most prowadzący aż do brzegu wysepki. Koty, jeden za drugim, pobiegły tam po ich grzbietach, a gdy znalazły się u stóp wysokiej skały, zaczęły się po niej wspinać. Była to długa i uciążliwa wędrówka, ale koty uparcie szły naprzód i po wielu godzinach w końcu udało im się dotrzeć na szczyt. Kiedy rudy kot zerwał kwiat, słońce chyliło się już ku zachodowi.
- Nie zdążymy wrócić na czas - zaniepokoił się biały kot.
Jednak już po chwili znów zjawiły się dzikie kaczki, by na skrzydłach zanieść i jego, i jego towarzysza z powrotem do dworu. Kiedy dotarli już na miejsce, koty zeskoczyły na dach, a potem niepostrzeżenie przedostały się do komórki, gdzie leżał ich chory przyjaciel. Gdy czarny kot zjadł biały kwiat, natychmiast wrócił do zdrowia.
Dzikie kaczki nie odleciały z powrotem, ale długo krążyły wokół dworu, jakby na coś czekając. W końcu wszyscy wyszli zobaczyć, co się dzieje: dziedzic, jego żona, dzieci, Łucja i cała służba. A był wśród nich także i ten stary sługa, który, chcąc zaszkodzić Filipowi, otruł jego kota. Gdy kaczki go dostrzegły, wszystkie zebrały się tuż nad jego głową, po czym zaczęły go dziobać i łaskotać skrzydłami. Mężczyzna rzucił się do ucieczki, a za plecami słyszał gniewne okrzyki dziedzica, jęki jego przerażonej żony i śmiech dzieci. Biegł przed siebie tak długo, aż w końcu zniknął domownikom z oczu. Potem już nigdy więcej nie pojawił się we dworze - być może nie był już w stanie wrócić albo po prostu wstydził się tam pokazać po tym, co się stało.
Kiedy Filip obudził się następnego ranka, przez chwilę rozglądał się wokół jak człowiek, który nagle znalazł się w nowym, nieznanym miejscu. Potem spojrzał na śpiące obok niego koty, pogłaskał je, wstał z łóżka, wziął kilka desek i narzędzia i zabrał się do pracy.
Kilka godzin później Filip wziął zrobioną przez siebie drewnianą szkatułkę i zapukał do drzwi pokoiku Łucji.
- Zanim coś powiesz, otwórz wszystkie szufladki - powiedział, podając dziewczynie szkatułkę.
Łucja wysunęła pierwszą szufladkę i zobaczyła, że na jej dnie wyryty jest napis: “Tylko człowiek bez rozumu by jej nie docenił”. Otworzyła drugą i przeczytała: “Tylko człowiek bez duszy by ją zlekceważył”. Na dnie trzeciej był napis: “Tylko człowiek bez serca mógłby ją zranić”, natomiast po odsunięciu czwartej szufladki Łucja zobaczyła swoją podobiznę starannie wyrytą w kawałku drewna.
- Zły los odebrał mi serce, duszę i umysł, ale teraz znów je odzyskałem - powiedział Filip - Żałuję tylko tego, że zanim to się stało, sprawiłem ci ból. Czy mi przebaczysz, jeśli wyznam ci całą prawdę?
- I tak ci przebaczę - odpowiedziała Łucja, ściskając go za rękę.
A chwilę później przez uchylone drzwi do pokoiku weszły trzy koty i zaczęły ocierać się o nogi obydwojga.
Jakiś czas później Filip ożenił się z Łucją, a wtedy sprowadził do dworu swojego ojca. Od tego czasu nic już nie zakłócało jego spokoju ani nie niepokoiło jego najbliższych. Filip wiódł szczęśliwe życie patrząc, jak dorastają jego dzieci i wnuki.
Trzy koty już nigdy więcej go nie opuściły, a kiedy wiele lat później umarł, po raz ostatni ułożyły się w nogach łóżka, po czym i one zasnęły na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz