środa, 14 października 2026

Dary trzech bogiń (cz. 5/9)

 

Dalszy ciąg opowieści o błędnym rycerzu


Rycerza bardzo zdumiała opowieść Płomienia, a zwłaszcza to, jak jej początek podobny był do historii Słońca. Wyjął z kieszeni haftowaną chustkę i pokazał ją dziewczynce. Płomień od razu ją rozpoznała i zaczęła wypytywać rycerza o siostrę. Mężczyzna nie chciał już nawet żegnać się z nieuprzejmą gospodynią - od razu posadził dziecko na swojego konia i zawiózł do chaty, w której wcześniej zostawił Słońce. Siostry padły sobie w ramiona i długo nie chciały się puścić, jakby obawiały się, że za chwilę ktoś znowu spróbuje je rozdzielić. 

- Zostańcie tu i czekajcie na mnie - powiedział rycerz - Wrócę po was, jak tylko uda mi się odnaleźć waszą matkę i siostrę. 

Po czym dosiadł konia i ruszył w drogę. 

Galopował tak przed siebie aż do zachodu słońca, a przez ten czas ani nie minął żadnej ludzkiej siedziby, ani nikogo nie spotkał. Kiedy zaczęło już robić się ciemno, znalazł się na rozdrożu i tam się zatrzymał. Długo stał tak w miejscu, bo nie mógł się zdecydować, w którą stronę jechać. W pewnym momencie spojrzał w tył i zobaczył, że drogą, którą właśnie przybył, idzie ku niemu jakaś kobieta w długim, czarnym płaszczu, z latarnią w ręku.

- Witaj, wędrowcze - powiedziała - Wyglądasz na kogoś, kto potrzebuje dobrej rady. Co zaprząta twoje myśli?

Rycerz wyjaśnił jej, kogo szuka i zapytał nieznajomą, czy nie nie słyszała może o matce Słońca i Płomienia, albo o jej najmłodszej córce. Ale zamiast odpowiedzieć, kobieta uśmiechnęła się tajemniczo i długo milczała. 

- Długo tak błąkasz się po świecie? - spytała w końcu. 

- Długo, pani. Już od wielu lat. 

- Wiele dziwów widziałeś w trakcie swoich podróży?

- Bardzo wiele. 

- A widziałeś, gdzie noc bawi się za dnia?

- Nie widziałem. 

- Więc jedź cały czas na zachód i nie zatrzymuj się, dopóki nie zobaczysz światła pod stopami. 

I zniknęła, zanim rycerz zdołał zapytać ją o coś jeszcze. 

“Już trzeci raz mi się to przydarza” pomyślał. “Dwie poprzednie kobiety doprowadziły mnie do Słońca i Płomienia - może dzięki trzeciej odnajdę najmłodszą siostrę?”. 

Skierował więc konia na zachód i jechał przez całą noc i ranek. Gdy minęło południe znalazł się na łące pokrytej piękną, wysoką trawą. Postanowił się tam zatrzymać, by jego zdrożony koń mógł się najeść i odpocząć. Sam zaczął przechadzać się po łące i dostrzegł na jej kilka sporych głazów. Przyszło mu do głowy, że może pomiędzy nimi znajdzie jakieś źródełko, a ponieważ dokuczało mu pragnienie, od razu pobiegł w tamtą stronę. Nie znalazł tam wody, ale kiedy pochylił się nad skałami dostrzegł coś jakby smugę światła wydobywającą się z głębi ziemi. Odgarnął więc kępkę trawy i zajrzał przez otwór, który znalazł pod nią.

Zobaczył podziemny pokój, a w nim małą dziewczynkę o kruczoczarnych lokach. Bawiła się strojąc lalkę niemal tak dużą jak ona sama, podczas gdy jakieś garbate, łyse stworzenie podawało jej kolorowe wstążki, a druga, podobna istota czyściła jej buciki. Rycerz przypomniał sobie opowieści o gnomach, które porywają małe, śliczne dzieci. Z początku je rozpieszczają, bawią się z nimi i obsypują prezentami, ale gdy takie dziecko urośnie na tyle, by podziemne korytarze, gdzie przebywało dotychczas, zrobiły się dla niego za ciasne, trują je, albo uśpione porzucają gdzieś w lesie. 

Bez zastanowienia dobył miecza i zaczął uderzać nim w ziemię pod stopami, chcąc wyrąbać sobie wejście do środka. Gnomy szybko zorientowały się, dlaczego sufit sypie im się na głowy i wszystkie naraz wybiegły na powierzchnię chcąc przegonić intruza. Były to jednak tak tchórzliwe stworzenia, że wystarczyło tylko raz pogrozić im mieczem, by straciły chęć do walki. 

Zamiast tego zaczęły usilnie prosić rycerza, by nie niszczył ich domu, oferując mu w zamian wszystkie swoje klejnoty i skarby. 

- Możecie je sobie zatrzymać - odrzekł im na to - Przyprowadźcie mi tylko to dziecko, które tam ukrywacie.

- Tam nie ma żadnego dziecka - odpowiedziały gnomy. 

Gdy rycerz usłyszał to kłamstwo, znów wbił miecz w dach ich pałacu, a wtedy gnomy natychmiast wyprowadziły czarnowłosą dziewczynkę na powierzchnię.  

Rycerz wziął ją na ręce i posadził na swojego konia.

- Jak masz na imię? - zapytał.

- Noc.

I kiedy jechali tak razem przez las, dziewczynka opowiedziała swoją historię. 


niedziela, 11 października 2026

Dary trzech bogiń (cz 4/9)

 

Opowieść Płomienia

Jechałyśmy nocą przez las razem z moją matką, starszą siostrą i młodszą siostrzyczką, kiedy nagle usłyszałyśmy głośny trzask, a powóz zachwiał się i zatrzymał. Bardzo się przestraszyłyśmy, zwłaszcza, że było już ciemno, a wyglądało na to, że będziemy musieli zostać tam do rana. Matka wysiadła z powozu, by wydać woźnicy jakieś polecenie i długo nie wracała. Starsza siostra wyjrzała przez okno i powiedziała, że obydwoje chcieli wyjechać z lasu i zniknęli gdzieś w gęstwinie, ale pewnie niedługo po nas wrócą. Czekałyśmy i czekałyśmy, ale nikt się nie zjawiał. W końcu najstarsza powiedziała, że sama pójdzie sprowadzić pomoc i kazała nam zostać na miejscu aż wróci.  

Siedziałyśmy tak w powozie we dwie, czekając, aż ktoś po nas przyjdzie, ale przez całą noc nikt się nie zjawił - ani woźnica, ani matka, ani siostra. Było nam zimno i zgłodniałyśmy, więc kiedy zrobiło się już zupełnie jasno, wzięłyśmy się za ręce i zaczęłyśmy iść przed siebie. Szłyśmy i szłyśmy, ale nie spotkałyśmy nikogo, kto mógłby nam pomóc. W końcu moja siostrzyczka zaczęła narzekać, że jest zmęczona i nie chciała iść dalej. Wtedy zatrzymałyśmy się i usiadłyśmy pod drzewem, a mała od razu zasnęła. Mnie nie chciało się spać, a byłam bardzo głodna, więc odeszłam na chwilę, poszukać czegoś do jedzenia. 

Nic nie znalazłam, ale zobaczyłam kępę ślicznych kwiatów i chciałam zerwać kilka. Dopiero gdy wyrwałam garść, zauważyłam, że nie wyrosły z ziemi, a z ciała martwej wiewiórki, a wtedy ze wstrętem odskoczyłam w tył. Chwilę później kwiaty, które trzymałam, rozpłynęły się, plamiąc mi ręce. Przestraszyło mnie to tak bardzo, że zakręciło mi się w głowie i trudno było mi sobie przypomnieć, z której strony przyszłam, a chciałam wracać jak najprędzej. 

W końcu udało mi się znaleźć to drzewo, pod którym zostawiłam siostrzyczkę, jednak już jej tam nie było. Zaczęłam ją wołać, ale nikt mi nie odpowiedział, zaglądałam w krzaki i szukałam jej śladów na ziemi, ale nie znalazłam nic. Długo błąkałam się po lesie płacząc i krzycząc, ale nic to nie dało. Moja siostrzyczka zniknęła bez śladu, tak jak wcześniej matka i starsza siostra, a ja zupełnie nie wiedziałam już, gdzie iść i co robić. 

Była już późna noc, kiedy trafiłam do tej wioski. Stukałam do drzwi wszystkich domów, ale nikt nie chciał pomóc mi szukać siostrzyczki, ani nawet wpuścić mnie do środka. W końcu jeden gospodarz wskazał mi tę stodołę i powiedział, że mogę przespać się na słomie. Było mi niewygodnie, ale i tak szybko zasnęłam. Śniło mi się, że wszędzie wokół mnie wyrastają kwiaty, które oplatały mnie swoimi łodyżkami, a ich zapach mnie dusił.  

Aż w końcu się obudziłam i zobaczyłam, że ty siedzisz obok. 


piątek, 25 września 2026

Dary trzech bogiń (cz 3/9)

 

Dalszy ciąg opowieści o błędnym rycerzu


Rycerz powierzył Słońce opiece dwojga staruszków i przyrzekł, że odnajdzie jej rodzinę, a potem po nią wróci. Zanim odjechał, dziewczynka podarowała mu haftowaną chusteczkę.

- Jak znajdziesz moją matkę, albo którąś z sióstr, pokaż im to - powiedziała. 

Rycerz schował chustkę do kieszeni, dosiadł konia i ruszył w drogę. Nie minęło wiele czasu, a znalazł na leśnej drodze wytworny powóz ze złamanym kołem. Był jednak zupełnie pusty, a rycerz nie miał pojęcia, gdzie mógłby szukać ludzi, którzy nim podróżowali. Przypomniał sobie jednak opowieść Słońca i postanowił udać się w tę samą stronę, co ona. Wkrótce dotarł do pewnej wsi, gdzie właśnie odbywało się wesele. Nikt z biesiadników nie był w stanie pomóc mu w poszukiwaniach, wszyscy zachęcali go jednak, by został do rana i dołączył do zabawy. 

Rycerzowi wkrótce udzielił się radosny nastrój i na chwilę zapomniał o Słońcu. Znów zaczął przechwalać się swoimi czynami i twierdzić, że po tym, co widział w czasie swoich podróży, nic już nie zdoła go zadziwić. Wtedy nagle podeszła do niego jakaś kobieta i spytała: 

- A czy widziałeś kiedyś płomień, który rodzi kwiaty? 

Rycerz musiał przyznać, że nie widział. Nieznajoma dała mu woreczek wypełniony czymś, co przypominało błękitny piasek.

- Jak chcesz go zobaczyć, jedź prosto na północ i zatrzymaj się w pierwszej wiosce, którą napotkasz - powiedziała - A jak już go znajdziesz, obsyp go tym proszkiem. 

Rycerz od razu wyruszył w drogę, a kiedy dotarł do wioski, było już zupełnie ciemno. Zapukał do drzwi jednej z chat, a po chwili otworzyła mu kobieta o niemiłej twarzy i potężnym cielsku. Rycerz poprosił o nocleg, a ona nie ośmieliła się mu odmówić, choć widocznie nie była zadowolona z tych odwiedzin. 

- W mojej chacie nie znajdziesz zbyt wielu wygód - powiedziała - Nie mam nawet wolnego łóżka, w którym mógłbyś się przespać. 

- Jestem przyzwyczajony do niewygód - odpowiedział rycerz - I mogę spać choćby na ławie w kuchni. Ale koniecznie muszę spędzić noc właśnie tutaj. 

Kobieta wpuściła go więc do środka i wskazała mu ławę. Nie zaproponowała mu jednak nic do jedzenia, ani nawet nie chciała rozpalić ognia. Rycerz zaczął już żałować, że posłuchał rady nieznajomej, gdy dostrzegł przez okno drewniany budynek, gdzie drzwi zabite były deskami, a obok ktoś powiesił czerwoną chustę. Zaciekawiło go to na tyle, że postanowił zostać chociaż do rana. 

Gdy gospodyni znów do niego podeszła, wskazał ręką okno i zapytał:

- Co to za miejsce?

- Stara stodoła. Zabiliśmy wejście i powiesiliśmy czerwoną chustę przy drzwiach, by nikt nie wszedł do środka, a w wiosce nie rozpętała się zaraza. 

- Dlaczego obawiacie się zarazy? Co takiego kryje się w tej stodole?

- Leży tam śpiąca dziewczynka, a z jej ciała wyrastają kwiaty. Gdyby ktoś jej dotknął, na pewno stałoby się z nim to samo - są w naszej wsi ludzie, którzy widzieli to już wcześniej. Tej choroby nie można powstrzymać. Ten, którego skóra zaczyna rodzić kwiaty jak ziemia, nigdy się już nie obudzi, a im więcej kwiecia go pokrywa, tym jest bliżej śmierci. Kiedy ostatnio widzieliśmy to dziecko, miała tylko kilka pączków na szyi, ale teraz pewnie już całkiem zarosła. 

Rycerzowi zrobiło się żal chorego dziecka leżącego samotnie w zamkniętej stodole.

- Naprawdę nikt nie chciał się nią zająć? - zapytał - Nawet rodzice?

- Nie znamy jej rodziców. Przybłąkała się tu pewnej nocy, a rano była już pokryta kwiatami. Wiemy tylko, że ma na imię Płomień. 

Rycerz od razu przypomniał sobie słowa kobiety, którą spotkał na weselu i podarek od niej, ale nic nie powiedział. Oznajmił, że jest bardzo zmęczony, po czym położył się na ławie i udał, że zasypia. Gospodyni zostawiła go samego, a niedługo potem poszła spać. 

Rycerz poczekał jakiś czas, a kiedy był już pewien, że nikt go nie zauważy, wymknął się z chaty i pobiegł do stodoły. Mieczem wyrąbał sobie wejście do środka, a kiedy otworzył drzwi, światło księżyca padło wprost na chorą dziewczynkę. Leżała na słomie; miała na sobie czerwoną sukienkę, a ciemnofioletowe kwiaty niemal zupełnie zakrywały jej dłonie, szyję i twarz. Kilka wystawało też spomiędzy ognistorudych włosów. 

Rycerz usiadł obok i zaczął obsypywać śpiące dziecko niebieskim proszkiem. Już po chwili wszystkie kwiaty zwiędły i odczepiły się od jej skóry, a dziewczynka otworzyła oczy.

- Czy długo spałam? - zapytała. 

- Byłaś bardzo chora - odpowiedział rycerz - Ale miałem przy sobie lekarstwo, dzięki któremu wyzdrowiałaś. Teraz powiedz mi, jak się tu znalazłaś i gdzie są twoi rodzice.

Wtedy Płomień opowiedziała mu swoją historię. 



czwartek, 24 września 2026

Dary trzech bogiń (cz 2/9)

Opowieść Słońca


Jakiś czas temu - sama już nie wiem, ile dni czy tygodni właściwie minęło - jechałam wraz z moją matką i dwiema młodszymi siostrami powozem przez las. Był już późny wieczór i jechaliśmy w zupełnej ciemności. Moja najmłodsza siostrzyczka dawno usnęła z głową na kolanach matki, ale moja druga siostra i ja wciąż czuwałyśmy. 

Nagle jedno z kół powozu złamało się i stanęliśmy w środku lasu. Woźnica miał dosiąść jednego z koni, by pojechać sprowadzić pomoc, ale zanim zdołał się oddalić, nagle z gęstwiny wyłonił się jakiś wielki, włochaty potwór, ściągnął go z siodła i porwał ze sobą. Wtedy matka dosiadła drugiego konia, dobyła miecza i ruszyła za nimi w pogoń. Ja i moje siostry schowałyśmy się w powozie i długo czekałyśmy, aż ktoś po nas wróci. W końcu zaczęłyśmy się bać, że nikt nie przyjdzie, postanowiłam więc sama sprowadzić pomoc. 

Szłam ścieżką przed siebie aż w końcu wyszłam z lasu. W oddali zobaczyłam światło i pobiegłam w tamtą stronę - byłam pewna, że znajdę tam jakichś ludzi, którzy będą mogli mi pomóc. Kiedy byłam już trochę bliżej, nagle drogę zastąpił mi dziwny mężczyzna, który pojawił się niewiadomo skąd. 

- Witaj, moja droga - powiedział - Co robisz w tym odludnym miejscu sama o tak późnej porze?

Opowiedziałam mu, co mi się przydarzyło i poprosiłam, by poszedł ze mną tam, gdzie zostawiłam swoje siostry. Wtedy nieprzyjemnie się uśmiechnął i powiedział:

- Pewnie jesteś bardzo zmęczona - pozwól, że cię tam zaniosę.

Nie spodobał mi się ten pomysł, ale naprawdę ledwo trzymałam się na nogach, więc nie opierałam się, gdy wziął mnie na ręce. Wtedy przemienił się w obłok mgły i uniósł mnie ze sobą. Zanim zrozumiałam co się dzieje, byłam już uwięziona w tym ciemnym pokoju w domu wampira. 

Przychodził tam do mnie co noc, całował mnie i gryzł. Próbowałam uciec, ale drzwi były dla mnie za ciężkie i, choć wytężałam wszystkie siły, nie udało mi się ich poruszyć. 

Po jakimś czasie zrobiłam się tak słaba, że trudno było mi wstać z tej sofy, na której leżałam. I nie wiem, co by się ze mną stało, gdybyś mnie, panie, nie znalazł i nie uratował. 

poniedziałek, 21 września 2026

Dary trzech bogiń (cz 1/9)

 Opowieść o błędnym rycerzu

Pewien młody rycerz wyruszył w podróż w poszukiwaniu przygód i niebezpieczeństw. Przemierzył pół świata, a przez ten czas tak wiele przeżył i dokonał tylu bohaterskich czynów, że siedmiu nocy nie starczyłoby, aby opisać je wszystkie. Wciąż jednak było mu mało i wciąż tęsknił do czegoś, czego nie umiał nazwać. Nieraz myślał o tym, by zakończyć swoją tułaczkę i osiąść gdzieś na stałe, ale nigdzie nie czuł się jak w domu i wciąż wydawało mu się, że ma do spełnienia jakąś ważną misję i nie wolno mu spocząć, póki jej nie ukończy.  

W czasie jednej ze swych podróży, kiedy akurat przeprawiał się przez góry, noc zastała go z dala od ludzkich siedzib. Szczęśliwie udało mu się znaleźć wejście do skalnej groty, najpierw więc wprowadził do środka swojego rumaka, a potem sam spróbował ułożyć się jakoś na twardych kamieniach, bo był zbyt wyczerpany, by sporządzić sobie jakiekolwiek posłanie. Nagle poczuł, jak czyjaś dłoń zakrywa mu oczy, ale zanim zdołał się tym choćby zdziwić, zasnął. Spał mocno i głęboko, a sen, który przyśnił mu się tej nocy, miał zapamiętać już do końca swych dni. 

We śnie znalazł się na leśnej polanie pełnej kwitnących krokusów. Naprzeciw niego stała piękna pani ze złotą koroną na głowie, która uśmiechnęła się do niego i dała mu znak, by się przybliżył. Oczarowany rycerz podszedł do niej i padł przed nią na kolana. Potem zerwał trzy krokusy, by wręczyć je damie, a ona pochyliła się nad nim i pocałowała go w usta. Wtedy rycerz wstał, wziął ją za rękę i razem zniknęli w gęstwinie.

Gdy się obudził, od razu wstał i odjechał w dalszą drogę, jakby nic się nie stało. Jednak sen, zamiast rozwiać się w jego pamięci, wciąż był równie wyraźny jak to, co rycerz każdego dnia oglądał w świetle słońca. W końcu uwierzył, że piękna pani, o której nie potrafił zapomnieć, musi istnieć naprawdę i postanowił ją odnaleźć. Jednak, choć błąkał się po świecie przez całe trzy lata, nie udało mu się natrafić na żaden jej ślad i w końcu niemal uwierzył, że była tylko sennym widziadłem. 

Aż w końcu którejś nocy zmuszony był nocować w opuszczonym pasterskim szałasie. Ledwo ułożył się do snu poczuł dotyk czyjejś dłoni na powiekach i natychmiast twardo zasnął. Znów zobaczył we śnie tajemniczą damę, tym razem stojącą wśród kwitnących niezapominajek. Rycerz i tym razem ukląkł przed nią, po czym zerwał trzy kwiaty, by wręczyć je pięknej pani. Dama pocałowała go w usta, podała mu rękę i poprowadziła w gęstwinę.

Kiedy rycerz obudził się rano, znów zapragnął odnaleźć kobietę, którą już dwa razy spotkał we śnie. Błąkał się więc po świecie przez kolejne trzy lata, ale znów nie udało mu się natrafić choćby na ślad pięknej nieznajomej. Przeżył wiele przygód, odwiedził najodleglejsze królestwa, widział różne cuda i dziwy, a jednak nie odnalazł tego, czego szukał. 

Aż w końcu którejś nocy, kiedy znużony położył się na leśnym mchu, tajemnicza dłoń zamknęła mu oczy po raz trzeci. Gdy zasnął, znów przyśniła mu się piękna pani.  Tym razem leśną polanę pokrywały kwitnące lilie. I znów mężczyzna podarował damie trzy kwiaty, w zamian otrzymał od niej pocałunek, a potem obydwoje zniknęli wśród drzew. 

Rycerz obudził się szczęśliwy i ruszył w dalszą drogę. Czuł, że skoro już trzy razy zobaczył we śnie swoją panią, prędzej czy później musi ją spotkać na jawie. Ale znów przez kilka lat nie wydarzyło się nic, więc w końcu zapał rycerza osłabł. Podróżował jednak nadal, a nigdy nikomu nie odmawiał pomocy.

I tak się raz złożyło, że pewnego wieczora droga zawiodła go do karczmy pełnej bawiących się wesoło ludzi. Biesiadnicy od razu zaprosili go, by do nich dołączył i nie musieli go długo prosić, zanim zaczął opowiadać o swoich podróżach i chwalić się swoimi dokonaniami. Mówił o odległych krajach, które odwiedził, o niezwykłych cudach, które tam widział, o zbójcach, potworach i czarownikach, z którymi walczył, a jako że, choć miał szlachetny charakter, był dumny jak każdy rycerz, nie omieszkał przy każdej nadarzającej się okazji podkreślić własnej siły, odwagi i zręczności. A przez cały ten czas stojąca w rogu kobieta, na którą nikt zdawał się nie zwracać uwagi nie spuszczała z niego wzroku. 

Kiedy rycerz w końcu usiadł, by nabrać tchu, przysiadła się do niego i powiedziała:

- Twoja opowieść była doprawdy niezwykła. Mało jest na świecie ludzi, którzy przeżyli tak wiele. 

Rycerz uśmiechnął się, po czym z westchnieniem odrzekł:

- Czasami wydaje mi się, że nie mam już czego szukać na tym świecie, bo widziałem już wszystko, co warto zobaczyć i nic już nie zdoła mnie zadziwić. 

- A widziałeś kiedyś wampira, który trzyma w domu słońce?

Rycerz musiał przyznać, że nie widział. Kobieta pochyliła się nad nim i powiedziała:

- Jedź na zachód, a może uda ci się go zobaczyć. A jeśli będziesz musiał uciekać, skieruj się w stronę, w którą zawieje wiatr. 

Rycerz odwrócił się w jej stronę, ale zanim zdołał zadać jej jakiekolwiek pytanie, nieznajoma zniknęła. Potem próbował pytać o nią ludzi, ale prędko okazało się, że nikt jej nie zna, a niektórzy nawet jej nie zauważyli. 

Następnego ranka rycerz dosiadł konia i ruszył prosto na zachód. Koło południa dostrzegł kamienny dom, który przypominał raczej grobowiec. Rycerz próbował zajrzeć do środka, ale wszystkie okna były szczelnie i dokładnie zamurowane. W końcu udało mu się znaleźć kamienne drzwi, ale długo musiał wytężać wszystkie siły, zanim zdołał uchylić je na tyle, by móc się przez nie przecisnąć.

Gdy znalazł się w środku, trafił do pokoju oświetlonego jedną, jedyną świecą, gdzie na sofie leżała śpiąca dziewczynka. Miała na sobie żółtą sukienkę, była bardzo blada, a jej włosy lśniły niczym złoto. Rycerz podszedł do niej i dotknął jej ramienia, a wtedy dziewczynka otworzyła oczy.

- Nie bój się, panienko - powiedział łagodnie - Czy to jest dom wampira?

   - Tak, panie - słabym głosem odpowiedziała dziewczynka, wpatrując się w rycerza szeroko otwartymi oczami. 

    - Gdzie on teraz jest?

    - Śpi w swoim pokoju. 

- A jak ci na imię? 

- Słońce.

Wtedy mężczyzna zajrzał do drugiego pokoju. Pośrodku stało kamienne łoże, a na nim leżał pogrążony w głębokim śnie wampir. Rycerz podkradł się do niego i odciął mu pasmo włosów. Potem wrócił po Słońce, wziął ją na ręce, wyniósł na zewnątrz, posadził przed sobą na siodle i, tak jak radziła mu kobieta z karczmy, pognał w tę stronę, w którą wiał wiatr.

Jechali tak przez wiele godzin aż w końcu zapadł zmierzch. Wtedy rycerz obejrzał się za siebie i zobaczył, że wampir ruszył za nimi w pościg. Biegł niemal tak szybko, jak galopujący koń, ale nie mógł dosięgnąć jeźdźca, gdyż ten miał przy sobie pukiel jego włosów. Słońce mocno trzymała się swojego wybawcy, prosząc go, by jeszcze przyśpieszył. 

W końcu dotarli na skraj lasu, gdzie dostrzegli małą chatkę. Rycerz zapukał do drzwi, a gdy wpuszczono go do środka, przekonał się, że mieszkało tam dwoje starych ludzi. Wszyscy czworo zamknęli się w izbie i zasłonili wszystkie okna. Wampir przez całą noc na przemian krążył wokół domu i dobijał się do drzwi, ale nikt mu nie odpowiedział. Nie poddawał się jednak i dalej uparcie próbował dostać się do środka, aż w końcu promienie wschodzącego słońca zamieniły go w popiół. 

Wtedy rycerz zapytał dziewczynkę, jak znalazła się w takim miejscu. Słońce opowiedziała więc swoją historię…

…

czwartek, 26 marca 2026

Gwiżdżące Mokradło

     W małej chatynce na odludziu mieszkała para małżonków. Żyli biednie, ale spokojnie i nie musieli się niczego obawiać. Nie pałali do siebie gorącym uczuciem, ale też nie odczuwali wstrętu do siebie nawzajem i przez długie lata udawało im się unikać większych kłótni i nie być dla siebie nawzajem zbyt przykrymi. Nie mieli dzieci ani zbyt wielu krewnych; bardzo rzadko ktoś ich odwiedzał, a jeszcze rzadziej zdarzało się, by jakiś zbłąkany wędrowiec zapukał do ich drzwi. Tak więc przez wiele lat ich życie było skromne i monotonne, ale i nie dawało im powodów do rozpaczy. 

Jednak któregoś roku cały kraj nawiedziła klęska głodu, której skutki dotkliwie odczuli nawet bogacze. Co zatem mieli powiedzieć ci, co nawet w czasach urodzaju ledwo wiązali koniec z końcem? Mąż i żona już dawno sprzedali wszystko co mogli, ale na niewiele im się to zdało. Ich niegdyś cichy dom wciąż rozbrzmiewał na przemian to szlochem to krzykami, ale kłótnie nie mogły przynieść ulgi żadnemu z nich. Prędko stało się jasne, że jeśli nie stanie się jakiś cud, obydwoje już wkrótce umrą z głodu. 

W końcu któregoś dnia zdesperowany mężczyzna zdecydował, że spróbuje coś upolować. Ponieważ nie miał ani łuku, ani włóczni, ani żadnej innej broni, zatknął sobie za pasem duży nóż i młotek. Tak uzbrojony udał się do lasu. Długo wędrował po krętych ścieżkach, a suche gałązki chrzęściły mu pod nogami. Jednak nie poszczęściło mu się - wszystko wokół było jak wymarłe i przez wiele godzin nie natknął się na żadne, nawet najmniejsze stworzenie. Mężczyzna nie chciał jednak wracać do domu z pustymi rękami więc dalej szedł na oślep przed siebie, klnąc i złorzecząc z każdym kolejnym krokiem.

Aż, kiedy już zaczęło się ściemniać, nagle ze zdziwieniem zauważył, iż zapuścił się dużo dalej niż zamierzał i nie jest już w lesie, a nad brzegiem bagna. Miejsce to zwano w okolicy “Gwiżdżącym Mokradłem”, gdyż prawie zawsze słychać było dobiegające z niego dziwne dźwięki, przypominające nieco gwizdanie. Tym, którzy słyszeli je z oddali nawet się to podobało, ale i tak niemal nikt nie odważyłby się zbliżyć do miejsca, skąd dochodziła owa melodia - a już szczególnie w nocy. Mężczyzna był jednak zbyt zmęczony i rozżalony, by się bać, więc przez chwilę stał tylko i patrzył przed siebie wciąż uskarżając się w duchu na swój los.

“Już chyba lepiej byłoby, gdybym rzucił się w wodę” pomyślał i przykucnął nad kępą trzciny. Nagle zobaczył, że coś porusza się w szuwarach i bez namysłu zamachnął się w tamtą stronę młotkiem, a wtedy poczuł, iż faktycznie udało mu się ogłuszyć jakieś stworzenie. Czym prędzej odgarnął trzcinę, ale gdy zobaczył, co się w niej kryje, cofnął rękę ze zgrozą. Stworzeniem, które uderzył młotkiem była dziewczyna - śniada, smukła i pokryta błotem. Gdy mężczyzna w końcu odważył się jej dotknąć, przekonał się, że nie jest martwa, tylko nieprzytomna. W pierwszej chwili chciał uciekać i udać, że nigdy nawet nie zbliżył się do bagna. Potem pomyślał o swoim pustym żołądku, o czekającej na niego żonie, która pewnie byłaby wściekła, gdyby wrócił z niczym, o tych wszystkich długich godzinach, które spędził w poszukiwaniu czegoś co mógłby przynieść do domu i o tym, że jeśli nic się nie zmieni, będzie musiał albo pozwolić by ucięto mu język i sprzedano w niewolę, albo umrzeć. Znów spojrzał na leżącą u jego stóp dziewczynę, po czym przerzucił ją sobie przez ramię i zaniósł do domu. 

Żona z początku ucieszyła się na jego widok, ale gdy spostrzegła, co niesie, uśmiech zniknął z jej twarzy i z niepokojem w głosie zapytała, co to wszystko ma znaczyć. Jej mąż nie spieszył się z odpowiedzią; najpierw zaniósł bezwładną dziewczynę do kuchni i rzucił ją na stół. 

- To moja zdobycz - powiedział - Nic innego nie znalazłem. Jeśli nie chcesz umrzeć z głodu, będziesz musiała to ugotować.

Ale ten pomysł przeraził kobietę dużo bardziej niż wizja śmierci głodowej, a kiedy jej mąż wyznał, iż jego ofiara pochodzi z Gwiżdżącego Mokradła, wpadła w jeszcze większy popłoch. Domyśliła się, iż dziewczyna musi być bagienną nimfą i nie miała śmiałości nawet dotknąć jej palcem. Jej mąż jednak nadal obstawał przy swoim i próbował zmusić upartą żonę do posłuszeństwa krzykiem i groźbami. W pewnym momencie wzniósł rękę tak, jakby chciał ją uderzyć, a wtedy kobieta uciekła na górę i zamknęła się na poddaszu. Mężczyzna uderzał w drzwi pięściami, ale ona długo nie chciała wyjść, więc w końcu sam wrócił na dół.

Kiedy wszedł do kuchni, zobaczył, iż nie było w niej nikogo. Na stole leżał za to tak wielki bochenek chleba, że gdyby go postawić na ziemi, byłby wielkości dorosłego człowieka. Zdumiony mężczyzna najpierw przyjrzał się uważnie temu dziwnemu zjawisku, a potem dotknął go i powąchał. Gdy nie miał już wątpliwości, że jest to prawdziwy chleb, nożem rozkroił bochenek na pół, a wtedy znalazł w środku dużą bryłę srebra. Wtedy zrozumiał, że nimfa zostawiła ten skarb jako okup za swoje życie. Zawołał więc żonę, a ta od razu wyczuła zmianę w jego głosie, więc w końcu zeszła na dół, a kiedy zobaczyła leżące na stole dary i ona ucieszyła się z takiego obrotu spraw. I tej nocy, po raz pierwszy od bardzo dawna, obydwoje poszli spać syci i zadowoleni. 

Przez jakiś czas żyło im się dobrze. Mieli co jeść, odzyskali część tego, co musieli sprzedać, gdy popadli w nędzę i wyglądało na to, że zły los opuścił ich na dobre. Żadne z nich nie powiedziało nikomu, skąd wzięli srebro, ale w zaciszu własnego domu mężczyzna czasem śmiał się z tych wszystkich ludzi, którzy bali się zbliżać do bagna. 

Żona jednak wciąż ostrzegała go, by trzymał się z dala od Gwiżdżącego Mokradła. 

- Może i nimfy raz okazały ci litość, ale to nie znaczy, że zapomniały, jaką krzywdę wyrządziłeś jednej z nich - mówiła. 

Jej mąż traktował te słowa jak zwykłe zrzędzenie i, żeby nie musieć tego słuchać, w końcu przestał w ogóle wspominać o bagnie. Ale wciąż nadal wracał myślami do skarbów, które musiały spoczywać gdzieś na dnie mokradła. I do głowy przychodził mu tylko jeden sposób, by zdobyć ich część dla siebie. 

W końcu któregoś dnia, gdy kobieta była akurat w miasteczku jej mąż znowu wybrał się z młotkiem nad Gwiżdżące Mokradło. Tam godzinami czaił się w zaroślach czekając, aż zbliży się do niego jakaś nimfa. Jednak długo żadna się nie pojawiła i nawet odgłosy gwizdania były tego dnia dużo cichsze niż zwykle. Mężczyzna czekał jednak cierpliwie, aż w końcu, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi znów dostrzegł, jak coś porusza się w trzcinie. Po raz kolejny użył młotka, a gdy zajrzał w szuwary przekonał się, że i tym razem udało mu się upolować bagienną nimfę. Ta była mniejsza od poprzedniej i wyglądała na młodszą, niemal na dziecko. Mężczyzna uznał jednak, że to dobrze, bo dużo łatwiej będzie ją nieść, a może i okup za nią będzie więcej wart. Bez zwłoki zaniósł swoją zdobycz do domu i położył ją na stole w kuchni. 

Pamiętał, że poprzednim razem nimfa zniknęła i zostawiła podarek dopiero wtedy, gdy zostawił ją samą, dlatego od razu zszedł do piwnicy. Przez jakiś czas stał tam pod ścianą w zupełnej ciemności, aż w końcu uznał, że czekał już dość długo i postanowił wrócić na górę. Jednak zanim zdołał dosięgnąć klamki usłyszał gwizdanie. Dźwięk był tak głośny, że mężczyzna musiał zatkać sobie uszy. Zacisnął powieki i cofnął się o kilka kroków, a wtedy poczuł, że jego buty przesiąkają wodą, która nie wiadomo jak i kiedy zebrała się na podłodze.

Gdy niedługo potem wróciła jego żona, od razu zauważyła, że chatka wyraźnie się zmniejszyła. Kobieta podbiegła bliżej i przekonała się, że jej dom powoli zapada się w błotnistą sadzawkę, która nie wiadomo skąd nagle się tam pojawiła. Oszołomiona patrzyła na tonącą chatę, nawet nie myśląc o tym, że mogłaby cokolwiek uratować. Wtem na powierzchnię wypłynęła błotna nimfa ciągnąc za sobą ciało jej męża. Położyła zwłoki na suchej ziemi i czym prędzej uciekła w knieje. Kobieta spojrzała w ohydnie wykrzywioną twarz trupa, a gdy uniosła wzrok, spostrzegła, iż dach jej dawnego domu zupełnie zniknął już w głębi błotnistej wody. 




niedziela, 1 lutego 2026

O chłopcu, który umiał śnić

         Wieczorem pierwszego dnia nowego roku pewien rycerz, niemłody już i siwiejący, jechał konno w świetle księżyca. Nagle dostrzegł w oddali światło, a kiedy ruszył w jego stronę, szybko przekonał się, że dochodziło ono z okien wielkiego domu stojącego na uboczu. Rycerz był zmęczony po długiej podróży, więc postanowił się tam udać i poprosić o gościnę. Było tam zupełnie cicho, ale mimo to nikt zdawał się nie słyszeć pukania do drzwi, ani nawoływań rycerza. Drzwi nie były jednak zamknięte, więc mężczyzna po chwili wahania wszedł do środka. Znalazł się w dużym, jasno oświetlonym pokoju z suto zastawionym stołem pośrodku, jakby właśnie trwało tam jakieś przyjęcie. I faktycznie było tam mnóstwo ludzi, ale nikt nie świętował - wszyscy albo leżeli na podłodze, albo siedzieli przy stole z głowami opartymi o blat i ramionami zwisającymi bezwładnie. Rycerz próbował ich obudzić, ale szybko przekonał się, że wszyscy byli martwi. Nie wyglądało jednak na to, by ktoś ich otruł, nie było też żadnych śladów walki. Zmarli wyglądali tak, jakby nagle zasnęli i niemal na każdej zimnej, martwej twarzy gościł uśmiech. Zdawało się, że śmierć zabrała ich szybko i niepostrzeżenie, zanim zdążyli się przestraszyć, lub choćby zdziwić. Rycerz przeszukał inne pokoje, ale wszystkie były puste. W całym domu panowała cisza tak głęboka, że można było usłyszeć odgłos każdego kroku i najcichsze skrzypnięcie zawiasów otwieranych drzwi. Potem rycerz zajrzał do kuchni. Tam z kolei było pełno służby, ale i oni leżeli martwi na brudnej podłodze otoczeni szczątkami potłuczonych naczyń. Przyglądając się im rycerz, który stoczył w życiu już wiele walk i nie uląkłby się żadnego nieprzyjaciela, poczuł, że prawie nie może już oddychać ze zgrozy. Zauważył, że tylne drzwi były uchylone, a gdy za nie zajrzał, zobaczył leżącą tuż pod progiem kobietę z niemowlęciem w ramionach. I ona była już zupełnie zimna, ale rycerz prędko przekonał się, że dziecko wciąż żyje i tylko śpi. Niewiele myśląc wziął chłopczyka na ręce, po czym dosiadł konia i czym prędzej opuścił to ponure miejsce.

Minęło wiele godzin, a dziecko wciąż się nie obudziło. Z początku rycerz był z tego zadowolony, ale po jakimś czasie zaczęło go to niepokoić. W końcu przypomniał sobie o czarodziejce, której oddał kiedyś pewną przysługę i postanowił poprosić ją o radę.

Kiedy dotarł na miejsce, znów była już ciemna noc. Czarodziejka była bardzo zaskoczona, gdy niosący niemowlę rycerz zapukał do jej drzwi o tak późnej porze, ale wpuściła go do środka.

- Znalazłem to dziecko w ramionach martwej kobiety - wyjaśnił - i od wczoraj się nie obudziło.

Czarodziejka spytała go, jak i gdzie znalazł niemowlę i zbladła, gdy wysłuchała jego opowieści. Bez słowa wzięła od niego dziecko i położyła je na stole. Potem ułożyła wokół niego cztery kryształy i cztery zapalone świece, a następnie zaczęła nucić jakąś dziwną melodię. Już po chwili cały pokój wypełnił się srebrną mgłą, która zdała się pochłaniać wszystkie odgłosy. Gdy minęło kilka minut, mgła opadła, a chłopczyk otworzył oczy i zaczął płakać. 

Czarodziejka wzięła maleństwo na ręce i powiedziała:

- Tego dziecka dotknęła Okrutna Cisza - ta sama moc która uśmierciła jego matkę i wszystkich, których widziałeś w tamtym domu. Sądzę, że udało mi się go uzdrowić, ale lepiej będzie, jeśli zostanie ze mną. Będę nad nim czuwać i zadbam, by niczego mu nie brakowało. 

Rycerz przyznał jej rację i w dalszą drogę wyruszył już sam. Nie minęło jednak kilka tygodni, a znów zapukał do drzwi czarodziejki. Odwiedzał ją później wiele razy, patrząc jak jej przybrany syn rośnie, bawi się i uczy. Aż w końcu chłopiec zaczął nazywać rycerza ojcem, tak jak czarodziejkę już od dawna nazywał matką. 

Któregoś zimowego dnia chłopiec bawił się w lesie, gdy nagle rozpętała się śnieżyca tak gęsta, że nie wiedział już gdzie się znajduje i nie rozpoznawał nawet otaczających go drzew. Gdy tak próbował iść na oślep przed siebie, udało mu się zobaczyć na tyle duży otwór w ziemi, by mógł się tam schować. Zajrzał do środka i przekonał się, że prowadzi on do jamy pełnej śpiących niedźwiedzi. W pierwszej chwili ten widok śmiertelnie go przeraził i niemal skłonił do ucieczki. Potem jednak chłopiec pomyślał: “Przecież jest zima, więc na pewno śpią tak głęboko, że nawet mnie nie zauważą. Przeczekam tu burzę - na pewno będzie mi tu cieplej niż na dworze”. 

Z początku siedział sztywno pomiędzy śpiącymi niedźwiedziami, ale później, kiedy zmęczenie stało się silniejsze od strachu, oparł się plecami o plecy jednego z nich i prędko zasnął. A kiedy spał, przyśnił mu się sen, niepodobny do żadnego z tych, które śniły mu się wcześniej. 

Zdawało mu się, że ma nad głową niebo pełne gwiazd, znacznie większych i płonących dużo jaśniej niż te, które widywał na jawie. Chłopiec wyciągnął rękę ku jednej z nich i udało mu się ją chwycić, a było to takie uczucie, jakby trzymał w dłoni ciepłe, żywe pisklę. Uniósł się w górę wraz z nią i już po chwili był tak wysoko, że widział pod sobą cały świat i wszystkich ludzi. Ale ten świat i ci ludzie wyglądali zupełnie inaczej niż zwykle: chłopiec mógł teraz patrzeć przez ściany i dachy, a kiedy przyglądał się śpiącym, dostrzegł, że głowę każdego z nich okrywa coś na kształt burzowej chmury, wewnątrz której co chwila coś błyskało, mieniąc się coraz to inną barwą. Były to sny, które nocami wyłaniały się z ludzkich umysłów i okrywały ich oczy i uszy mówiąc im, co mają widzieć i słyszeć. Chłopiec zeskoczył na ziemię i podbiegł do najbliższego łóżka (a mógł to zrobić bez trudu, bo każdy mur zdawał się być zrobiony z dymu, który rozwiewał się, by go przepuścić), a gdy pochylił się nad śpiącym w nim człowiekiem, przekonał się, że potrafi zajrzeć w wiszącą nad nim chmurę i zobaczyć, co kryje się wewnątrz. Całą noc spędził chodząc od domu do domu i przyglądając się snom uśpionych ludzi: mężczyzn i kobiet, młodych i starych. 

Kiedy się zbudził, do gawry wpadały już promienie porannego słońca, a pierwszym, co zobaczył była twarz przybranej matki, której widać albo czary, albo jakiś szczęśliwy przypadek podpowiedział, gdzie szukać zaginionego dziecka. 

Chłopiec nie opowiedział o swoim śnie ani jej, ani nikomu innemu, ale od tej pory już żadna z nocy nie wyglądała tak, jak wcześniej. Ledwo zamknął oczy, już zaczynał śnić, a w tym stanie poruszał się tak swobodnie i pewnie, jakby znajdował się za dnia we własnym domu. I, tak jak za pierwszym razem, sny innych ludzi zawsze stały przed nim otworem. Przez kilka tygodni widział wiele pięknych, dziwnych, smutnych i strasznych rzeczy, ale nadal nie chciał z nikim dzielić się swoją tajemnicą. Czarodziejka czuła, że dzieje się coś niecodziennego, nie zadawała jednak zbyt wielu pytań i cierpliwie czekała.

Któregoś dnia córeczka ich sąsiadów nagle zniknęła. Jej rodzice odchodzili od zmysłów; szukali jej wszędzie i wszystkich o nią wypytywali. Przybrany syn czarodziejki dobrze znał tę dziewczynkę i martwił się jej nieobecnością, ale nie wiedział jak mógłby pomóc. Jednak kiedy przypadkiem usłyszał jak matka zaginionej opowiada komuś o tym jak bardzo żałuje, iż ostatnim, co usłyszała od niej córka, były wyrzuty i krzyki, przyszedł mu do głowy pewien pomysł. 

Postanowił, że jak tylko zaśnie tej nocy, spróbuje odnaleźć dziewczynkę we śnie. I rzeczywiście, udało mu się to dość szybko, a choć nie rozpoznał miejsca, w którym się ukrywała, wiedział, że jest blisko. A kiedy zajrzał do chmury nad jej głową, zobaczył w niej strach - nie przed tułaczką, ale przed powrotem do domu, gdzie, jak sądziła, nikt na nią nie czekał. Chłopiec długo nie wiedział co robić, aż w końcu pierwszy raz zaczął mówić, choć nie wiedział, czy rozmawia z dziewczynką, czy z jej snem. I, choć nikt mu nie odpowiadał, nie przestawał mówić, dopóki się nie obudził. 

Następnego dnia dziewczynka wróciła do domu. Nie zdradziła nikomu, gdzie była ani czemu postanowiła przestać się ukrywać, ale jej rodzice tak ucieszyli się na jej widok, że nie zadawali żadnych pytań. Chłopiec był jednak pewien, że to on sprowadził ją do domu i cały dzień chodził z podniesioną głową i szerokim uśmiechem na twarzy, bo czuł się jak prawdziwy bohater. W końcu nie był już w stanie ukryć swojej radości przed przybraną matką i opowiedział jej o wszystkim, sądząc, że i ona będzie dumna i szczęśliwa. Ale czarodziejka, choć nie miała mu tego co zrobił za złe, zasmuciła się i zaniepokoiła usłyszawszy jego opowieść.

- Obawiam się, że jednak nie udało mi się wyrwać cię z krainy snu - powiedziała - I boję się, że przez to może przydarzyć ci się coś złego.

I opowiedziała mu o tym, jak rycerz, którego nazywał ojcem, lata temu przyniósł go do niej prosząc o uzdrowienie, a także jak i gdzie go wcześniej znalazł. Chłopiec potem długo rozmyślał o tej dziwnej historii i próbował odgadnąć, co tak naprawdę stało się tamtej nocy. W końcu zapragnął na własne oczy zobaczyć miejsce, z którego kiedyś przybył.

Niedługo potem z wizytą przyjechał rycerz. Chłopiec bardzo ucieszył się na jego widok i od razu zaczął wypytywać go o dom, z którego kiedyś go tu sprowadził. Potem powiedział, że chciałby się tam udać i spędzić tam noc, a rycerz powtórzył jego słowa czarodziejce. Ta z początku nie chciała zgodzić się na tą wyprawę, ale w końcu uległa prośbom przybranego syna i następnego dnia wszyscy troje wyruszyli w podróż. 

Dom stał opuszczony od lat, bo nikt nie chciał długo przebywać pod dachem, gdzie tylu ludzi straciło życie w ciągu jednej nocy. Troje podróżnych rozgościło się w nim bez przeszkód. Żadne z nich jednak prawie nic nie mówiło - powietrze było tam zbyt ciężkie, a atmosfera zbyt ponura, by nawet dorośli mogli czuć się swobodnie. 

Tej nocy chłopiec długo nie mógł zasnąć pomimo, (a może właśnie dlatego), że tak bardzo pragnął przekonać się, co mu się w tym domu przyśni. Po wielu godzinach w końcu mu się to jednak udało - tym razem jednak nie zobaczył ani nieba, ani gwiazd, ani chmur nad głowami śpiących ludzi. Śniło mu się, że jest w dokładnie tym samym domu, ale teraz był on gwarny i pełen światła. Patrzył jak całe mnóstwo ludzi bawi się wesoło na przyjęciu, a służba uwija się w kuchni. Usłyszał jak kobieta z niemowlęciem w ramionach puka do tylnych drzwi. A potem nagle, bez ostrzeżenia, zapadła głęboka cisza i wszyscy naraz padli martwi zanim zdążyli zauważyć, że dzieje się coś dziwnego. Tylko stojąca za uchylonymi drzwiami kobieta zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa i gwałtownie się cofnęła. Po chwili jednak i ona padła nieżywa na drogę.

Wtedy nagle wszystko się rozwiało i chłopiec został sam w kompletnej ciemności - żywej ciemności, która otoczyła go ciasnym pierścieniem i zaczęła do niego przemawiać.

- Jesteś mój - mówiło wszystko wokół - Każdej nocy jestem bliżej ciebie. Widzę cię, gdy chodzisz od snu do snu, ale ty nigdy nie będziesz wiedział, gdzie mnie szukać. Baw się póki możesz, bo już niedługo nastanie cisza. 

I wtedy nagle chłopiec obudził się zlany potem, a serce biło mu jak nigdy przedtem.