czwartek, 26 marca 2026

Gwiżdżące Mokradło

     W małej chatynce na odludziu mieszkała para małżonków. Żyli biednie, ale spokojnie i nie musieli się niczego obawiać. Nie pałali do siebie gorącym uczuciem, ale też nie odczuwali wstrętu do siebie nawzajem i przez długie lata udawało im się unikać większych kłótni i nie być dla siebie nawzajem zbyt przykrymi. Nie mieli dzieci ani zbyt wielu krewnych; bardzo rzadko ktoś ich odwiedzał, a jeszcze rzadziej zdarzało się, by jakiś zbłąkany wędrowiec zapukał do ich drzwi. Tak więc przez wiele lat ich życie było skromne i monotonne, ale i nie dawało im powodów do rozpaczy. 

Jednak któregoś roku cały kraj nawiedziła klęska głodu, której skutki dotkliwie odczuli nawet bogacze. Co zatem mieli powiedzieć ci, co nawet w czasach urodzaju ledwo wiązali koniec z końcem? Mąż i żona już dawno sprzedali wszystko co mogli, ale na niewiele im się to zdało. Ich niegdyś cichy dom wciąż rozbrzmiewał na przemian to szlochem to krzykami, ale kłótnie nie mogły przynieść ulgi żadnemu z nich. Prędko stało się jasne, że jeśli nie stanie się jakiś cud, obydwoje już wkrótce umrą z głodu. 

W końcu któregoś dnia zdesperowany mężczyzna zdecydował, że spróbuje coś upolować. Ponieważ nie miał ani łuku, ani włóczni, ani żadnej innej broni, zatknął sobie za pasem duży nóż i młotek. Tak uzbrojony udał się do lasu. Długo wędrował po krętych ścieżkach, a suche gałązki chrzęściły mu pod nogami. Jednak nie poszczęściło mu się - wszystko wokół było jak wymarłe i przez wiele godzin nie natknął się na żadne, nawet najmniejsze stworzenie. Mężczyzna nie chciał jednak wracać do domu z pustymi rękami więc dalej szedł na oślep przed siebie, klnąc i złorzecząc z każdym kolejnym krokiem.

Aż, kiedy już zaczęło się ściemniać, nagle ze zdziwieniem zauważył, iż zapuścił się dużo dalej niż zamierzał i nie jest już w lesie, a nad brzegiem bagna. Miejsce to zwano w okolicy “Gwiżdżącym Mokradłem”, gdyż prawie zawsze słychać było dobiegające z niego dziwne dźwięki, przypominające nieco gwizdanie. Tym, którzy słyszeli je z oddali nawet się to podobało, ale i tak niemal nikt nie odważyłby się zbliżyć do miejsca, skąd dochodziła owa melodia - a już szczególnie w nocy. Mężczyzna był jednak zbyt zmęczony i rozżalony, by się bać, więc przez chwilę stał tylko i patrzył przed siebie wciąż uskarżając się w duchu na swój los.

“Już chyba lepiej byłoby, gdybym rzucił się w wodę” pomyślał i przykucnął nad kępą trzciny. Nagle zobaczył, że coś porusza się w szuwarach i bez namysłu zamachnął się w tamtą stronę młotkiem, a wtedy poczuł, iż faktycznie udało mu się ogłuszyć jakieś stworzenie. Czym prędzej odgarnął trzcinę, ale gdy zobaczył, co się w niej kryje, cofnął rękę ze zgrozą. Stworzeniem, które uderzył młotkiem była dziewczyna - śniada, smukła i pokryta błotem. Gdy mężczyzna w końcu odważył się jej dotknąć, przekonał się, że nie jest martwa, tylko nieprzytomna. W pierwszej chwili chciał uciekać i udać, że nigdy nawet nie zbliżył się do bagna. Potem pomyślał o swoim pustym żołądku, o czekającej na niego żonie, która pewnie byłaby wściekła, gdyby wrócił z niczym, o tych wszystkich długich godzinach, które spędził w poszukiwaniu czegoś co mógłby przynieść do domu i o tym, że jeśli nic się nie zmieni, będzie musiał albo pozwolić by ucięto mu język i sprzedano w niewolę, albo umrzeć. Znów spojrzał na leżącą u jego stóp dziewczynę, po czym przerzucił ją sobie przez ramię i zaniósł do domu. 

Żona z początku ucieszyła się na jego widok, ale gdy spostrzegła, co niesie, uśmiech zniknął z jej twarzy i z niepokojem w głosie zapytała, co to wszystko ma znaczyć. Jej mąż nie spieszył się z odpowiedzią; najpierw zaniósł bezwładną dziewczynę do kuchni i rzucił ją na stół. 

- To moja zdobycz - powiedział - Nic innego nie znalazłem. Jeśli nie chcesz umrzeć z głodu, będziesz musiała to ugotować.

Ale ten pomysł przeraził kobietę dużo bardziej niż wizja śmierci głodowej, a kiedy jej mąż wyznał, iż jego ofiara pochodzi z Gwiżdżącego Mokradła, wpadła w jeszcze większy popłoch. Domyśliła się, iż dziewczyna musi być bagienną nimfą i nie miała śmiałości nawet dotknąć jej palcem. Jej mąż jednak nadal obstawał przy swoim i próbował zmusić upartą żonę do posłuszeństwa krzykiem i groźbami. W pewnym momencie wzniósł rękę tak, jakby chciał ją uderzyć, a wtedy kobieta uciekła na górę i zamknęła się na poddaszu. Mężczyzna uderzał w drzwi pięściami, ale ona długo nie chciała wyjść, więc w końcu sam wrócił na dół.

Kiedy wszedł do kuchni, zobaczył, iż nie było w niej nikogo. Na stole leżał za to tak wielki bochenek chleba, że gdyby go postawić na ziemi, byłby wielkości dorosłego człowieka. Zdumiony mężczyzna najpierw przyjrzał się uważnie temu dziwnemu zjawisku, a potem dotknął go i powąchał. Gdy nie miał już wątpliwości, że jest to prawdziwy chleb, nożem rozkroił bochenek na pół, a wtedy znalazł w środku dużą bryłę srebra. Wtedy zrozumiał, że nimfa zostawiła ten skarb jako okup za swoje życie. Zawołał więc żonę, a ta od razu wyczuła zmianę w jego głosie, więc w końcu zeszła na dół, a kiedy zobaczyła leżące na stole dary i ona ucieszyła się z takiego obrotu spraw. I tej nocy, po raz pierwszy od bardzo dawna, obydwoje poszli spać syci i zadowoleni. 

Przez jakiś czas żyło im się dobrze. Mieli co jeść, odzyskali część tego, co musieli sprzedać, gdy popadli w nędzę i wyglądało na to, że zły los opuścił ich na dobre. Żadne z nich nie powiedziało nikomu, skąd wzięli srebro, ale w zaciszu własnego domu mężczyzna czasem śmiał się z tych wszystkich ludzi, którzy bali się zbliżać do bagna. 

Żona jednak wciąż ostrzegała go, by trzymał się z dala od Gwiżdżącego Mokradła. 

- Może i nimfy raz okazały ci litość, ale to nie znaczy, że zapomniały, jaką krzywdę wyrządziłeś jednej z nich - mówiła. 

Jej mąż traktował te słowa jak zwykłe zrzędzenie i, żeby nie musieć tego słuchać, w końcu przestał w ogóle wspominać o bagnie. Ale wciąż nadal wracał myślami do skarbów, które musiały spoczywać gdzieś na dnie mokradła. I do głowy przychodził mu tylko jeden sposób, by zdobyć ich część dla siebie. 

W końcu któregoś dnia, gdy kobieta była akurat w miasteczku jej mąż znowu wybrał się z młotkiem nad Gwiżdżące Mokradło. Tam godzinami czaił się w zaroślach czekając, aż zbliży się do niego jakaś nimfa. Jednak długo żadna się nie pojawiła i nawet odgłosy gwizdania były tego dnia dużo cichsze niż zwykle. Mężczyzna czekał jednak cierpliwie, aż w końcu, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi znów dostrzegł, jak coś porusza się w trzcinie. Po raz kolejny użył młotka, a gdy zajrzał w szuwary przekonał się, że i tym razem udało mu się upolować bagienną nimfę. Ta była mniejsza od poprzedniej i wyglądała na młodszą, niemal na dziecko. Mężczyzna uznał jednak, że to dobrze, bo dużo łatwiej będzie ją nieść, a może i okup za nią będzie więcej wart. Bez zwłoki zaniósł swoją zdobycz do domu i położył ją na stole w kuchni. 

Pamiętał, że poprzednim razem nimfa zniknęła i zostawiła podarek dopiero wtedy, gdy zostawił ją samą, dlatego od razu zszedł do piwnicy. Przez jakiś czas stał tam pod ścianą w zupełnej ciemności, aż w końcu uznał, że czekał już dość długo i postanowił wrócić na górę. Jednak zanim zdołał dosięgnąć klamki usłyszał gwizdanie. Dźwięk był tak głośny, że mężczyzna musiał zatkać sobie uszy. Zacisnął powieki i cofnął się o kilka kroków, a wtedy poczuł, że jego buty przesiąkają wodą, która nie wiadomo jak i kiedy zebrała się na podłodze.

Gdy niedługo potem wróciła jego żona, od razu zauważyła, że chatka wyraźnie się zmniejszyła. Kobieta podbiegła bliżej i przekonała się, że jej dom powoli zapada się w błotnistą sadzawkę, która nie wiadomo skąd nagle się tam pojawiła. Oszołomiona patrzyła na tonącą chatę, nawet nie myśląc o tym, że mogłaby cokolwiek uratować. Wtem na powierzchnię wypłynęła błotna nimfa ciągnąc za sobą ciało jej męża. Położyła zwłoki na suchej ziemi i czym prędzej uciekła w knieje. Kobieta spojrzała w ohydnie wykrzywioną twarz trupa, a gdy uniosła wzrok, spostrzegła, iż dach jej dawnego domu zupełnie zniknął już w głębi błotnistej wody. 




niedziela, 1 lutego 2026

O chłopcu, który umiał śnić

         Wieczorem pierwszego dnia nowego roku pewien rycerz, niemłody już i siwiejący, jechał konno w świetle księżyca. Nagle dostrzegł w oddali światło, a kiedy ruszył w jego stronę, szybko przekonał się, że dochodziło ono z okien wielkiego domu stojącego na uboczu. Rycerz był zmęczony po długiej podróży, postanowił się tam udać i poprosić o gościnę. Było tam zupełnie cicho, ale mimo to nikt zdawał się nie słyszeć pukania do drzwi, ani nawoływań rycerza. Drzwi nie były jednak zamknięte, więc mężczyzna po chwili wahania wszedł do środka. Znalazł się w dużym, jasno oświetlonym pokoju z suto zastawionym stołem pośrodku, jakby właśnie trwało tam jakieś przyjęcie. I faktycznie było tam mnóstwo ludzi, ale nikt nie świętował - wszyscy albo leżeli na podłodze, albo siedzieli przy stole z głowami opartymi o blat i ramionami zwisającymi bezwładnie. Rycerz próbował ich obudzić, ale szybko przekonał się, że wszyscy byli martwi. Nie wyglądało jednak na to, by ktoś ich otruł, nie było też żadnych śladów walki. Zmarli wyglądali tak, jakby nagle zasnęli i niemal na każdej zimnej, martwej twarzy gościł uśmiech. Zdawało się, że śmierć zabrała ich szybko i niepostrzeżenie, zanim zdążyli się przestraszyć, lub choćby zdziwić. Rycerz przeszukał inne pokoje, ale wszystkie były puste. W całym domu panowała cisza tak głęboka, że można było usłyszeć odgłos każdego kroku i najcichsze skrzypnięcie zawiasów otwieranych drzwi. Potem rycerz zajrzał do kuchni. Tam z kolei było pełno służby, ale i oni leżeli martwi na brudnej podłodze otoczeni szczątkami potłuczonych naczyń. Przyglądając się im rycerz, który stoczył w życiu już wiele walk i nie uląkłby się żadnego nieprzyjaciela, poczuł, że prawie nie może już oddychać ze zgrozy. Zauważył, że tylne drzwi były uchylone, a gdy za nie zajrzał, zobaczył leżącą tuż pod progiem kobietę z niemowlęciem w ramionach. I ona była już zupełnie zimna, ale rycerz prędko przekonał się, że dziecko wciąż żyje i tylko śpi. Niewiele myśląc wziął chłopczyka na ręce, po czym dosiadł konia i czym prędzej opuścił to ponure miejsce.

Minęło wiele godzin, a dziecko wciąż się nie obudziło. Z początku rycerz był z tego zadowolony, ale po jakimś czasie zaczęło go to niepokoić. W końcu przypomniał sobie o czarodziejce, której oddał kiedyś pewną przysługę i postanowił poprosić ją o radę.

Kiedy dotarł na miejsce, znów była już ciemna noc. Czarodziejka była bardzo zaskoczona, gdy niosący niemowlę rycerz zapukał do jej drzwi o tak późnej porze, ale wpuściła go do środka.

- Znalazłem to dziecko w ramionach martwej kobiety - wyjaśnił - i od wczoraj się nie obudziło.

Czarodziejka spytała go, jak i gdzie znalazł niemowlę i zbladła, gdy wysłuchała jego opowieści. Bez słowa wzięła od niego dziecko i położyła je na stole. Potem ułożyła wokół niego cztery kryształy i cztery zapalone świece, a następnie zaczęła nucić jakąś dziwną melodię. Już po chwili cały pokój wypełnił się srebrną mgłą, która zdała się pochłaniać wszystkie odgłosy. Gdy minęło kilka minut, mgła opadła, a chłopczyk otworzył oczy i zaczął płakać. 

Czarodziejka wzięła maleństwo na ręce i powiedziała:

- Tego dziecka dotknęła Okrutna Cisza - ta sama moc która uśmierciła jego matkę i wszystkich, których widziałeś w tamtym domu. Sądzę, że udało mi się go uzdrowić, ale lepiej będzie, jeśli zostanie ze mną. Będę nad nim czuwać i zadbam, by niczego mu nie brakowało. 

Rycerz przyznał jej rację i w dalszą drogę wyruszył już sam. Nie minęło jednak kilka tygodni, a znów zapukał do drzwi czarodziejki. Odwiedzał ją później wiele razy, patrząc jak jej przybrany syn rośnie, bawi się i uczy. Aż w końcu chłopiec zaczął nazywać rycerza ojcem, tak jak czarodziejkę już od dawna nazywał matką. 

Któregoś zimowego dnia chłopiec bawił się w lesie, gdy nagle rozpętała się śnieżyca tak gęsta, że nie wiedział już gdzie się znajduje i nie rozpoznawał nawet otaczających go drzew. Gdy tak próbował iść na oślep przed siebie, udało mu się zobaczyć na tyle duży otwór w ziemi, by mógł się tam schować. Zajrzał do środka i przekonał się, że prowadzi on do jamy pełnej śpiących niedźwiedzi. W pierwszej chwili ten widok śmiertelnie go przeraził i niemal skłonił do ucieczki. Potem jednak chłopiec pomyślał: “Przecież jest zima, więc na pewno śpią tak głęboko, że nawet mnie nie zauważą. Przeczekam tu burzę - na pewno będzie mi tu cieplej niż na dworze”. 

Z początku siedział sztywno pomiędzy śpiącymi niedźwiedziami, ale później, kiedy zmęczenie stało się silniejsze od strachu, oparł się plecami o plecy jednego z nich i prędko zasnął. A kiedy spał, przyśnił mu się sen, niepodobny do żadnego z tych, które śniły mu się wcześniej. 

Zdawało mu się, że ma nad głową niebo pełne gwiazd, znacznie większych i płonących dużo jaśniej niż te, które widywał na jawie. Chłopiec wyciągnął rękę ku jednej z nich i udało mu się ją chwycić, a było to takie uczucie, jakby trzymał w dłoni ciepłe, żywe pisklę. Uniósł się w górę wraz z nią i już po chwili był tak wysoko, że widział pod sobą cały świat i wszystkich ludzi. Ale ten świat i ci ludzie wyglądali zupełnie inaczej niż zwykle: chłopiec mógł teraz patrzeć przez ściany i dachy, a kiedy przyglądał się śpiącym, dostrzegł, że głowę każdego z nich okrywa coś na kształt burzowej chmury, wewnątrz której co chwila coś błyskało, mieniąc się coraz to inną barwą. Były to sny, które nocami wyłaniały się z ludzkich umysłów i okrywały ich oczy i uszy mówiąc im, co mają widzieć i słyszeć. Chłopiec zeskoczył na ziemię i podbiegł do najbliższego łóżka (a mógł to zrobić bez trudu, bo każdy mur zdawał się być zrobiony z dymu, który rozwiewał się, by go przepuścić), a gdy pochylił się nad śpiącym w nim człowiekiem, przekonał się, że potrafi zajrzeć w wiszącą nad nim chmurę i zobaczyć, co kryje się wewnątrz. Całą noc spędził chodząc od domu do domu i przyglądając się snom uśpionych ludzi: mężczyzn i kobiet, młodych i starych. 

Kiedy się zbudził, do gawry wpadały już promienie porannego słońca, a pierwszym, co zobaczył była twarz przybranej matki, której widać albo czary, albo jakiś szczęśliwy przypadek podpowiedział, gdzie szukać zaginionego dziecka. 

Chłopiec nie opowiedział o swoim śnie ani jej, ani nikomu innemu, ale od tej pory już żadna z nocy nie wyglądała tak, jak wcześniej. Ledwo zamknął oczy, już zaczynał śnić, a w tym stanie poruszał się tak swobodnie i pewnie, jakby znajdował się za dnia we własnym domu. I, tak jak za pierwszym razem, sny innych ludzi zawsze stały przed nim otworem. Przez kilka tygodni widział wiele pięknych, dziwnych, smutnych i strasznych rzeczy, ale nadal nie chciał z nikim dzielić się swoją tajemnicą. Czarodziejka czuła, że dzieje się coś niecodziennego, nie zadawała jednak zbyt wielu pytań i cierpliwie czekała.

Któregoś dnia córeczka ich sąsiadów nagle zniknęła. Jej rodzice odchodzili od zmysłów; szukali jej wszędzie i wszystkich o nią wypytywali. Przybrany syn czarodziejki dobrze znał tę dziewczynkę i martwił się jej nieobecnością, ale nie wiedział jak mógłby pomóc. Jednak kiedy przypadkiem usłyszał jak matka zaginionej opowiada komuś o tym jak bardzo żałuje, iż ostatnim, co usłyszała od niej córka, były wyrzuty i krzyki, przyszedł mu do głowy pewien pomysł. 

Postanowił, że jak tylko zaśnie tej nocy, spróbuje odnaleźć dziewczynkę we śnie. I rzeczywiście, udało mu się to dość szybko, a choć nie rozpoznał miejsca, w którym się ukrywała, wiedział, że jest blisko. A kiedy zajrzał do chmury nad jej głową, zobaczył w niej strach - nie przed tułaczką, ale przed powrotem do domu, gdzie, jak sądziła, nikt na nią nie czekał. Chłopiec długo nie wiedział co robić, aż w końcu pierwszy raz zaczął mówić, choć nie wiedział, czy rozmawia z dziewczynką, czy z jej snem. I, choć nikt mu nie odpowiadał, nie przestawał mówić, dopóki się nie obudził. 

Następnego dnia dziewczynka wróciła do domu. Nie zdradziła nikomu, gdzie była ani czemu postanowiła przestać się ukrywać, ale jej rodzice tak ucieszyli się na jej widok, że nie zadawali żadnych pytań. Chłopiec był jednak pewien, że to on sprowadził ją do domu i cały dzień chodził z podniesioną głową i szerokim uśmiechem na twarzy, bo czuł się jak prawdziwy bohater. W końcu nie był już w stanie ukryć swojej radości przed przybraną matką i opowiedział jej o wszystkim, sądząc, że i ona będzie dumna i szczęśliwa. Ale czarodziejka, choć nie miała mu tego co zrobił za złe, zasmuciła się i zaniepokoiła usłyszawszy jego opowieść.

- Obawiam się, że jednak nie udało mi się wyrwać cię z krainy snu - powiedziała - I boję się, że przez to może przydarzyć ci się coś złego.

I opowiedziała mu o tym, jak rycerz, którego nazywał ojcem, lata temu przyniósł go do niej prosząc o uzdrowienie, a także jak i gdzie go wcześniej znalazł. Chłopiec potem długo rozmyślał o tej dziwnej historii i próbował odgadnąć, co tak naprawdę stało się tamtej nocy. W końcu zapragnął na własne oczy zobaczyć miejsce, z którego kiedyś przybył.

Niedługo potem z wizytą przyjechał rycerz. Chłopiec bardzo ucieszył się na jego widok i od razu zaczął wypytywać go o dom, z którego kiedyś go tu sprowadził. Potem powiedział, że chciałby się tam udać i spędzić tam noc, a rycerz powtórzył jego słowa czarodziejce. Ta z początku nie chciała zgodzić się na tą wyprawę, ale w końcu uległa prośbom przybranego syna i następnego dnia wszyscy troje wyruszyli w podróż. 

Dom stał opuszczony od lat, bo nikt nie chciał długo przebywać pod dachem, gdzie tylu ludzi straciło życie w ciągu jednej nocy. Troje podróżnych rozgościło się w nim bez przeszkód. Żadne z nich jednak prawie nic nie mówiło - powietrze było tam zbyt ciężkie, a atmosfera zbyt ponura, by nawet dorośli mogli czuć się swobodnie. 

Tej nocy chłopiec długo nie mógł zasnąć pomimo, (a może właśnie dlatego), że tak bardzo pragnął przekonać się, co mu się w tym domu przyśni. Po wielu godzinach w końcu mu się to jednak udało - tym razem jednak nie zobaczył ani nieba, ani gwiazd, ani chmur nad głowami śpiących ludzi. Śniło mu się, że jest w dokładnie tym samym domu, ale teraz był on gwarny i pełen światła. Patrzył jak całe mnóstwo ludzi bawi się wesoło na przyjęciu, a służba uwija się w kuchni. Usłyszał jak kobieta z niemowlęciem w ramionach puka do tylnych drzwi. A potem nagle, bez ostrzeżenia, zapadła głęboka cisza i wszyscy naraz padli martwi zanim zdążyli zauważyć, że dzieje się coś dziwnego. Tylko stojąca za uchylonymi drzwiami kobieta zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa i gwałtownie się cofnęła. Po chwili jednak i ona padła nieżywa na drogę.

Wtedy nagle wszystko się rozwiało i chłopiec został sam w kompletnej ciemności - żywej ciemności, która otoczyła go ciasnym pierścieniem i zaczęła do niego przemawiać.

- Jesteś mój - mówiło wszystko wokół - Każdej nocy jestem bliżej ciebie. Widzę cię, gdy chodzisz od snu do snu, ale ty nigdy nie będziesz wiedział, gdzie mnie szukać. Baw się póki możesz, bo już niedługo nastanie cisza. 

I wtedy nagle chłopiec obudził się zlany potem, a serce biło mu jak nigdy przedtem. 


piątek, 29 sierpnia 2025

English Translations (baśnie po angielsku)

 Here is a list of my stories that have been translated to English and links to the places you can read them:

[Lista moich opowieści, które przetłumaczyłam na angielski i linki do stron, gdzie można je przeczytać:]


"The Three Cats" ["Trzy koty"]

https://www.wattpad.com/1569092427-the-three-cats 


"The Enchanted Violin" ["Zaczarowane skrzypce"]

https://www.wattpad.com/story/400981631-the-enchanted-violin


"A Ship With a Crimson Sail" ["Okręt ze szkarłatnym żaglem"]

https://www.wattpad.com/1583466041-a-ship-with-a-crimson-sail

środa, 6 sierpnia 2025

Śpiewak przy drodze

Był taki czas, kiedy ktoś, kto chciałby przekroczyć jakiś trakt, słyszał niekiedy dziwną piosenkę. Ludzie, którym się to zdarzyło, zatrzymywali się, by posłuchać, a wtedy przekonywali się, że to śpiewał młody mężczyzna o smutnych oczach. Jego głos był tak dźwięczny i czysty, że niemal każdy musiał się nim zachwycić. Niekiedy zdarzało się, że ktoś chciał wynagrodzić śpiewaka drobnym upominkiem lub pieniędzmi, ten jednak nigdy nie chciał niczego przyjąć. Prosił tylko każdego, by pozwolił mu przebiec na drugą stronę jako pierwszy. I przez długi czas nikt mu tej drobnej przysługi nie odmawiał. 

Któregoś dnia pięknie wystrojona młodziutka dziewczyna - już nie dziecko, ale jeszcze nie dama - jechała konno przez las. W pewnym momencie wynurzyła się z gęstwiny w miejscu, gdzie przebiegała szeroka droga i już miała ją przesadzić, gdy nagle usłyszała, jak ktoś śpiewa piosenkę:


- Wiatr hula gdzieś; w dal leci pieśń

Los przędzie złotą nić

Zatrzymaj się, wysłuchaj mnie

Tak bardzo pragnę żyć

Zatrzymaj się, wysłuchaj mnie

Tak bardzo pragnę żyć


Dziewczyna zatrzymała się, rozejrzała się wokół, szukając wzrokiem śpiewającego i w końcu dostrzegła młodzieńca czającego się przy stojącej obok kapliczce Igrae. Gdy ten zorientował się, że nieznajoma mu się przygląda, od razu do niej podbiegł i zaśpiewał drugą zwrotkę:


- Lecę jak ptak przez każdy trakt

Szybciej, niż biegnie myśl

Pospieszysz się, wyprzedzisz mnie

Ja umrę jeszcze dziś

Pospieszysz się, wyprzedzisz mnie

Ja umrę jeszcze dziś


- Podoba mi się ta piosenka - powiedziała - Śpiewaj dalej!

Więc śpiewak kontynuował:


- Dziś nadszedł dzień, gdy to twój cień

Ma przykryć żywot mój

Czy serce masz? I ludzką twarz?

Proszę, zaklinam, stój

Czy serce masz? I ludzką twarz?

Proszę, zaklinam, stój


Kiedy skończył, dziewczyna pochwaliła jego śpiew i podziękowała za to, że ją zabawił, po czym chciała jechać dalej. Mężczyzna jednak chwycił jej konia za uzdę i zawołał:

- Panienko, proszę, zaczekaj! Piosenka mówiła prawdę - jeśli ktoś przekroczy drogę przede mną, umrę. Pozwól, że przejdę pierwszy na drugą stronę!

Dziewczyna najpierw szeroko otworzyła oczy ze zdumienia, a potem złośliwie się  uśmiechnęła i powiedziała:

- Jak nie chcesz, żebym cię wyprzedziła, zaśpiewaj mi jeszcze jedną piosenkę!

A kiedy młodzieniec skończył drugą piosenkę, zażądała, by zaśpiewał jej trzecią. Potem domagała się czwartej, i piątej, i szóstej, i siódmej, i jeszcze jednej… Tak upłynęły długie godziny, aż w końcu śpiewak tak ochrypł, że mógł już wydobyć z siebie głosu. Kiedy panienka zażądała kolejnej piosenki, nie był w stanie nawet odmówić i rzucał tylko w jej stronę błagalne spojrzenia. Dziewczyna gniewnie zmarszczyła brwi i powiedziała:

- Teraz już wiem, że chciałeś mnie nabrać - jakby naprawdę ci zależało, postarałbyś się bardziej!

I zanim śpiewak zdążył ją powstrzymać, spięła konia ostrogą i jednym susem przesadziła drogę, a chwilę później młodzieniec padł martwy. 


 



środa, 30 lipca 2025

Okręt ze szkarłatnym żaglem

Po morzach i oceanach pływał niegdyś pewien okręt. Był cały z ciemnego drewna, a na jego maszcie powiewał ogromny, szkarłatny żagiel. Żeglarze z wielu krajów opowiadali o nim mrożące krew w żyłach historie, a wypływając w morze modlili się, by nigdy nie dostrzec go na horyzoncie. Okręt ów należał bowiem do najbardziej krwiożerczego z korsarzy, których kiedykolwiek oświetlały promienie słońca i księżyca. Zebrał on wokół siebie bandę podobnych sobie rozbójników i wraz z nimi wypłynął w morze, gdzie prędko zyskał ponurą sławę i stał się postrachem żeglarzy. Już sam widok szkarłatnego żagla wystarczył, by załoga każdego statku wpadła w popłoch i rzuciła się do ucieczki. Bardzo rzadko zdarzało się jednak, by ktoś zdołał umknąć, a ci, którym się to nie udało, nie mogli liczyć na to, że kiedykolwiek wrócą do swoich domów i rodzin.

Pewnej nocy piraci postanowili splądrować statek, przewożący drogocenne skarby, a także wielu podróżnych. A wśród nich była też pewna młoda czarodziejka, która w momencie, gdy zbójcy wtargnęli na pokład, twardo spała. Obudziły ją dopiero odgłosy walki i krzyki mordowanych. Dziewczyna od razu domyśliła się, co się dzieje, ale, choć ledwo trzymała się na nogach z przerażenia, dość szybko zdołała obmyślić plan. Wiedziała, że nie ma jak uciec, a sama nie będzie w stanie walczyć z całą bandą. Gdyby natomiast udało jej się ukryć, z pewnością poszłaby na dno razem ze splądrowanym statkiem. Po namyśle postanowiła więc przemienić się w drogocenny klejnot. Tak też zrobiła i w tej postaci leżała na podłodze licząc na to, że ktoś ją odnajdzie i zapragnie zachować piękny naszyjnik, którym się stała.

Chwilę po tym jeden z piratów - wysoki, młody mężczyzna, którego kompani zwykli nazywać Orkanem - zajrzał do tej kajuty. Gdy zobaczył leżący na podłodze wisior z wielkim rubinem, natychmiast go podniósł i (choć obyczaj jego załogi kazał składać wszystkie łupy razem, by potem równo się nimi podzielić) schował go do kieszeni, po czym dołączył do swoich, nie mówiąc nikomu o swej zdobyczy.

Orkan ukrył klejnot pod swoim posłaniem i sądził, iż to wystarczy, by mieć pewność, że nigdy nikt go nie zobaczy. Ale kiedy nocą twardo zasnął, naszyjnik sam stoczył się na podłogę i przybrał postać dziewczyny. Czarodziejka ostrożnie otworzyła drzwi, rozejrzała się uważnie, a gdy przekonała się, że nikt jej nie widzi na palcach wybiegła na pokład. Z pomocą czarów w mgnieniu oka wspięła się na maszt, licząc, że wypatrzy na horyzoncie jakiś ląd. Nie zobaczyła jednak niczego, prócz migoczącego w świetle księżyca morza, które zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Chcąc nie chcąc musiała więc w końcu zejść i wrócić do swojej kryjówki. 

Od tej pory co noc przechadzała się po korytarzach i pokładzie, a o świcie powracała do kajuty i znów przemieniała się w wisior.

Niedługo później piraci natknęli się na kolejny bezbronny okręt, który mogli obrabować. Nie wiedzieli jednak, że tym statkiem płynął też pewien młody czarodziej, który już wcześniej miał okazję używać swoich umiejętności w walce. Ten, jak tylko zobaczył co się święci, śmiało wybiegł na spotkanie wroga. Już chwilę później zdumieni piraci przekonali się, że jakaś dziwna siła nie pozwala im walczyć: co chwilę któryś z nich uderzał w jakąś niewidzialną ścianę, ręce, w których trzymali broń, poruszały się zupełnie inaczej niż by chcieli, a deski, po których stąpali, nagle stały się śliskie niczym lód. Prędko zorientowali się, czyja to sprawka, a wtedy wpadli w taką wściekłość, że zapomnieli, po co się tam znaleźli i przestali troszczyć się o łupy. Gotowi byli wyrzec się wszystkiego, byle tylko rozprawić się z człowiekiem, który tak ich upokorzył; nie było to jednak łatwe, gdyż ten zdawał się zgadywać ich myśli i przez długi czas żadnemu z piratów nie tylko nie udało się go zranić, ale nawet się do niego zbliżyć.

W końcu jednak jeden z korsarzy (ten sam, który ukrywał w swej kajucie rubinowy wisior) zakradł się czarodziejowi za plecy i ogłuszył go, po czym zawlókł na pokład własnego statku. Rozwścieczeni piraci chcieli porąbać nieprzytomnego mężczyznę na kawałki swoimi mieczami, jednak okrutny kapitan miał inny pomysł.

- Przynieście żelazny łańcuch i przywiążcie go do masztu! - rozkazał - Niech kona powoli z głodu i pragnienia w palących promieniach słońca!

Zachwyceni tym pomysłem piraci od razu wykonali rozkaz i kiedy młody czarodziej się ocknął, był już mocno skrępowany i całkowicie bezsilny. Jego oprawcy otoczyli go kołem i długo z niego szydzili, a ich obelżywe słowa przeplatały się z wybuchami drwiącego śmiechu. Jeniec jednak wciąż dumnie milczał i, choć następne godziny były dla niego udręką, nie wydał z siebie ani słowa skargi. 

Gdy zapadła noc, ukryty pod posłaniem Orkana wisior znów zmienił się w dziewczynę, a ta wymknęła się z kajuty i cicho weszła na pokład. Dostrzegła mężczyznę przywiązanego łańcuchem do masztu i poczuła, jak serce ściska jej się z żalu. Od razu do niego podbiegła, chcąc przekonać się, czy nie jest aby za późno, żeby mu pomóc. Czarodziej tak osłabł, że nawet nie uniósł głowy, gdy usłyszał, że ktoś się do niego zbliża. Kiedy jednak poczuł jak, chłodna, miękka dłoń dotyka jego policzka, z trudem otworzył oczy, a wtedy zobaczył przed sobą zatroskaną twarz dziewczyny.

- Jesteś żywą istotą, czy przywidzeniem? - zapytał.

- Jestem równie prawdziwa jak ty - odpowiedziała - I pragnę ci pomóc, choć sama nie jestem wolna. 

Od tej pory zakradała się do niego co noc, przynosiła mu jedzenie i wodę, ocierała mu pot z twarzy i szeptała mu do ucha magiczne słowa, które miały uśmierzyć jego ból i pomóc mu zasnąć. Wiele razy próbowała go uwolnić, ale żadne z jej zaklęć nie zdołało rozerwać grubego łańcucha. 

Żaden z korsarzy nie domyślił się prawdy, ale wszyscy dziwili się, że przywiązany do masztu jeniec tak długo pozostaje przy życiu. Jednocześnie, choć czarodziejka bardzo starała się, by nikt jej nie zauważył, wśród załogi zaczęły krążyć opowieści o dziwnej postaci, która nocami przechadza się po statku. Większość piratów była jednak pewna, że tylko widmu udałoby się niepostrzeżenie dostać na pokład i tak długo nie zostać przez nikogo przyłapanym.

W końcu plotki o zjawie dotarły do uszu kapitana. Ten od razu przypomniał sobie, że ostatnimi czasy zapasy wyczerpują się szybciej niż zwykle, a potem pomyślał o człowieku, którego sam kazał przykuć do masztu. Był pewien, że jeniec sam nie dałby rady się uwolnić - musiał więc mieć na statku jakiegoś sprzymierzeńca. Kapitan postanowił sam się o tym przekonać i nocą udając, że schodzi pod pokład, ukrył się za stojącymi przy nadbudówce skrzyniami - a zrobił to tak zręcznie, iż z pewnością nikt nie zdołałby go zauważyć. Nie musiał długo czekać, by zobaczyć jak drobna postać w długiej, białej koszuli podbiega na palcach do masztu niosąc miskę w jednej ręce, a kubek w drugiej. Kapitan śledził ją wzrokiem, dopóki znów nie zeszła pod pokład. Wtedy cicho wyszedł ze swej kryjówki i udało mu się dostrzec, jak dziewczyna znika w jednej z kajut, jednak z powodu ciemności nie był pewien, gdzie konkretnie się skryła. W końcu postanowił zaczekać z poszukiwaniami do rana, wrócił więc do siebie i poszedł spać.

Niedługo potem Orkan zbudził się nagle z koszmarnego snu. Kiedy się rozejrzał, ze zdumieniem zauważył, że spod jego posłania wystaje złoty łańcuszek. Przyszło mu do głowy, że zdarzało się to już wcześniej, choć zawsze przed snem upewniał się, iż jego skarb jest dobrze ukryty. Potem przypomniał sobie plotki o dziwnej istocie, która miała nawiedzać statek i zaczął się zastanawiać, czy klejnot nie jest może przeklęty. Podrzucił więc cichaczem wisior do jednej ze skrzyń w miejscu, gdzie piraci składowali łupy, po czym znów położył się spać, przekonany, że jego tajemnica jest zupełnie bezpieczna. 

Następnego ranka kapitan zgromadził całą załogę na pokładzie. Na ich oczach podszedł do przykutego do masztu jeńca, a gdy przekonał się, że ten nadal żyje i jest w dobrym zdrowiu, przytknął mu miecz do gardła. 

- Kto cię żywi? - zapytał.

- Nikt - odpowiedział czarodziej.

- Gdyby tak było, już dawno byłbyś trupem. 

- Widocznie Mieyr ulitował się nade mną - odrzekł młodzieniec patrząc korsarzowi prosto w oczy - A skoro bóg mórz wspiera twoich wrogów, to powinieneś raczej zacząć martwić się o siebie, bo los pewnie już wkrótce przestanie ci sprzyjać.

Usłyszawszy to, kapitan gniewnie zazgrzytał zębami, po czym powiedział:

- A mnie się wydaje, że to nie bóg cię wspomaga, a bogini. I kiedy już ją znajdę, to zobaczymy, kto z nas ma większą władzę. 

Po czym odwrócił się, by przemówić do swojej załogi.

- Wiem, że jeden z was dopuścił się zdrady - powiedział - Ale wszyscy przekonacie się, że przede mną nic się nie ukryje. Wkrótce znajdę winowajcę, a im dłużej mi to zajmie, tym mniej będę miał dla niego litości!

Potem kazał przeszukać wszystkie kajuty na statku, ale nie udało mu się natrafić na żaden ślad intruza. Wściekły kapitan nie mógł znieść myśli, że ktoś po raz kolejny zdołał mu się wymknąć, jednak nie mógł już zrobić nic, więc tylko klął i złorzeczył, a niemal każdy przedmiot, który stanął mu na drodze albo ciął mieczem, albo kopał z całej siły. Przyglądający się temu piraci, przezornie starali się trzymać od niego z daleka i żaden z nich nie pozwolił sobie nawet na drwiący uśmiech; później jednak szeptali między sobą, że ich przywódca musiał postradać zmysły. 

Orkan przez cały czas stał z boku, błogosławiąc w myślach moment, w którym postanowił pozbyć się klejnotu, dzięki czemu udało mu się nie wpaść w tarapaty. Jednak kiedy zapadła noc, ciekawość długo nie dawała mu zasnąć i w końcu postanowił znów zakraść się do składowiska skarbów. Otworzył drzwi akurat w momencie, gdy czarodziejka wychodziła z kufra, w którym przeleżała cały dzień. Pomimo panującego mroku pirat od razu zorientował się, że nie jest to żadna zjawa, a prawdziwa kobieta z krwi i kości. 

- To ty żywisz tego czarodzieja? - zapytał.

- Tak, to ja - odpowiedziała.

- A kim jesteś?

- Jestem skradzionym rubinem.

Jak tylko Orkan pojął znaczenie tych słów, roześmiał się, po czym wyciągnął ręce w stronę dziewczyny, mówiąc:

- W takim razie należysz do mnie!

- Skoro tak obawiałeś się przyznać, że schowałeś naszyjnik, pomyśl co by się stało, gdyby wyszło na jaw, że ukrywasz kobietę - odrzekła na to czarodziejka - Ale gdybyś to ty przejął władzę na statku, mógłbyś robić, co ci się żywnie podoba.

Młodemu piratowi spodobała się ta myśl, ale tylko wzruszył ramionami.

- I co z tego? - burknął - To nie ja tu rządzę i raczej się to nie zmieni. 

- Mogłabym ci w tym pomóc - odpowiedziała - Jeśli pozbędziemy się kapitana, żadne z nas nie będzie się musiało niczego obawiać. Wystarczy udowodnić, że jesteś od niego silniejszy, a wszyscy podążą za tobą.

Orkan zastanowił się chwilę nad słowami dziewczyny.

- Naprawdę możesz to zrobić? - zapytał.  

- Sama nie dam rady - odpowiedziała czarodziejka - ale gdyby udało mi się uwolnić mojego przyjaciela z łańcuchów, już nikt nie zdołałby nas powstrzymać. Powiedz mi tylko, gdzie znajdę klucz.

- Kapitan go ma - odpowiedział Orkan - Zawsze nosi wszystkie klucze przy sobie i nie rozstaje się z nimi nawet we śnie. 

- Zaprowadź mnie do niego - poprosiła dziewczyna - a nie pożałujesz.

Po czym znów zmieniła się w naszyjnik. Orkan zrozumiał, czego oczekuje od niego czarodziejka i po chwili wahania podniósł klejnot z ziemi i zaniósł do kajuty kapitana. Wsunął wisior przez szparę w drzwiach, a wtedy ten zmienił się z powrotem w dziewczynę. Czarodziejka podkradła się do koi, gdzie spał kapitan, a gdy dostrzegła wystający spod jego poduszki pęk kluczy, delikatnie go stamtąd wyciągnęła, starając się, by nie wydały najmniejszego dźwięku. Ale kapitan tylko udawał że śpi i kiedy dziewczyna miała już odejść, poderwał się, chwycił ją mocno za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Czarodziejce udało się jednak przemienić w węgorza i wyślizgnąć z jego rąk. Kiedy opadła na ziemię, przybrała postać psa, chwyciła pęk kluczy w zęby i co sił w łapach pobiegła uwolnić swojego przyjaciela. Kapitan od razu rzucił się za nią w pogoń, ale zanim zdążył ją dogonić, ta, zmieniwszy się znów w kobietę, odnalazła właściwy klucz.    

Nie minęła chwila, a czarodziej mógł wreszcie strząsnąć z siebie żelazny łańcuch. Wtedy obydwoje przemienili się w myszy i ukryli się w szparach pomiędzy deskami pokładu. Wściekły kapitan próbował ich wypatrzeć chodząc na czworakach, ale małym stworzonkom łatwo było go zmylić. 

Nagle nocne niebo rozświetliły błyskawice, zawiał potężny wiatr, zaczął lać deszcz, a wzburzone morze zaryczało jak zbudzony ze snu drapieżnik. Huk grzmotów prędko obudził całą załogę i wszyscy od razu wybiegli na pokład chcąc ratować swój okręt przed sztormem. Nie wiedzieli jednak, co robić i jak rozdzielić zadania między siebie, gdyż ich oszalały od gniewu przywódca zdawał się nie zauważać grożącego im niebezpieczeństwa i nie zwracał uwagi na wołania swoich ludzi. Wciąż biegał po pokładzie jak szaleniec na oślep rąbiąc mieczem deski pod stopami. 

W końcu niemal udało mu się rozpłatać jedną z myszy. Ta w ostatniej chwili uchyliła się przed ciosem miecza i wyskoczyła z kryjówki. Biegła, ślizgając się po mokrych deskach, a kiedy rozpoznała jednego z mężczyzn, rzuciła mu się pod nogi i przemieniła się w rubinowy wisior. Ale trzymający się burty Orkan bynajmniej nie ucieszył się na widok klejnotu. Był przekonany, że czarodziejka go oszukała i bał się gniewu zdradzonego kapitana równie mocno, jak szalejącego sztormu. Kiedy dostrzegł przedmiot, od którego wszystko się zaczęło, zbladł i wzdrygnął się, jakby patrzył na coś odrażającego. “Lepiej byłoby, gdybym nigdy go nie znalazł!” pomyślał i w złości wyrzucił naszyjnik do morza. 

Kiedy Orkan odwrócił się, zobaczył stojącego przed sobą czarodzieja, który wpatrywał się w niego z ogniem w oczach, po czym wskazał na niego dwoma palcami i głosem niemal tak donośnym jak wiatr i grzmoty zawołał:

- Nie postawisz stopy na lądzie, dopóki ja jej tam nie sprowadzę!

W tej samej chwili pirat, do którego skierowane były te słowa, przemienił się w mątwę, a kiedy potężna fala zakołysała statkiem, stoczył się wprost do morza. 

Czarodziej przez chwilę patrzył w ślad za nim, po czym sam skoczył do wody. Wściekły kapitan próbował go zatrzymać chwytając za włosy, ale poślizgnął się, wypadł za burtę i na wieki przepadł w morskiej otchłani.  

Tymczasem rubinowy wisior długo spadał w dół, aż w końcu trafił do Podmorskiego Królestwa i zaczepił się o gałąź jednego z korali na obrzeżach miasta. Tam znalazła go morska panna, której zielone loki niemal sięgały stóp. Zachwyciła się nim, włożyła go i wróciła do domu, gdzie czekało na nią pięciu starszych braci.

- Gdzie byłaś tak długo? - zapytali ją. 

- Spacerowałam wśród koralowców - odpowiedziała - I znalazłam piękny naszyjnik.

Najstarszy z braci przyjrzał się klejnotowi, po czym pokręcił głową i niezadowolonym tonem zapytał:

- Próbujesz nas nabrać, czy naprawdę nie widzisz, że to człowiek?

Po czym ściągnął wisior z szyi siostry, palcem nakreślił na nim tajemny znak i już po chwili stała przed nim ubrana na biało dziewczyna. Wtedy pozostali czterej zerwali się na równe nogi, podbiegli do nieznajomej i zapytali:

- Który z nas ma pojąć cię za żonę?

- Żaden - odpowiedziała dziewczyna - Chcę wrócić na ląd.

Ale bracia nie chcieli jej słuchać, zamknęli ją w jednym z pokoi i nakazali siostrze strzec jej jak oka w głowie. Czarodziejka próbowała się opierać, ale prędko przekonała się, że jej czary nie mają żadnej mocy w Podmorskim Królestwie. 

Jej strażniczka wydawała się bardzo zadowolona z jej przybycia i od razu zaczęła wypytywać ją o jej historię i krainę, z której pochodzi. Gdy czarodziejka spostrzegła, że nie ma się z jej strony czego obawiać, nieco się uspokoiła i prędko oswoiła się z nią na tyle, że sama zaczęła zadawać pytania:

- Jak to możliwe, że mogę tu swobodnie mówić i oddychać, choć jesteśmy tak głęboko pod wodą?

- To zasługa czarów tego miasta - wyjaśniła morska panna - Dopóki tu będziesz, nic ci nie grozi, ale nie zdołasz stąd wypłynąć bez pomocy kogoś z nas, a moi bracia zbyt długo czekali, aż morze przyniesie któremuś z nich narzeczoną, by pozwolić ci odejść. 

- Ale dlaczego twoi bracia nie poszukają sobie żon wśród kobiet z tego miasta?

- Bo żadna z naszych kobiet nie może poślubić podobnego sobie mężczyzny. Gdyby któraś to zrobiła, stałaby się odrażająco brzydka i już nigdy nie mogłaby rzucić żadnego czaru. Nie ma tu nikogo, kto nie pragnąłby pojąć kobiety z lądu za żonę, albo któregoś z waszych mężczyzn za męża. 

Gdy czarodziejka to usłyszała, wpadła w rozpacz, bo zwątpiła, że kiedykolwiek uda jej się stamtąd wydostać. Widząc jej łzy morska panna zamilkła i spuściła wzrok. Po chwili namysłu powiedziała:

- Żal mi cię. Spróbuję znaleźć jakiś sposób, byś mogła wrócić do swoich, ale pomogę ci pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Obiecaj, że zabierzesz mnie ze sobą.

I czarodziejka zgodziła się bez chwili wahania. 

Następnego dnia siostrze udało się uprosić braci, by pozwolili jej zabrać dziewczynę na przechadzkę.

- Nie spuszczę jej z oka nawet na chwilę - mówiła - I kto wie; może kiedy zobaczy, jak tu u nas pięknie, przestanie tęsknić za domem i spojrzy łaskawym okiem na któregoś z was. 

Dziewczęta już jakiś czas przechadzały się wśród domów z macicy perłowej po ulicy wyłożonej bursztynami, gdy czarodziejka nagle spostrzegła coś dziwnego ponad swoją głową. Na pytanie, czemu wciąż patrzy w górę, odpowiedziała:

- Widzisz tę wielką płaszczkę? Podąża za nami już od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że patrzy wprost na mnie. 

Zielonowłosa panna uważnie przyjrzała się płaszczce, po czym podpłynęła do niej i na jednej z jej płetw nakreśliła palcem taki sam znak, jakim jej brat przedtem przywrócił czarodziejce ludzką postać. W tej samej chwili płaszczka przemieniła się w młodego mężczyznę, a kiedy jego wybawicielka podprowadziła go do swojej towarzyszki, ta od razu rozpoznała w nim czarodzieja, którym opiekowała się na pirackim statku. On również uradował się na jej widok i opowiedział, jak skoczył za nią w morze i przemienił się w płaszczkę, by odnaleźć ją w głębinie, choć wiedział, że być może nie uda mu się wrócić do dawnej postaci. Gdy dziewczyna to usłyszała, jej oczy rozbłysły, a na jej twarzy pojawiły się rumieńce.

  - Wiedziałam, że jeszcze cię zobaczę! - zawołała i objęła go na szyję. 

Jednak kiedy dziewczęta prowadziły go do domu pięciu braci, to ich siostra trzymała go za rękę.

- To mój narzeczony, którego zesłało mi morze - wyjaśniła - Pobierzemy się tego samego dnia, w którym jeden z was pojmie za żonę moją przyjaciółkę. 

- Nadal nie wiemy, który z nas miałby ją poślubić - zauważył najmłodszy z braci.

- Czy już wybrałaś sobie męża? - zapytał czarodziejkę najstarszy. 

Dziewczyna udała bardzo zakłopotaną i stwierdziła, że nie chce skrzywdzić żadnego z nich swoją odmową.

- Może niech los zdecyduje - zaproponował czarodziej - Zanim wasza piękna siostra zdążyła uratować mnie od utonięcia, udało mi się zauważyć, jak wiele cennych rzeczy leży porozrzucanych na obrzeżach waszego miasta. Niech pannę młodą dostanie ten, który przyniesie jej stamtąd najpiękniejszy prezent.

Pięciu braci uznało, że to wspaniały pomysł i chcieli od razu ruszyć na poszukiwania, by ślub mógł odbyć się jak najszybciej. Jednak dwie panny młode zgodnie stwierdziły, że lepiej zaczekać, aż ich ślubne stroje będą gotowe. I przez wiele następnych dni każda z nich wytrwale tkała dla siebie welon z perłowych nici znalezionych wewnątrz muszli. 

W końcu nadszedł moment, w którym czarodziejka, wraz z pięcioma zalotnikami wyruszyła, aby zobaczyć przepływającą nieopodal ławicę delfinów. Tuż za nimi podążała morska panna, a także czarodziej udający jej narzeczonego. 

- Płyńcie tam i szukajcie skarbów - powiedziała czarodziejka, wskazując pole koralowców - Temu, który przyniesie mi najwspanialszy zanim przepłyną delfiny, oddam moją rękę. 

Pięciu braci popłynęło przed siebie i wkrótce byli tak pochłonięci szukaniem, że nie zwracali już uwagi na nic innego.

Wtedy morska panna wzięła dwoje ludzi pod ręce i oddała młodzieńcowi swój welon. Kiedy delfiny przepływały tuż nad ich głowami, czarodziej i czarodziejka zarzucili swoje  welony na ogony dwóch z nich. Wkrótce cała trójka oderwała się od skały, na której stali i uniosła się w górę wraz z ławicą. Delfiny zaniosły ich na powierzchnię i tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w małej łodzi przepływali tamtędy rybacy, którzy, jak tylko ich dostrzegli, natychmiast wyciągnęli ich z wody i odwieźli na brzeg. 

Morska panna szybko nauczyła się chodzić i żyć jak człowiek, a ponieważ wiedziała więcej o oceanie niż ktokolwiek z ludzi, prędko stała się znana w okolicy i żeglarze wciąż przychodzili do niej po rady i posłuchać jej opowieści.

Tymczasem na zupełnie innym wybrzeżu potężna fala wyrzuciła na piasek mątwę, a ta, jak tylko padły na nią promienie porannego słońca, przemieniła się w człowieka. Był to nie kto inny, tylko Orkan, który w końcu mógł powrócić do dawnej postaci. Po tej przygodzie morze i żegluga obrzydły mu doszczętnie, postanowił więc zamieszkać w kraju, do którego zaniosły go fale. Otworzył tam tawernę i wieczorami, kiedy ludzie schodzili się tam, by grać w kości, pić i żartować, często zabawiał ich opisami swoich przygód.

Którejś nocy, kiedy wszyscy słuchali go z jeszcze większym zainteresowaniem niż zwykle, wspomniał również o ostatnim sztormie, kiedy to rozgniewany czarodziej przemienił go w mątwę. W pewnym momencie, gdy słuchacze zaczęli już powoli się rozchodzić, kobieta w długim, ciemnym płaszczu z kapturem zapytała go:

- Wiesz może, co stało się później z tamtym statkiem? 

- Nie wiem - odpowiedział Orkan - Od czasu tamtej burzy nikt go nie widział.

Kobieta podeszła bliżej, pochyliła się nad nim i wyszeptała:

- Mylisz się. Ja go widziałam. Chodź ze mną, a i ty go zobaczysz. 

Mężczyzna zawahał się przez chwilę, ale w końcu zdecydował się podążyć za nieznajomą. Ta zaprowadziła go na brzeg morza, do małej zatoczki z dala od ludzkich siedzib. Tam zdumiony Orkan zobaczył statek, na którym przez tak długi czas przemierzał morza wraz z bandą okrutnych piratów. Wyglądał zupełnie tak samo jak w czasach swojej świetności, ale teraz jego pokład oświetlało mnóstwo błękitnych płomyków, które zdawały się płonąć w powietrzu. Orkan rozejrzał się za swoimi kompanami, ale nie dostrzegł nikogo. 

- Co stało się z resztą załogi? - zapytał. 

- Utonęli - wszyscy, co do jednego - odrzekła nieznajoma. 

Orkan przypomniał sobie, jak będąc mątwą widział ginące w morskiej głębinie ludzkie ciała i ze smutkiem pokiwał głową.  Kobieta zaś mówiła dalej:

- Ale ten okręt już nie potrzebuje załogi. Dzięki naszym staraniom i pomocy kilku przyjaciół teraz żagle rozwijają i zwijają się same, wiosła poruszają się bez niczyjej pomocy, a ster dobrze wie, w którą stronę się kręcić. Jest nas tylko dwoje, a mimo to podróżujemy bez przeszkód i nie musimy obawiać się ani żywiołów, ani morskich potworów, ani złych ludzi.

Mężczyzna był tak zdumiony, że przez pewien czas nie był w stanie wymówić ani słowa. W końcu udało mu się zapytać:

- Kim jesteś?

- Jestem skradzionym rubinem - odpowiedziała nieznajoma i zdjęła z głowy kaptur, a wtedy Orkan ją rozpoznał. Przez chwilę wpatrywał się w nią w osłupieniu nie wiedząc, czy powinien się cieszyć, smucić czy bać. Czarodziejka spojrzała mu w oczy, uśmiechnęła się tajemniczo i powiedziała:

- Pamiętaj o nas - po czym weszła na pokład po drabince, którą spuścił jej czekający tam na nią mężczyzna. Obydwoje pomachali na pożegnanie stojącemu na brzegu korsarzowi, a statek odpłynął w dal i wkrótce zniknął za horyzontem.

Od tej pory już nikt nigdy nie zobaczył w tej okolicy okrętu ze szkarłatnym żaglem.