Kiedyś,
gdy świat był młodszy, mgły gęstsze, tajemnice dobrze ukryte, a uczucia tak
silne, iż zdawały się być żywymi istotami, było sobie skaliste, nieprzyjazne
pustkowie. Ludzie omijali je z daleka, gdyż nie znaleźliby tam niczego, co byłoby
piękne, ciekawe lub pożyteczne. Zwierzęta i ptaki także zdawały się go nie
lubić. Jednak wiele lat wcześniej - być może właśnie dlatego, że było tam tak
chłodno, ponuro i samotnie - ktoś postanowił zbudować w tym miejscu wielką
świątynię cichej bogini Adione. I rzeczywiście stanęła tam szara, potężna
budowla o grubych murach, gdzie odcięte od świata i wiecznie pogrążone w
rozmyślaniach kapłanki przebywały niby w więzieniu. W tej właśnie świątyni
pewnego dnia znalazła się młoda dziewczyna o oczach tak jasnych jak niebo o
świcie i włosach koloru krwi. Trafiła do tego dziwnego miejsca wbrew swej woli,
gdyż jej rodzina jak najszybciej chciała pozbyć się uciążliwej krewnej, którą
uważali z niezdatną do niczego marzycielkę. Nieszczęsna krążyła więc bez celu
po długich korytarzach budowli, która wydawała jej się najpotworniejszym z
lochów, bezskutecznie starając się pogodzić ze swoim losem. Jednak dni i noce
mijały, a rozpacz dziewczyny rosła raczej niż malała. Nie znalazła tam żadnej
przyjaciółki, a jej tęsknota za towarzystwem życzliwych ludzi i gorące
pragnienie miłości doprowadzały ją nieomal do szaleństwa. Aż w końcu pewnej
burzliwej nocy, gdy siedziała skulona na łóżku w swojej celi, nawet nie
próbując zasnąć, nieopatrznie wypowiedziała na głos swoje życzenie:
-
Oddałabym wszystko, za jedną szczęśliwą chwilę w ramionach kochanka!
Nagle
usłyszała ogłuszający huk, a chwilę potem jej ciemny pokoik wypełniło
oślepiające światło. Po chwili, gdy już była w stanie otworzyć oczy, odważyła
się rozejrzeć. Na drugim końcu celi, tuż pod oknem, stał przystojny młodzieniec
o głębokich, ciemnych oczach patrzących na nią z sympatią i współczuciem. Dziewczyna
chciała zapytać go, kim jest i skąd się tu wziął, ale z jakiegoś powodu nie
mogła się na to zdobyć. Otarła więc tylko łzy z twarzy i wyciągnęła do niego
ramiona. Resztę nocy spędzili razem, a kiedy wzeszło słońce, młodzieniec
wyślizgnął się z objęć śpiącej dziewczyny i zabrał jej serce, po czym zniknął
zabierając swą zdobycz ze sobą.
Gdy
dziewczyna się obudziła, była już sama. Z początku sądziła, że to, co zdarzyło
się w nocy, było tylko snem i nie zauważyła swojej straty. Później jednak, gdy
spostrzegła, jak kapłanki odsuwają się od niej z obawą i wstrętem w oczach, kiedy
odkryła, że nic nie jest w stanie jej wzruszyć, a chłód w piersi stał się nie
do zniesienia, stopniowo uświadomiła sobie prawdę. Wiedziała, iż życie bez
serca byłoby puste, nieszczęśliwe i złe, a także, że każdy kto ją spotka
natychmiast rozpozna w niej osobę przeklętą. Pewnej nocy zdobyła się więc na
odwagę by uciec ze świątyni. Cichaczem wymknęła się ze swojej komórki i ukryła w wozie, którym do świątyni dostarczano żywność. Gdy rano właściciel wyruszył w drogę, dziewczyna poczekała aż się oddali, po czym wyskoczyła na drogę. Od tej pory szła sama przed siebie w nadziei, że odnajdzie tego,
kto pozbawił ją tak cennego skarbu.
Jej
podróż trwała długo. Szła przez góry i doliny, łąki i lasy, miasta i wioski,
miejsca nowe i bogate i te stare i zniszczone nie znajdując żadnej odpowiedzi. Nikt
zresztą nie kwapił się do rozmowy z nią, jakby przeczuwając, że dziewczyna nie
jest już do nich podobna. Wszędzie traktowano ją jak wyrzutka i żaden z
napotkanych ludzi nie chciał spojrzeć jej w oczy. Jednak to wszystko zamiast zniechęcić
dziewczynę, tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że musi odnaleźć młodzieńca lub
umrzeć. Aż w końcu, po wielu dniach tułaczki, dotarła do królewskiej stolicy.
Było to bogate i przepiękne miasto. Jego ulice były wybrukowane i czyste,
sklepy pełne egzotycznych towarów, a dziewczynę co chwilę mijał jakiś elegancki
powóz. Mieszkańcy miasta nosili jaskrawo kolorowe stroje, rozmawiali ze sobą
przyciszonymi głosami z poważnym wyrazem twarzy (nierzadko w obcych językach) i
poruszali się lekko i z wdziękiem jakby płynąc wśród tłumu. Było tam też wielu
przybyszów, których łatwo dało się rozpoznać po tym, iż często zmieniali
kierunek swego marszu, przyglądali się wszystkiemu ze zdumieniem w oczach, a
często nie mogli powstrzymać okrzyków podziwu. Ale dziewczyna szła przed
siebie, nie okazując żadnych emocji, choć to co widziała, było tak niezwykłe i
tak bardzo różniło się od tego, co znała dotąd. Tylko raz, stojąc przed
wspaniałym, pozłacanym pomnikiem i wspominając mijane przedtem kamienice,
kościoły i place, powiedziała sobie w duchu: „Jakie to wszystko mogłoby być
cudowne, gdybym tylko miała serce!”.
Wtem
do uszu dziewczyny dobiegły odgłosy trąb i radosne okrzyki, dochodzące, jak się
zdawało, z głównej ulicy. Postanowiła pójść w tamtą stronę by zobaczyć, co się
dzieje. Dostrzegła gęsty tłum stłoczony na chodniku, który najwyraźniej
obserwował jakiś pochód lub paradę.
-
Co tu się dzieje? – spytała jednego z
gapiów
-
Nasz król wraz z żoną i trzema synami powrócił właśnie z dalekiej podróży. Całe
miasto wyszło im na spotkanie. – odpowiedział mężczyzna.
Mimo ścisku, dziewczynie udało się
podejść na tyle blisko, by móc dobrze się wszystkiemu przyjrzeć. Było to
doprawdy wspaniałe widowisko. Na czele jechał wspaniale ubrany herold, który
donośnym głosem obwieszczał powrót królewskiej rodziny, nakazując przechodniom
usunąć się z drogi. Za nim jechali muzykanci dmąc w trąby, potem rycerze i
świta. Aż w końcu w zasięgu wzroku pojawił się wspaniały odkryty powóz. W tym
momencie wszyscy mieszkańcy miasta zaczęli głośniej jeszcze niż przedtem
wiwatować na cześć swoich władców: dumnego króla, wytwornej królowej,
przystojnych i zadowolonych z życia królewiczów. Ale dziewczyna, której
ukradziono serce nie przyłączyła się do owacji. Zakryła za to twarz ramieniem i
dyskretnie wycofała się z tłumu. Wiedziała, że jej tułaczka właśnie dobiegła
końca. W najmłodszym z trzech królewiczów dziewczyna rozpoznała bowiem
złodzieja.
Następnego
dnia, dziewczyna poszła do pałacu, by spytać czy nie przyjmą jej tam do pracy. Choć
w pierwszej chwili nie wzbudziła zaufania, w końcu zdecydowano się zatrudnić ją
w kuchni. Przez długie tygodnie dziewczyna mieszkała w pałacu wykonując same
najgorsze prace. Robiła co mogła, by nie rzucać się w oczy i z nikim nie
rozmawiała. Ale oczy i uszy zawsze miała szeroko otwarte i zapamiętywała
wszystko co widziała i słyszała. Dzięki temu wkrótce wiedziała już wiele o
królewiczu. Z tego co mówiono wśród służby, od jakiegoś czasu bardzo się
zmienił – zaczął unikać rodziny, zraził do siebie przyjaciół, stał się chłodny
i nieprzystępny. Najciekawsza ze wszystkich była jednak informacja wyszeptana
kiedyś pewnej ładnej pokojówce przez jednego ze stajennych, którą
czerwonowłosej pomywaczce udało się podsłuchać. Okazało się bowiem, że mniej
więcej co miesiąc królewicz w tajemnicy przed wszystkimi udaje się do lasu
małym powozem w towarzystwie jednego tylko sługi – a robił to tylko wtedy, gdy
księżyc stawał na nowiu. Dziewczyna zapamiętała to dobrze i postanowiła
zaczekać. Podczas następnego nowiu wymknęła się nocą i w momencie, gdy
królewicz wsiadał właśnie do powozu, podkradła się niezauważona i usiadła z
tyłu na dyszlu. Woźnica trzasnął z bata i troje podróżnych opuściło teren zamku,
zanurzając się w ciemności nocy. Jechali lasem: gałęzie drzew ocierały się o
drzwi powozu, w którym jechał królewicz, a droga była tak wyboista, że
siedzącej z tyłu dziewczynie kilka razy groził upadek. Kurczowo trzymając się
wystających elementów, gorączkowo zastanawiała się, w jaki sposób udało im się
nie zgubić w całkowitej ciemności i jak to możliwe, że przemieszczali się w
zupełnej ciszy, nie wydając najmniejszego dźwięku. W końcu dotarli na miejsce.
Stali pod murem z czarnego kamienia, którego z jakiegoś powodu nie można było
dostrzec z daleka. Brama była zamknięta. Z małego okienka wyjrzała drobna, łysa
głowa o wyłupiastych oczach i zakrzywionym nosie, pokryta delikatnym puchem. Na
widok intruzów, stwór zaczął się awanturować skrzekliwym głosem, ale zamilkł,
gdy tylko królewicz wystawił głowę i wypowiedział kilka niezrozumiałych słów. Wtedy
głowa zniknęła i chwilę później brama powoli otworzyła się, nie wydając żadnego
dźwięku. Powóz wjechał na dziedziniec ogromnego dworu, o bogato zdobionej
fasadzie wykonanej z jakiegoś dziwnego błekitnobiałego kamienia, który lśnił w
ciemności – cały budynek otaczała miękka smuga światła podobnego do światła
niewidocznego tej nocy na niebie księżyca. Jak tylko powóz stanął. Królewicz
natychmiast z niego wyskoczył i nie czekając, wbiegł do dworu. Główne wejście
zniknęło, jak tylko książę przez nie wszedł – gdy siedząca z tyłu dziewczyna
odważyła się w końcu wyjść i spojrzeć w tamtą stronę, ujrzała w tym miejscu
pustą ścianę. Niezrażona podeszła do woźnicy (który wyprostowany jak struna i
niewzruszony jak głaz oczekiwał na dziedzińcu powrotu swojego pana) i pokazała
mu swój złoty łańcuszek, mówiąc:
-
Dam ci go, jeśli przyrzekniesz, że nie powiesz o mnie księciu. Oprócz tego
chcę, żebyś, zanim odjedziesz, zatrzymał się na chwilę przed bramą i głośno
trzasnął z bata.
Woźnica
zgodził się, więc czerwonowłosa dziewczyna oddała mu swój łańcuszek, a sama
zaczęła rozglądać się za jakimś innym wejściem do wnętrza dworu. Długo szukała
i kilka razy była skłonna się poddać, aż w końcu dostrzegła małe, dobrze ukryte
drzwiczki w cieniu po lewej stronie. Jednak jak tylko je uchyliła, usłyszała
głośne trzaśnięcie z bicza. Domyśliła się, że przez ten czas królewicz zdążył
już załatwić swoje sprawy, więc czym prędzej wybiegła na dziedziniec. Znów
udało jej się niepostrzeżenie usiąść na dyszlu i tym sposobem wszyscy troje
wrócili do pałacu przed wschodem słońca, tak, że nikt nie zauważył ich
nieobecności.
Przez
następny miesiąc, dziewczyna udawała, że nic się nie stało i starała się
zachowywać tak jak zawsze. Przekonała się, że królewicz nadal nie wie o tym, iż
poznała przynajmniej część jego tajemnicy i spokojnie wyczekiwała kolejnego
nowiu. W końcu nadeszła ta noc. Znów dziewczynie udało się niepostrzeżenie
wymknąć z zamku i dotrzeć tą samą drogą co ostatnio do ukrytego w lesie dworu. Jak tylko
królewicz wszedł do środka, dziewczyna oddała woźnicy swoje kolczyki, prosząc
by i tym razem ukrył jej obecność i umożliwił powrót do zamku. Ten znów się
zgodził, dziewczyna więc od razu się oddaliła i bez trudu dotarła do
znalezionych wcześniej drzwiczek. Uchyliła je więc i cicho wślizgnęła się do
środka. Znalazła się w długim korytarzu, pozbawionym jakichkolwiek okien i
lamp, a jednak nie pogrążonym w ciemności. Na jego końcu, dziewczyna dostrzegła
drugie drzwi, gdy je otworzyła znalazła się w wielkiej, okrągłej sali, w samym
środku której stał posąg pięknej kobiety w wianku z lilii na głowie. Można z
niej było wyjść którymiś z kilkunastu różnych drzwi. Dziewczyna otworzyła
pierwsze z nich i zobaczyła komnatę pełną klejnotów, które unosiły się w
powietrzu i goniły się nawzajem, chichocząc przy tym jak małe dzieci. Za
następnymi były wszystkie dźwięki, jakie tylko można usłyszeć zamknięte w
małych buteleczkach. Trzecie drzwi skrywały śpiącego gryfa, czwarte – lśniące
kryształy, w których odbijały się twarze wszystkich królów i królowych świata.
Dziewczyna otwierała wszystkie drzwi po kolei, a za każdymi znajdowała inną
cudowną tajemnicę. W końcu otworzyła ostatnie i znalazła zwykłe schody
prowadzące na górę. Chciała się tam wpiąć, jednak w połowie drogi, przez małe
okienko dostrzegła królewicza wsiadającego do swego powozu. Znów dotarło do
niej, że straciła za dużo czasu, więc jak tylko drzwiczki się za nim zamknęły,
wyskoczyła przez okno. Na szczęście dla niej, woźnica nie zapomniał zatrzymać
się przed bramą, przez co dziewczynie po raz kolejny udało się bezpiecznie wrócić
do zamku.
Przez
następny miesiąc, dziewczyna zastanawiała się, czy aby na pewno warto ryzykować
po raz kolejny. Tym razem nie mogła już mieć pewności, że nikt jej nie zauważył
i, że królewicz niczego się nie domyśla. Poza tym nie miała już nic cennego,
więc nie mogła dłużej liczyć na dyskrecję woźnicy. Mimo to, gdy księżyc znów
stanął na nowiu, dziewczyna, przekonana, że to jej jedyna szansa, po raz trzeci
wyruszyła do ukrytego w lesie dworu. Gdy tylko królewicz zniknął w jego
wnętrzu, jego nieznana towarzyszka podróży cicho podbiegła do ukrytych drzwi,
przebiegła przez okrągłą salę i prędko wbiegła po schodach na górę. Znalazła
się w ciasnym, ciemnym korytarzu. Naprzeciw schodów dostrzegła lekko uchylone
drzwi, zza których dobywało się światło. Dziewczyna przycupnęła przy nich i
zajrzała do środka przez szparę. Zobaczyła wielką salę oświetloną tysiącami
świec. W jej środku, na podwyższeniu stał bogato rzeźbiony, granitowy tron.
Zajmowała go piękna pani o włosach koloru białego złota, ubrana w granatową, haftowaną
suknię w wieńcu z lilii na głowie. Obserwująca ją z ukrycia dziewczyna bez
trudu rozpoznała w niej kobietę, przedstawioną na pomniku piętro niżej. Za
tronem, na dwóch nogach stał nadzwyczajnie wysoki kozioł o długich rogach
ubrany w błyszczącą liberię. Trzymał w ramiona coś, co obserwatorka w pierwszej
chwili wzięła za niemowlę, jednak po chwili stwierdziła, że jest to zwykła sowa
otulona kocem. U stóp tronu klęczał królewicz trzymając małą szkatułkę. Za nim
stał niski, pokryty puchem stwór, podobny do tego, który pilnował bramy.
-
O najcudowniejsza i najpotężniejsza Pani Nocy, przynoszę ci serce, które
zdobyłem ubiegłej nocy. Pochodzi ono od młodego chłopca, który jeszcze do
niedawna darzył gorącym uczuciem córkę pewnego uczonego. – powiedział
królewicz. Następnie stojący za nim stwór wziął od niego szkatułkę i z ukłonem
podał go swej pani. Ta natychmiast ją otworzyła i zajrzała do środka. Po chwili
zamknęła wieko i z uśmiechem zadowolenia zwróciła się do klęczącego przed nią
młodzieńca:
-
Po raz kolejny mnie nie zawiodłeś, książę. Wygląda na to, iż zasłużysz na tytuł
Władcy Dni szybciej, niż się tego spodziewałeś. – po czym skinieniem dłoni dała
mu znak, że może wstać. Książę usłuchał tego niemego rozkazu i zbliżył się do
tronu Pani Nocy. Pochylił się w jej stronę i zapytał:
-
Czy nie sądzisz, że dość już dla ciebie zrobiłem? Służę ci od dawna, a jak
dotąd nie dostałem nic w zamian prócz obietnic. Mój ojciec się starzeje, a
bracia traktują mnie coraz chłodniej. Podczas gdy ty, pani żyjesz sobie
spokojnie w swym ukrytym dworze, ciesząc się wszystkimi jego cudami, ja wciąż
zastanawiam się, ile czasu mi pozostało. Być może będę martwy na długo przed
tym, jak zdecydujesz się mnie wreszcie wynagrodzić.
Słysząc
te słowa, Pani Nocy wpadła w straszny gniew. Odepchnęła od siebie młodzieńca, a
gdy ten upadł na posadzkę, jego ciało było pokryte szronem. Ukryta za drzwiami
dziewczyna mogła tylko patrzeć, jak
mężczyzna, którego kiedyś kochała zwija się z bólu. Jednak po chwili wszystko ustało,
a książę, znów wyglądający jak dawniej, kornie przepraszał swą panią za
zuchwałe słowa.
-
Wybaczam ci, mój przyjacielu. – rzekła Pani Nocy – lecz pamiętaj, że jeśli znów
mi się sprzeciwisz, stracisz nie tylko to, co mogłeś zyskać, ale i to, co masz
teraz. Następnego nowiu znów się spotkamy i wtedy dowiesz się, jakie będzie
twoje ostatnie zadanie. Możesz się oddalić.
Królewicz
skłonił się po raz ostatni i odwrócił się, by odejść. Pani Nocy podbiegła
jednak do niego i zatrzymała przy samych drzwiach.
-
Bądź ostrożny – szepnęła mu do ucha – jeden z moich sług widział ostatnio jakąś
drobną istotkę skaczącą z okna, twierdzi też, że ta sama osoba dwa razy
przyjechała tu z tobą. Przedtem mu nie wierzyłam, ale teraz myślę, że komuś
może zależeć na tym, by odkryć twoją tajemnicę.
Tymczasem
dziewczyna, pewna już, że jest tylko jedną z ofiar tej pary, nadal siedziała
skulona pod drzwiami, nie wiedząc, co powinna zrobić. Gdy przypomniała sobie o
tym, że należałoby wrócić do zamku, było już za późno – w momencie, w którym
dotarła z powrotem na dziedziniec, brama akurat się zamykała. Nieszczęsna
intruzka stała więc na podwórzu, zastanawiając się, jak mogłaby uciec z
miejsca, gdzie czyhało na nią tyle niebezpieczeństw. W końcu dostrzegła dziwne
klatki stojące przy samym murze – najwyższe z nich niemal dorównywały mu
wysokością. Niewiele myśląc, dziewczyna zaczęła wspinać się na jedną z nich,
nie zastanawiając się nawet nad tym, co może być uwięzione w środku. Jednak gdy
była już prawie u szczytu, zamknięte w klatce stworzenie wydało z siebie
donośny wrzask. Dziewczyna czym prędzej przeskoczyła mur, jednak wszyscy
mieszkańcy dworu zdążyli się już dowiedzieć o jej obecności. Na rozkaz Pani
Nocy klatki zostały otwarte, a zamknięte w nich stworzenia wysłano w pościg za
uciekinierką. Czerwonowłosa dziewczyna biegła przez ciemny las ścigana przez
trzy potwory, których ciała przypominały ludzkie, jednak miały głowy, skrzydła
i szpony nietoperza. Nagle zza drzewa wyskoczyło dziwne stworzenie.
Przypominało umięśnionego mężczyznę, ale jego włosy były zupełnie białe, paznokcie
długie, czarne i ostre jak noże, a całe ciało pokryte zieloną, gadzią łuską.
Potwór rzucił się na trzy nietoperzopodobne stwory i zaczął szarpać ich ciała,
dotkliwie je raniąc, co zmusiło jego przeciwników do ucieczki. Przez cały ten
czas dziewczyna, która nie mogła uwierzyć w to co widzi, siedziała ukryta w
krzakach obserwując walkę strasznych istot. Dopiero kiedy wysłannicy Pani Nocy
oddalili się na dobre, odważyła się wyjść z ukrycia i podejść do swojego
wybawcy. Jak tylko pokryty łuską potwór ją zobaczył, wyszczerzył do niej w
uśmiechu swoje krokodyle zęby.
-
Dlaczego mnie uratowałeś? – spytała dziewczyna – Przecież nawet mnie nie znasz.
Dziwne stworzenie spojrzało na nią ze
smutkiem i opowiedziało jej swoją historię:
-
Odkąd pamiętam, zawsze żyłem w tym lesie. Moi rodzice uciekli tu przed swymi
prześladowcami i ukrywali się tu przez długie lata. Nie mieli z czego żyć,
więc, aby zapewnić chleb swej rodzinie, mój ojciec był zmuszony przyłączyć się
do rozbójników. Dorastałem w ich towarzystwie i z czasem poznałem wszystkie
tajniki ich fachu. Byłem jeszcze wtedy człowiekiem, podobnym do ciebie, jednak
moje rozwijające się zamiłowanie do wszystkiego co złe powoli zaczęło oddalać
mnie od tego co ludzkie. Kiedy moi rodzice umarli, pozbyłem się wszystkich
skrupułów. Nie tylko nie rabowałem wyłącznie z przymusu, jak niegdyś mój
ojciec, ale uwielbiałem to robić i nigdy nie byłem bardziej szczęśliwy jak
wtedy, gdy odkryłem jakąś nową metodę znęcania się nad tymi, którzy mieli
nieszczęście wpaść w moje ręce. Moje imię zaczęło budzić lęk, a opowieści o
moich czynach rozniosły się po okolicy. Jednak wszystko skończyło się w dniu,
gdy matka pewnego zamordowanego przeze mnie studenta rzuciła na mnie klątwę.
„Niech każdy, kto na ciebie spojrzy, zobaczy cię takim, jakim jesteś naprawdę”
powiedziała, a ja zmieniłem się w tę odrażającą istotę, którą widzisz teraz.
Nie miałem już dokąd wrócić – wszyscy, których do tej pory uważałem za
sprzymierzeńców odwrócili się ode mnie ze wstrętem, a moi najlepsi kompani
kilkakrotnie usiłowali mnie zabić. Już od kilku lat błąkam się, unikając ludzi
i mogąc obserwować ich kłopoty i nieszczęścia tylko z daleka. Szczerze żałuję
tego, co robiłem dawniej, jednak w tym ciele nie mogę w żaden sposób odkupić
swoich win. Tylko jedno może mnie uratować – szczere, gorące łzy, które z
ludzkich oczu wycisnęło współczucie dla mnie. Jesteś pierwszą osobą, która nie
bała się do mnie zbliżyć, i której mogłem zwierzyć się, ze swego nieszczęścia.
Pomóż mi, proszę!
-
Niestety nie mogę ci pomóc – odrzekła dziewczyna – bo nie mam serca. Podstępem
zabrał mi je najmłodszy królewicz i oddał Pani Nocy, tak, jak i wiele innych. Wierzę, że
gdybym je odzyskała, mogłabym bez trudu uwolnić cię od klątwy. Jednak nie
będzie to łatwe, gdyż Pani Nocy już wie, że go szukam i to ona nasłała na mnie
te nietoperze.
-
Dobrze znam tę czarownicę – odpowiedział zaczarowany rozbójnik – żyjąc w tym
lesie, nie można nie słyszeć podań i plotek na jej temat, a często widuje się
tu też jej wysłanników. Trudno ci będzie wrócić do jej dworu. Pani Nocy jest co
prawda zupełnie bezbronna w ciągu dnia, ale dostać się do jej domu można tylko
po zachodzie słońca.
-
W takim razie powinnam tam wejść tuż przed świtem – powiedziała dziewczyna –
Tylko jak mam ominąć straże?
-
Chętnie ci w tym pomogę – powiedział potwór,
po czym zabrał dziewczynę do groty, w której mieszkał, by mogła
wypocząć.
Gdy
następna noc dobiegała już końca, potwór podszedł do otaczającego dwór muru i
zaczął głośno wyśmiewać stwora pilnującego bramy, aż w końcu ten, czerwony z
wściekłości, wystawił głowę przez okno.
-
Kto cię tu zapraszał, paskudo?! – zawołał z wściekłością – Masz jakąś sprawę,
czy tylko chciałeś poobrażać lepszych od siebie?
-
Lepszych? Jakoś nie wydaje mi się, żebyś był mniej paskudny ode mnie. A nawet
jeśli, to i tak nie możesz się ze mną mierzyć. Założę się, że nie byłbyś w
stanie dorzucić deski nawet w połowie tak daleko jak ja!
To
rzekłszy, potwór wyrwał jedną deskę z drzwi i z całej siły rzucił nią w stronę
lasu. Łysy stwór spojrzał na niego z pogardą.
-
Ty to nazywasz rzutem? Już ja ci pokażę co to znaczy rzucać – krzyknął, po czym
wyrwał drugą deskę z drzwi i rzucił ją przed siebie.
-
No i co powiesz gadzie?! – zawołał ze złośliwym uśmiechem
Tymczasem,
przez powstałą w drzwiach dziurę, czerwonowłosa dziewczyna wślizgnęła się do
środka. Weszła do dworu tymi samymi drzwiczkami, których używała wcześniej i
zaczęła biegać bezładnie po korytarzach, zastanawiając się, w której z sali
może być ukryte jej serce. W pewnym momencie trafiła do małego, pozbawionego
okien pokoiku. Jego ściany pokryte były ciemnofioletową materią, tego samego
koloru był też leżący na podłodze dywan, a także szafa i dziecięce łóżeczko w
głębi pokoju oraz stojące przed kominkiem dwa pluszowe fotele. Na jednym z
foteli siedziała sowa ubrana w liliową sukienkę. Gdy tylko zobaczyła
przyglądającą się jej dziewczynę,
rzuciła się z pazurami w jej stronę. Sowa dotkliwie podrapała intruzkę,
a gdy tej udało się ją od siebie odepchnąć, wyfrunęła na korytarz, hucząc
przeraźliwie. Dziewczyna próbowała uciec, ale wpadła wprost w objęcia
kozła-służącego. Pocieszało ją tylko jedno – przechodząc koło okna dostrzegła,
że słońce już wzeszło. Kozioł doprowadził dziewczynę do Sali, którą ta
wcześniej widziała zza uchylonych drzwi. Na samym jej środku stała Pani Nocy,
patrząc na nią z wściekłością.
-
A, więc to ty znów wtargnęłaś do mojego domu! Chciałaś wykraść moje sekrety i
zawłaszczyć sobie moje skarby!
-
Nie, pani. – wyjąkała rozciągnięta u jej stóp dziewczyna – Wcale mi nie zależy
na twoich sekretach i skarbach. Chciałabym tylko odzyskać swoje serce. Proszę,
oddaj mi je!
Słysząc te słowa, jasnowłosa
czarownica wpadła w jeszcze większy gniew. Uniosła rękę, chcąc rzucić na
dziewczynę jakąś klątwę, jednak wtedy przypomniała sobie, że po wschodzie
słońca jest bezsilna.
-
Dobrze więc. – powiedziała spokojniejszym tonem – Dostaniesz swoją szansę.
Chodź za mną.
Zaprowadziła
dziewczynę do komnaty piętro wyżej. Była to wielka sala całkowicie wypełniona
kryształowymi meblami, w której znajdowały się setki ludzkich serc. Niektóre z
nich leżały na stolikach, inne na regałach lub w gablotkach, jeszcze inne były
umieszczone w zawieszonych pod sufitem słojach, również wykonanych z kryształu.
Były tam i małe serduszka dzieci i skurczone serca starców, serca bijące i
zastygłe, ciepłe i zimne, takie, z których wydobywał się blask i inne, czarne
jak węgiel. Z każdego z nich dobywał się jakiś dźwięk – wkoło słychać było: szepty,
cicho nucone melodie, śmiech, płacz, odgłosy przypominające szum wiatru i
takie, przywodzące na myśl szemrzenie strumyka.
-
Jedno z nich jest twoje – powiedziała Pani Nocy – masz teraz szansę je
odnaleźć. Ale pamiętaj, nie wolno ci się pomylić. Możesz dokonać wyboru tylko
raz.
Dziewczyna
nie odpowiedziała. Ostrożnie przestąpiła próg komnaty i zaczęła się po niej
rozglądać, nie wiedząc, czego tak naprawdę szuka. Przyglądała się uważnie
każdemu mijanemu sercu, ale żadne nie wydało jej się znajome. Słuchała ich –
ale nie rozpoznała żadnego głosu. W końcu zaintrygowało ją jedno z tych, które
zwisały z sufitu. Gdy podeszła bliżej, zaczęło szeptać jakieś niezrozumiałe
słowa, ale dziewczyna nie miała wątpliwości, że zwraca się ono bezpośrednio do
niej. Stanęła na palcach, chcąc je ściągnąć, jednak w tej samej chwili pękł
przytrzymujący naczynie, w którym było umieszczone łańcuch, a kryształowy słój
wpadł prosto w ręce dziewczyny. Ta, nie
zastanawiając się już dłużej wyjęła z niego serce i trzymając je w ręce
podeszła z powrotem do drzwi. Pani Nocy już tam nie było. Znajdował się tam
natomiast kozi sługa, który natychmiast sprowadził dziewczynę na dół i wypchnął
za drzwi. Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, dwór zniknął, a ona spostrzegła,
że znów jest sama w głębi lasu. Wtedy zza drzewa wynurzył się jej odrażający
przyjaciel.
-
Masz je? – spytał z nadzieją w głosie. Dziewczyna skinęła głową i spróbowała
umieścić serce z powrotem w swej piersi. Jednak nie była w stanie tego zrobić.
Poprosiła o pomoc potwora, jednak on też nie potrafił tego zrobić. Po kilku
nieudanych próbach obydwoje zrozumieli, że dziewczyna dokonała złego wyboru.
Następne
tygodnie były dla obydwojga niekończącym się koszmarem. Nie tylko stracili
szansę na odwrócenie złego losu, ale też wiecznie musieli się ukrywać. Za dnia
las przeszukiwali wysłannicy królewicza (który łatwo domyślił się, że to
właśnie zaginiona pomywaczka śledziła go podczas comiesięcznych wypraw), a po
zmroku krążyły po nim różne potwory wysyłane tam przez Panią nocy. Na
szczęście, grota, w której wciąż mieszkali uciekinierzy, była dobrą kryjówką.
Poza tym, czerwonowłosa dziewczyna potrafiła zmylić każdą pogoń, a zaczarowany
rozbójnik – wygrać każdą walkę. Mimo to, żadne z nich nie wiedziało co począć i
oboje byli przekonani, że długo tak nie pociągną. Aż w końcu pewnej nocy, gdy
księżyc stanął na nowiu, ukryci między drzewami usłyszeli znajomy terkot kół.
To królewicz znów jechał przez las, tą samą drogą co zawsze. Gdy tylko
zaczarowany rozbójnik zobaczył powóz, rozwścieczony rzucił się w jego stronę.
Dogonił go bez trudu, po czym zatrzymał ciągnącego go konia, po czym wyciągnął
a niego królewicza i rzucił go swej towarzyszce pod nogi. W tym momencie serce,
które dziewczyna zawsze nosiła przy sobie, zaczęło gwałtownie bić. Ta od razu
domyśliła się co to znaczy i bez trudu umieściła je w piersi królewicza.
Pasowało idealnie. Królewicz, który jakby ocknął się z głębokiego snu, od razu
rozpoznał stojącą przed nim dziewczynę. Uświadomił sobie, że Pani Nocy jest
wrogiem ich obojga i zgodził się pomóc swojej niegdysiejszej ofierze.
Dziewczyna wsiadła do powozu, a królewicz dał jej magiczną szarfę, dzięki
której mogła stać się niewidzialna.
-
Ale co mam zrobić, by uniknąć zemsty Pani Nocy? Jak ją pokonać?
-
Jest pewien sposób – odpowiedział królewicz – Jeśli promienie słońca oświetlą
jej pomnik, czarownica padnie martwa.
-
Myślę, że uda mi się to zrobić, jeśli odwrócisz jej uwagę. – odpowiedziała
dziewczyna
W
końcu dojechali do dworu. Potwór został z tyłu i ukrył się za murem. Dziewczyna
zawiązała magiczną szarfę i weszła magicznym wejściem razem z księciem. Rozdzielili
się przy schodach – królewicz poszedł na górę, a jego niewidzialna towarzyszka
wymknęła się do okrągłej sali.
Książę
wszedł do sali tronowej starając się zachowywać tak, jakby nic się nie
zmieniło. Pani Nocy, jak zwykle w pięknej sukni i wieńcu z lilii, oczekiwała go
tam. Uśmiechnęła się.
- Widzę, że dziś nic dla mnie nie
masz. – rzekła – Ale nic nie szkodzi. Mam dla ciebie specjalne zadanie. Jeśli
mnie nie zawiedziesz, dostaniesz wszystko, czego pragnąłeś. Uczynię cię Władcą
Dni – będziesz miał nieograniczoną moc, a bracia już nigdy nie będą w stanie ci
zagrozić. O ile dochowasz mi wierności, cały świat będzie skłonny poddać się
twojej władzy.
Słysząc te słowa, królewicz zawahał
się. Choć odzyskał swe serce, nadal sądził, że Pani Nocy pragnie jego dobra i
nie był już pewien, czy rzeczywiście chce ją zniszczyć. Najpierw postanowił ją
jednak zapytać:
-
Jakie zadanie chcesz mi powierzyć?
-
Chcę, by za miesiąc do mojej kolekcji dołączyły serca króla i królowej.
Usłyszawszy,
jakie ta czarownica ma plany wobec jego rodziców, królewicz nie mógł już dłużej
hamować gniewu. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, dobył miecza i rzucił
się na siedzącą na tronie kobietę. Ta dłonią zatrzymała ostrze, po czym
odepchnęła od siebie napastnika i wydała z siebie głośny, przeciągły krzyk.
Chwilę później w Sali zaroiło się od potworów.
Gdy
to wszystko się działo, niewidzialna dziewczyna dotarła do miejsca, gdzie stał
pomnik. Niestety nie było tam żadnych okien, które mogłaby otworzyć lub
odsłonić. Gdy dziewczyna zastanawiała się, co robić, nagle przypomniała sobie
gryfa ukrytego za jednymi z drzwi. Otworzyła je więc. Tym razem gryf nie spał –
siedział na podłodze i znudzony wpatrywał się w ścianę. Dziewczyna zdjęła
szarfę i zaczęła nią machać przed dziobem zwierzęcia. Gryf poruszył się i
zaczął iść w jej stronę. Dziewczyna poczekała, aż przejdzie przez drzwi, po
czym wskoczyła mu na grzbiet. Gryf zaczął się miotać na różne strony i
szaleńczo machać skrzydłami, chcąc ją zrzucić. Chwile przed tym, jak chciał
poderwać się do lotu, dziewczyna zsunęła się niepostrzeżenie. Wściekły gryf
ruszył przed siebie i wybiegł z budynku przebijając po drodze dwie ściany.
Teraz pozostało tylko czekać na wschód słońca.
Jak
tylko pierwsze promienie poranka padły na pomnik, piętro wyżej Pani Nocy padła
martwa, a wszyscy jej słudzy rozpierzchli się przerażeni. Zmęczony walką
królewicz usiadł na tronie. Tam zastała go dziewczyna. Obydwoje poszli na górę,
tam, gdzie przechowywano serca. Dziewczyna jeszcze raz obeszła dokładnie
komnatę, uważnie przyglądając się wszystkiemu. Przez długi czas nie działo się
nic nadzwyczajnego, dopiero gdy podeszła do półki w najdalszym kącie sali,
jedno z serc roześmiało się radośnie. Dziewczyna wzięła je do ręki i bez trudu
umieściła w swej piersi. Ogarnęło ją cudowne uczucie. Radość tak wielka jakiej
dotąd nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, ulga, podobna do tej, którą odczuwa
więzień po latach wychodzący na wolność i połączone z niedowierzaniem
szczęście, jakby właśnie powróciła z krainy umarłych – wszystko to obudziło się
nagle w jej wnętrzu i wypełniło jej ciało przywracając jej siły do życia.
Dziewczyna natychmiast zbiegła na dół, by powiedzieć przyjacielowi o tym, co
zaszło. Zastała go leżącego na ziemi, zwijającego się z bólu i pokrytego krwią.
Gryf, którego wypuściła dziewczyna natknął się bowiem na niego i dotkliwie
poranił. Ruda panienka, widząc tego, który tyle razy jej pomagał, w tak
żałosnym stanie, natychmiast do niego podbiegła i mocno objęła. Jego pokryta
łuską skóra była twarda i szorstka, lecz ona nie zwracała na to uwagi. Była
przerażona myślą, że być może to ona przyczyniła się do tego, co spotkało jej
kompana. Nawet nie zauważyła, jak po jej twarzy zaczęły spływać łzy. Ale
wystarczyło, że jedna kropla skapnęła mu na twarz, by odczynić ciążącą na nim
klątwę. Opadły łuski, paznokcie zaczęły znów przypominać ludzkie, oczy stały
się niebieskie a włosy brązowe. W ramionach dziewczyny leżał teraz młody
mężczyzna, patrzący na nią z uwielbieniem. Na jego ciele nie było żadnej
blizny, ani rany. Gdy chwilę później zjawił się tam królewicz, zastał ich
trzymających się za ręce i patrzących sobie w oczy tak jakby nigdy nie mieli
przestać.
-
Na mnie już czas. – powiedział książę – Muszę wrócić do domu i naprawić to, co
zrobiłem. Nie będzie łatwo odnaleźć właścicieli wszystkich serc, ale nie wolno
mi się poddawać.
-
A twoi bracia? – spytała dziewczyna
-
Nie chcę już z nimi walczyć. – padła odpowiedź – I nie będę dłużej żyć w
strachu. Być może z czasem uda mi się ich do siebie przekonać. Czas pokaże jak
to się skończy. Ja się już nie boję.
Jak
powiedział tak zrobił. Szczęśliwie udało mu się zwrócić wszystkie serca
prawowitym właścicielom i od tej pory czynił tylko dobro. Jednak trudno było mu
wytrzymać w rodzinnym pałacu, a walka o władzę zbrzydła mu całkowicie. Po
śmierci ojca opuścił więc królewską stolicę i przez resztę życia wiódł skromny
żywot pustelnika.
A
odczarowany rozbójnik i dziewczyna, która odzyskała swe serce wzięli się za
ręce i razem powędrowali daleko poza granice królestwa, wierząc, że pewnego
dnia odnajdą miejsce, gdzie będą mogli zapomnieć o tym, co było i już zawsze
żyć razem w szczęściu i miłości.