Wieczorem pierwszego dnia nowego roku pewien rycerz, niemłody już i siwiejący, jechał konno w świetle księżyca. Nagle dostrzegł w oddali światło, a kiedy ruszył w jego stronę, szybko przekonał się, że dochodziło ono z okien wielkiego domu stojącego na uboczu. Rycerz był zmęczony po długiej podróży, postanowił się tam udać i poprosić o gościnę. Było tam zupełnie cicho, ale mimo to nikt zdawał się nie słyszeć pukania do drzwi, ani nawoływań rycerza. Drzwi nie były jednak zamknięte, więc mężczyzna po chwili wahania wszedł do środka. Znalazł się w dużym, jasno oświetlonym pokoju z suto zastawionym stołem pośrodku, jakby właśnie trwało tam jakieś przyjęcie. I faktycznie było tam mnóstwo ludzi, ale nikt nie świętował - wszyscy albo leżeli na podłodze, albo siedzieli przy stole z głowami opartymi o blat i ramionami zwisającymi bezwładnie. Rycerz próbował ich obudzić, ale szybko przekonał się, że wszyscy byli martwi. Nie wyglądało jednak na to, by ktoś ich otruł, nie było też żadnych śladów walki. Zmarli wyglądali tak, jakby nagle zasnęli i niemal na każdej zimnej, martwej twarzy gościł uśmiech. Zdawało się, że śmierć zabrała ich szybko i niepostrzeżenie, zanim zdążyli się przestraszyć, lub choćby zdziwić. Rycerz przeszukał inne pokoje, ale wszystkie były puste. W całym domu panowała cisza tak głęboka, że można było usłyszeć odgłos każdego kroku i najcichsze skrzypnięcie zawiasów otwieranych drzwi. Potem rycerz zajrzał do kuchni. Tam z kolei było pełno służby, ale i oni leżeli martwi na brudnej podłodze otoczeni szczątkami potłuczonych naczyń. Przyglądając się im rycerz, który stoczył w życiu już wiele walk i nie uląkłby się żadnego nieprzyjaciela, poczuł, że prawie nie może już oddychać ze zgrozy. Zauważył, że tylne drzwi były uchylone, a gdy za nie zajrzał, zobaczył leżącą tuż pod progiem kobietę z niemowlęciem w ramionach. I ona była już zupełnie zimna, ale rycerz prędko przekonał się, że dziecko wciąż żyje i tylko śpi. Niewiele myśląc wziął chłopczyka na ręce, po czym dosiadł konia i czym prędzej opuścił to ponure miejsce.
Minęło wiele godzin, a dziecko wciąż się nie obudziło. Z początku rycerz był z tego zadowolony, ale po jakimś czasie zaczęło go to niepokoić. W końcu przypomniał sobie o czarodziejce, której oddał kiedyś pewną przysługę i postanowił poprosić ją o radę.
Kiedy dotarł na miejsce, znów była już ciemna noc. Czarodziejka była bardzo zaskoczona, gdy niosący niemowlę rycerz zapukał do jej drzwi o tak późnej porze, ale wpuściła go do środka.
- Znalazłem to dziecko w ramionach martwej kobiety - wyjaśnił - i od wczoraj się nie obudziło.
Czarodziejka spytała go, jak i gdzie znalazł niemowlę i zbladła, gdy wysłuchała jego opowieści. Bez słowa wzięła od niego dziecko i położyła je na stole. Potem ułożyła wokół niego cztery kryształy i cztery zapalone świece, a następnie zaczęła nucić jakąś dziwną melodię. Już po chwili cały pokój wypełnił się srebrną mgłą, która zdała się pochłaniać wszystkie odgłosy. Gdy minęło kilka minut, mgła opadła, a chłopczyk otworzył oczy i zaczął płakać.
Czarodziejka wzięła maleństwo na ręce i powiedziała:
- Tego dziecka dotknęła Okrutna Cisza - ta sama moc która uśmierciła jego matkę i wszystkich, których widziałeś w tamtym domu. Sądzę, że udało mi się go uzdrowić, ale lepiej będzie, jeśli zostanie ze mną. Będę nad nim czuwać i zadbam, by niczego mu nie brakowało.
Rycerz przyznał jej rację i w dalszą drogę wyruszył już sam. Nie minęło jednak kilka tygodni, a znów zapukał do drzwi czarodziejki. Odwiedzał ją później wiele razy, patrząc jak jej przybrany syn rośnie, bawi się i uczy. Aż w końcu chłopiec zaczął nazywać rycerza ojcem, tak jak czarodziejkę już od dawna nazywał matką.
Któregoś zimowego dnia chłopiec bawił się w lesie, gdy nagle rozpętała się śnieżyca tak gęsta, że nie wiedział już gdzie się znajduje i nie rozpoznawał nawet otaczających go drzew. Gdy tak próbował iść na oślep przed siebie, udało mu się zobaczyć na tyle duży otwór w ziemi, by mógł się tam schować. Zajrzał do środka i przekonał się, że prowadzi on do jamy pełnej śpiących niedźwiedzi. W pierwszej chwili ten widok śmiertelnie go przeraził i niemal skłonił do ucieczki. Potem jednak chłopiec pomyślał: “Przecież jest zima, więc na pewno śpią tak głęboko, że nawet mnie nie zauważą. Przeczekam tu burzę - na pewno będzie mi tu cieplej niż na dworze”.
Z początku siedział sztywno pomiędzy śpiącymi niedźwiedziami, ale później, kiedy zmęczenie stało się silniejsze od strachu, oparł się plecami o plecy jednego z nich i prędko zasnął. A kiedy spał, przyśnił mu się sen, niepodobny do żadnego z tych, które śniły mu się wcześniej.
Zdawało mu się, że ma nad głową niebo pełne gwiazd, znacznie większych i płonących dużo jaśniej niż te, które widywał na jawie. Chłopiec wyciągnął rękę ku jednej z nich i udało mu się ją chwycić, a było to takie uczucie, jakby trzymał w dłoni ciepłe, żywe pisklę. Uniósł się w górę wraz z nią i już po chwili był tak wysoko, że widział pod sobą cały świat i wszystkich ludzi. Ale ten świat i ci ludzie wyglądali zupełnie inaczej niż zwykle: chłopiec mógł teraz patrzeć przez ściany i dachy, a kiedy przyglądał się śpiącym, dostrzegł, że głowę każdego z nich okrywa coś na kształt burzowej chmury, wewnątrz której co chwila coś błyskało, mieniąc się coraz to inną barwą. Były to sny, które nocami wyłaniały się z ludzkich umysłów i okrywały ich oczy i uszy mówiąc im, co mają widzieć i słyszeć. Chłopiec zeskoczył na ziemię i podbiegł do najbliższego łóżka (a mógł to zrobić bez trudu, bo każdy mur zdawał się być zrobiony z dymu, który rozwiewał się, by go przepuścić), a gdy pochylił się nad śpiącym w nim człowiekiem, przekonał się, że potrafi zajrzeć w wiszącą nad nim chmurę i zobaczyć, co kryje się wewnątrz. Całą noc spędził chodząc od domu do domu i przyglądając się snom uśpionych ludzi: mężczyzn i kobiet, młodych i starych.
Kiedy się zbudził, do gawry wpadały już promienie porannego słońca, a pierwszym, co zobaczył była twarz przybranej matki, której widać albo czary, albo jakiś szczęśliwy przypadek podpowiedział, gdzie szukać zaginionego dziecka.
Chłopiec nie opowiedział o swoim śnie ani jej, ani nikomu innemu, ale od tej pory już żadna z nocy nie wyglądała tak, jak wcześniej. Ledwo zamknął oczy, już zaczynał śnić, a w tym stanie poruszał się tak swobodnie i pewnie, jakby znajdował się za dnia we własnym domu. I, tak jak za pierwszym razem, sny innych ludzi zawsze stały przed nim otworem. Przez kilka tygodni widział wiele pięknych, dziwnych, smutnych i strasznych rzeczy, ale nadal nie chciał z nikim dzielić się swoją tajemnicą. Czarodziejka czuła, że dzieje się coś niecodziennego, nie zadawała jednak zbyt wielu pytań i cierpliwie czekała.
Któregoś dnia córeczka ich sąsiadów nagle zniknęła. Jej rodzice odchodzili od zmysłów; szukali jej wszędzie i wszystkich o nią wypytywali. Przybrany syn czarodziejki dobrze znał tę dziewczynkę i martwił się jej nieobecnością, ale nie wiedział jak mógłby pomóc. Jednak kiedy przypadkiem usłyszał jak matka zaginionej opowiada komuś o tym jak bardzo żałuje, iż ostatnim, co usłyszała od niej córka, były wyrzuty i krzyki, przyszedł mu do głowy pewien pomysł.
Postanowił, że jak tylko zaśnie tej nocy, spróbuje odnaleźć dziewczynkę we śnie. I rzeczywiście, udało mu się to dość szybko, a choć nie rozpoznał miejsca, w którym się ukrywała, wiedział, że jest blisko. A kiedy zajrzał do chmury nad jej głową, zobaczył w niej strach - nie przed tułaczką, ale przed powrotem do domu, gdzie, jak sądziła, nikt na nią nie czekał. Chłopiec długo nie wiedział co robić, aż w końcu pierwszy raz zaczął mówić, choć nie wiedział, czy rozmawia z dziewczynką, czy z jej snem. I, choć nikt mu nie odpowiadał, nie przestawał mówić, dopóki się nie obudził.
Następnego dnia dziewczynka wróciła do domu. Nie zdradziła nikomu, gdzie była ani czemu postanowiła przestać się ukrywać, ale jej rodzice tak ucieszyli się na jej widok, że nie zadawali żadnych pytań. Chłopiec był jednak pewien, że to on sprowadził ją do domu i cały dzień chodził z podniesioną głową i szerokim uśmiechem na twarzy, bo czuł się jak prawdziwy bohater. W końcu nie był już w stanie ukryć swojej radości przed przybraną matką i opowiedział jej o wszystkim, sądząc, że i ona będzie dumna i szczęśliwa. Ale czarodziejka, choć nie miała mu tego co zrobił za złe, zasmuciła się i zaniepokoiła usłyszawszy jego opowieść.
- Obawiam się, że jednak nie udało mi się wyrwać cię z krainy snu - powiedziała - I boję się, że przez to może przydarzyć ci się coś złego.
I opowiedziała mu o tym, jak rycerz, którego nazywał ojcem, lata temu przyniósł go do niej prosząc o uzdrowienie, a także jak i gdzie go wcześniej znalazł. Chłopiec potem długo rozmyślał o tej dziwnej historii i próbował odgadnąć, co tak naprawdę stało się tamtej nocy. W końcu zapragnął na własne oczy zobaczyć miejsce, z którego kiedyś przybył.
Niedługo potem z wizytą przyjechał rycerz. Chłopiec bardzo ucieszył się na jego widok i od razu zaczął wypytywać go o dom, z którego kiedyś go tu sprowadził. Potem powiedział, że chciałby się tam udać i spędzić tam noc, a rycerz powtórzył jego słowa czarodziejce. Ta z początku nie chciała zgodzić się na tą wyprawę, ale w końcu uległa prośbom przybranego syna i następnego dnia wszyscy troje wyruszyli w podróż.
Dom stał opuszczony od lat, bo nikt nie chciał długo przebywać pod dachem, gdzie tylu ludzi straciło życie w ciągu jednej nocy. Troje podróżnych rozgościło się w nim bez przeszkód. Żadne z nich jednak prawie nic nie mówiło - powietrze było tam zbyt ciężkie, a atmosfera zbyt ponura, by nawet dorośli mogli czuć się swobodnie.
Tej nocy chłopiec długo nie mógł zasnąć pomimo, (a może właśnie dlatego), że tak bardzo pragnął przekonać się, co mu się w tym domu przyśni. Po wielu godzinach w końcu mu się to jednak udało - tym razem jednak nie zobaczył ani nieba, ani gwiazd, ani chmur nad głowami śpiących ludzi. Śniło mu się, że jest w dokładnie tym samym domu, ale teraz był on gwarny i pełen światła. Patrzył jak całe mnóstwo ludzi bawi się wesoło na przyjęciu, a służba uwija się w kuchni. Usłyszał jak kobieta z niemowlęciem w ramionach puka do tylnych drzwi. A potem nagle, bez ostrzeżenia, zapadła głęboka cisza i wszyscy naraz padli martwi zanim zdążyli zauważyć, że dzieje się coś dziwnego. Tylko stojąca za uchylonymi drzwiami kobieta zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa i gwałtownie się cofnęła. Po chwili jednak i ona padła nieżywa na drogę.
Wtedy nagle wszystko się rozwiało i chłopiec został sam w kompletnej ciemności - żywej ciemności, która otoczyła go ciasnym pierścieniem i zaczęła do niego przemawiać.
- Jesteś mój - mówiło wszystko wokół - Każdej nocy jestem bliżej ciebie. Widzę cię, gdy chodzisz od snu do snu, ale ty nigdy nie będziesz wiedział, gdzie mnie szukać. Baw się póki możesz, bo już niedługo nastanie cisza.
I wtedy nagle chłopiec obudził się zlany potem, a serce biło mu jak nigdy przedtem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz