W małej chatynce na odludziu mieszkała para małżonków. Żyli biednie, ale spokojnie i nie musieli się niczego obawiać. Nie pałali do siebie gorącym uczuciem, ale też nie odczuwali wstrętu do siebie nawzajem i przez długie lata udawało im się unikać większych kłótni i nie być dla siebie nawzajem zbyt przykrymi. Nie mieli dzieci ani zbyt wielu krewnych; bardzo rzadko ktoś ich odwiedzał, a jeszcze rzadziej zdarzało się, by jakiś zbłąkany wędrowiec zapukał do ich drzwi. Tak więc przez wiele lat ich życie było skromne i monotonne, ale i nie dawało im powodów do rozpaczy.
Jednak któregoś roku cały kraj nawiedziła klęska głodu, której skutki dotkliwie odczuli nawet bogacze. Co zatem mieli powiedzieć ci, co nawet w czasach urodzaju ledwo wiązali koniec z końcem? Mąż i żona już dawno sprzedali wszystko co mogli, ale na niewiele im się to zdało. Ich niegdyś cichy dom wciąż rozbrzmiewał na przemian to szlochem to krzykami, ale kłótnie nie mogły przynieść ulgi żadnemu z nich. Prędko stało się jasne, że jeśli nie stanie się jakiś cud, obydwoje już wkrótce umrą z głodu.
W końcu któregoś dnia zdesperowany mężczyzna zdecydował, że spróbuje coś upolować. Ponieważ nie miał ani łuku, ani włóczni, ani żadnej innej broni, zatknął sobie za pasem duży nóż i młotek. Tak uzbrojony udał się do lasu. Długo wędrował po krętych ścieżkach, a suche gałązki chrzęściły mu pod nogami. Jednak nie poszczęściło mu się - wszystko wokół było jak wymarłe i przez wiele godzin nie natknął się na żadne, nawet najmniejsze stworzenie. Mężczyzna nie chciał jednak wracać do domu z pustymi rękami więc dalej szedł na oślep przed siebie, klnąc i złorzecząc z każdym kolejnym krokiem.
Aż, kiedy już zaczęło się ściemniać, nagle ze zdziwieniem zauważył, iż zapuścił się dużo dalej niż zamierzał i nie jest już w lesie, a nad brzegiem bagna. Miejsce to zwano w okolicy “Gwiżdżącym Mokradłem”, gdyż prawie zawsze słychać było dobiegające z niego dziwne dźwięki, przypominające nieco gwizdanie. Tym, którzy słyszeli je z oddali nawet się to podobało, ale i tak niemal nikt nie odważyłby się zbliżyć do miejsca, skąd dochodziła owa melodia - a już szczególnie w nocy. Mężczyzna był jednak zbyt zmęczony i rozżalony, by się bać, więc przez chwilę stał tylko i patrzył przed siebie wciąż uskarżając się w duchu na swój los.
“Już chyba lepiej byłoby, gdybym rzucił się w wodę” pomyślał i przykucnął nad kępą trzciny. Nagle zobaczył, że coś porusza się w szuwarach i bez namysłu zamachnął się w tamtą stronę młotkiem, a wtedy poczuł, iż faktycznie udało mu się ogłuszyć jakieś stworzenie. Czym prędzej odgarnął trzcinę, ale gdy zobaczył, co się w niej kryje, cofnął rękę ze zgrozą. Stworzeniem, które uderzył młotkiem była dziewczyna - śniada, smukła i pokryta błotem. Gdy mężczyzna w końcu odważył się jej dotknąć, przekonał się, że nie jest martwa, tylko nieprzytomna. W pierwszej chwili chciał uciekać i udać, że nigdy nawet nie zbliżył się do bagna. Potem pomyślał o swoim pustym żołądku, o czekającej na niego żonie, która pewnie byłaby wściekła, gdyby wrócił z niczym, o tych wszystkich długich godzinach, które spędził w poszukiwaniu czegoś co mógłby przynieść do domu i o tym, że jeśli nic się nie zmieni, będzie musiał albo pozwolić by ucięto mu język i sprzedano w niewolę, albo umrzeć. Znów spojrzał na leżącą u jego stóp dziewczynę, po czym przerzucił ją sobie przez ramię i zaniósł do domu.
Żona z początku ucieszyła się na jego widok, ale gdy spostrzegła, co niesie, uśmiech zniknął z jej twarzy i z niepokojem w głosie zapytała, co to wszystko ma znaczyć. Jej mąż nie spieszył się z odpowiedzią; najpierw zaniósł bezwładną dziewczynę do kuchni i rzucił ją na stół.
- To moja zdobycz - powiedział - Nic innego nie znalazłem. Jeśli nie chcesz umrzeć z głodu, będziesz musiała to ugotować.
Ale ten pomysł przeraził kobietę dużo bardziej niż wizja śmierci głodowej, a kiedy jej mąż wyznał, iż jego ofiara pochodzi z Gwiżdżącego Mokradła, wpadła w jeszcze większy popłoch. Domyśliła się, iż dziewczyna musi być bagienną nimfą i nie miała śmiałości nawet dotknąć jej palcem. Jej mąż jednak nadal obstawał przy swoim i próbował zmusić upartą żonę do posłuszeństwa krzykiem i groźbami. W pewnym momencie wzniósł rękę tak, jakby chciał ją uderzyć, a wtedy kobieta uciekła na górę i zamknęła się na poddaszu. Mężczyzna uderzał w drzwi pięściami, ale ona długo nie chciała wyjść, więc w końcu sam wrócił na dół.
Kiedy wszedł do kuchni, zobaczył, iż nie było w niej nikogo. Na stole leżał za to tak wielki bochenek chleba, że gdyby go postawić na ziemi, byłby wielkości dorosłego człowieka. Zdumiony mężczyzna najpierw przyjrzał się uważnie temu dziwnemu zjawisku, a potem dotknął go i powąchał. Gdy nie miał już wątpliwości, że jest to prawdziwy chleb, nożem rozkroił bochenek na pół, a wtedy znalazł w środku dużą bryłę srebra. Wtedy zrozumiał, że nimfa zostawiła ten skarb jako okup za swoje życie. Zawołał więc żonę, a ta od razu wyczuła zmianę w jego głosie, więc w końcu zeszła na dół, a kiedy zobaczyła leżące na stole dary i ona ucieszyła się z takiego obrotu spraw. I tej nocy, po raz pierwszy od bardzo dawna, obydwoje poszli spać syci i zadowoleni.
Przez jakiś czas żyło im się dobrze. Mieli co jeść, odzyskali część tego, co musieli sprzedać, gdy popadli w nędzę i wyglądało na to, że zły los opuścił ich na dobre. Żadne z nich nie powiedziało nikomu, skąd wzięli srebro, ale w zaciszu własnego domu mężczyzna czasem śmiał się z tych wszystkich ludzi, którzy bali się zbliżać do bagna.
Żona jednak wciąż ostrzegała go, by trzymał się z dala od Gwiżdżącego Mokradła.
- Może i nimfy raz okazały ci litość, ale to nie znaczy, że zapomniały, jaką krzywdę wyrządziłeś jednej z nich - mówiła.
Jej mąż traktował te słowa jak zwykłe zrzędzenie i, żeby nie musieć tego słuchać, w końcu przestał w ogóle wspominać o bagnie. Ale wciąż nadal wracał myślami do skarbów, które musiały spoczywać gdzieś na dnie mokradła. I do głowy przychodził mu tylko jeden sposób, by zdobyć ich część dla siebie.
W końcu któregoś dnia, gdy kobieta była akurat w miasteczku jej mąż znowu wybrał się z młotkiem nad Gwiżdżące Mokradło. Tam godzinami czaił się w zaroślach czekając, aż zbliży się do niego jakaś nimfa. Jednak długo żadna się nie pojawiła i nawet odgłosy gwizdania były tego dnia dużo cichsze niż zwykle. Mężczyzna czekał jednak cierpliwie, aż w końcu, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi znów dostrzegł, jak coś porusza się w trzcinie. Po raz kolejny użył młotka, a gdy zajrzał w szuwary przekonał się, że i tym razem udało mu się upolować bagienną nimfę. Ta była mniejsza od poprzedniej i wyglądała na młodszą, niemal na dziecko. Mężczyzna uznał jednak, że to dobrze, bo dużo łatwiej będzie ją nieść, a może i okup za nią będzie więcej wart. Bez zwłoki zaniósł swoją zdobycz do domu i położył ją na stole w kuchni.
Pamiętał, że poprzednim razem nimfa zniknęła i zostawiła podarek dopiero wtedy, gdy zostawił ją samą, dlatego od razu zszedł do piwnicy. Przez jakiś czas stał tam pod ścianą w zupełnej ciemności, aż w końcu uznał, że czekał już dość długo i postanowił wrócić na górę. Jednak zanim zdołał dosięgnąć klamki usłyszał gwizdanie. Dźwięk był tak głośny, że mężczyzna musiał zatkać sobie uszy. Zacisnął powieki i cofnął się o kilka kroków, a wtedy poczuł, że jego buty przesiąkają wodą, która nie wiadomo jak i kiedy zebrała się na podłodze.
Gdy niedługo potem wróciła jego żona, od razu zauważyła, że chatka wyraźnie się zmniejszyła. Kobieta podbiegła bliżej i przekonała się, że jej dom powoli zapada się w błotnistą sadzawkę, która nie wiadomo skąd nagle się tam pojawiła. Oszołomiona patrzyła na tonącą chatę, nawet nie myśląc o tym, że mogłaby cokolwiek uratować. Wtem na powierzchnię wypłynęła błotna nimfa ciągnąc za sobą ciało jej męża. Położyła zwłoki na suchej ziemi i czym prędzej uciekła w knieje. Kobieta spojrzała w ohydnie wykrzywioną twarz trupa, a gdy uniosła wzrok, spostrzegła, iż dach jej dawnego domu zupełnie zniknął już w głębi błotnistej wody.