poniedziałek, 4 maja 2020

Skradzione serce



Kiedyś, gdy świat był młodszy, mgły gęstsze, tajemnice dobrze ukryte, a uczucia tak silne, iż zdawały się być żywymi istotami, było sobie skaliste, nieprzyjazne pustkowie. Ludzie omijali je z daleka, gdyż nie znaleźliby tam niczego, co byłoby piękne, ciekawe lub pożyteczne. Zwierzęta i ptaki także zdawały się go nie lubić. Jednak wiele lat wcześniej - być może właśnie dlatego, że było tam tak chłodno, ponuro i samotnie - ktoś postanowił zbudować w tym miejscu wielką świątynię cichej bogini Adione. I rzeczywiście stanęła tam szara, potężna budowla o grubych murach, gdzie odcięte od świata i wiecznie pogrążone w rozmyślaniach kapłanki przebywały niby w więzieniu. W tej właśnie świątyni pewnego dnia znalazła się młoda dziewczyna o oczach tak jasnych jak niebo o świcie i włosach koloru krwi. Trafiła do tego dziwnego miejsca wbrew swej woli, gdyż jej rodzina jak najszybciej chciała pozbyć się uciążliwej krewnej, którą uważali z niezdatną do niczego marzycielkę. Nieszczęsna krążyła więc bez celu po długich korytarzach budowli, która wydawała jej się najpotworniejszym z lochów, bezskutecznie starając się pogodzić ze swoim losem. Jednak dni i noce mijały, a rozpacz dziewczyny rosła raczej niż malała. Nie znalazła tam żadnej przyjaciółki, a jej tęsknota za towarzystwem życzliwych ludzi i gorące pragnienie miłości doprowadzały ją nieomal do szaleństwa. Aż w końcu pewnej burzliwej nocy, gdy siedziała skulona na łóżku w swojej celi, nawet nie próbując zasnąć, nieopatrznie wypowiedziała na głos swoje życzenie:
- Oddałabym wszystko, za jedną szczęśliwą chwilę w ramionach kochanka!
Nagle usłyszała ogłuszający huk, a chwilę potem jej ciemny pokoik wypełniło oślepiające światło. Po chwili, gdy już była w stanie otworzyć oczy, odważyła się rozejrzeć. Na drugim końcu celi, tuż pod oknem, stał przystojny młodzieniec o głębokich, ciemnych oczach patrzących na nią z sympatią i współczuciem. Dziewczyna chciała zapytać go, kim jest i skąd się tu wziął, ale z jakiegoś powodu nie mogła się na to zdobyć. Otarła więc tylko łzy z twarzy i wyciągnęła do niego ramiona. Resztę nocy spędzili razem, a kiedy wzeszło słońce, młodzieniec wyślizgnął się z objęć śpiącej dziewczyny i zabrał jej serce, po czym zniknął zabierając swą zdobycz ze sobą.
Gdy dziewczyna się obudziła, była już sama. Z początku sądziła, że to, co zdarzyło się w nocy, było tylko snem i nie zauważyła swojej straty. Później jednak, gdy spostrzegła, jak kapłanki odsuwają się od niej z obawą i wstrętem w oczach, kiedy odkryła, że nic nie jest w stanie jej wzruszyć, a chłód w piersi stał się nie do zniesienia, stopniowo uświadomiła sobie prawdę. Wiedziała, iż życie bez serca byłoby puste, nieszczęśliwe i złe, a także, że każdy kto ją spotka natychmiast rozpozna w niej osobę przeklętą. Pewnej nocy zdobyła się więc na odwagę by uciec ze świątyni. Cichaczem wymknęła się ze swojej komórki i ukryła w wozie, którym do świątyni dostarczano żywność. Gdy rano właściciel wyruszył w drogę, dziewczyna poczekała aż się oddali, po czym wyskoczyła na drogę. Od tej pory szła sama przed siebie w nadziei, że odnajdzie tego, kto pozbawił ją tak cennego skarbu.
Jej podróż trwała długo. Szła przez góry i doliny, łąki i lasy, miasta i wioski, miejsca nowe i bogate i te stare i zniszczone nie znajdując żadnej odpowiedzi. Nikt zresztą nie kwapił się do rozmowy z nią, jakby przeczuwając, że dziewczyna nie jest już do nich podobna. Wszędzie traktowano ją jak wyrzutka i żaden z napotkanych ludzi nie chciał spojrzeć jej w oczy. Jednak to wszystko zamiast zniechęcić dziewczynę, tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że musi odnaleźć młodzieńca lub umrzeć. Aż w końcu, po wielu dniach tułaczki, dotarła do królewskiej stolicy. Było to bogate i przepiękne miasto. Jego ulice były wybrukowane i czyste, sklepy pełne egzotycznych towarów, a dziewczynę co chwilę mijał jakiś elegancki powóz. Mieszkańcy miasta nosili jaskrawo kolorowe stroje, rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami z poważnym wyrazem twarzy (nierzadko w obcych językach) i poruszali się lekko i z wdziękiem jakby płynąc wśród tłumu. Było tam też wielu przybyszów, których łatwo dało się rozpoznać po tym, iż często zmieniali kierunek swego marszu, przyglądali się wszystkiemu ze zdumieniem w oczach, a często nie mogli powstrzymać okrzyków podziwu. Ale dziewczyna szła przed siebie, nie okazując żadnych emocji, choć to co widziała, było tak niezwykłe i tak bardzo różniło się od tego, co znała dotąd. Tylko raz, stojąc przed wspaniałym, pozłacanym pomnikiem i wspominając mijane przedtem kamienice, kościoły i place, powiedziała sobie w duchu: „Jakie to wszystko mogłoby być cudowne, gdybym tylko miała serce!”.
Wtem do uszu dziewczyny dobiegły odgłosy trąb i radosne okrzyki, dochodzące, jak się zdawało, z głównej ulicy. Postanowiła pójść w tamtą stronę by zobaczyć, co się dzieje. Dostrzegła gęsty tłum stłoczony na chodniku, który najwyraźniej obserwował jakiś pochód lub paradę.
-  Co tu się dzieje? – spytała jednego z gapiów
- Nasz król wraz z żoną i trzema synami powrócił właśnie z dalekiej podróży. Całe miasto wyszło im na spotkanie. – odpowiedział mężczyzna.
Mimo ścisku, dziewczynie udało się podejść na tyle blisko, by móc dobrze się wszystkiemu przyjrzeć. Było to doprawdy wspaniałe widowisko. Na czele jechał wspaniale ubrany herold, który donośnym głosem obwieszczał powrót królewskiej rodziny, nakazując przechodniom usunąć się z drogi. Za nim jechali muzykanci dmąc w trąby, potem rycerze i świta. Aż w końcu w zasięgu wzroku pojawił się wspaniały odkryty powóz. W tym momencie wszyscy mieszkańcy miasta zaczęli głośniej jeszcze niż przedtem wiwatować na cześć swoich władców: dumnego króla, wytwornej królowej, przystojnych i zadowolonych z życia królewiczów. Ale dziewczyna, której ukradziono serce nie przyłączyła się do owacji. Zakryła za to twarz ramieniem i dyskretnie wycofała się z tłumu. Wiedziała, że jej tułaczka właśnie dobiegła końca. W najmłodszym z trzech królewiczów dziewczyna rozpoznała bowiem złodzieja.
Następnego dnia, dziewczyna poszła do pałacu, by spytać czy nie przyjmą jej tam do pracy. Choć w pierwszej chwili nie wzbudziła zaufania, w końcu zdecydowano się zatrudnić ją w kuchni. Przez długie tygodnie dziewczyna mieszkała w pałacu wykonując same najgorsze prace. Robiła co mogła, by nie rzucać się w oczy i z nikim nie rozmawiała. Ale oczy i uszy zawsze miała szeroko otwarte i zapamiętywała wszystko co widziała i słyszała. Dzięki temu wkrótce wiedziała już wiele o królewiczu. Z tego co mówiono wśród służby, od jakiegoś czasu bardzo się zmienił – zaczął unikać rodziny, zraził do siebie przyjaciół, stał się chłodny i nieprzystępny. Najciekawsza ze wszystkich była jednak informacja wyszeptana kiedyś pewnej ładnej pokojówce przez jednego ze stajennych, którą czerwonowłosej pomywaczce udało się podsłuchać. Okazało się bowiem, że mniej więcej co miesiąc królewicz w tajemnicy przed wszystkimi udaje się do lasu małym powozem w towarzystwie jednego tylko sługi – a robił to tylko wtedy, gdy księżyc stawał na nowiu. Dziewczyna zapamiętała to dobrze i postanowiła zaczekać. Podczas następnego nowiu wymknęła się nocą i w momencie, gdy królewicz wsiadał właśnie do powozu, podkradła się niezauważona i usiadła z tyłu na dyszlu. Woźnica trzasnął z bata i troje podróżnych opuściło teren zamku, zanurzając się w ciemności nocy. Jechali lasem: gałęzie drzew ocierały się o drzwi powozu, w którym jechał królewicz, a droga była tak wyboista, że siedzącej z tyłu dziewczynie kilka razy groził upadek. Kurczowo trzymając się wystających elementów, gorączkowo zastanawiała się, w jaki sposób udało im się nie zgubić w całkowitej ciemności i jak to możliwe, że przemieszczali się w zupełnej ciszy, nie wydając najmniejszego dźwięku. W końcu dotarli na miejsce. Stali pod murem z czarnego kamienia, którego z jakiegoś powodu nie można było dostrzec z daleka. Brama była zamknięta. Z małego okienka wyjrzała drobna, łysa głowa o wyłupiastych oczach i zakrzywionym nosie, pokryta delikatnym puchem. Na widok intruzów, stwór zaczął się awanturować skrzekliwym głosem, ale zamilkł, gdy tylko królewicz wystawił głowę i wypowiedział kilka niezrozumiałych słów. Wtedy głowa zniknęła i chwilę później brama powoli otworzyła się, nie wydając żadnego dźwięku. Powóz wjechał na dziedziniec ogromnego dworu, o bogato zdobionej fasadzie wykonanej z jakiegoś dziwnego błekitnobiałego kamienia, który lśnił w ciemności – cały budynek otaczała miękka smuga światła podobnego do światła niewidocznego tej nocy na niebie księżyca. Jak tylko powóz stanął. Królewicz natychmiast z niego wyskoczył i nie czekając, wbiegł do dworu. Główne wejście zniknęło, jak tylko książę przez nie wszedł – gdy siedząca z tyłu dziewczyna odważyła się w końcu wyjść i spojrzeć w tamtą stronę, ujrzała w tym miejscu pustą ścianę. Niezrażona podeszła do woźnicy (który wyprostowany jak struna i niewzruszony jak głaz oczekiwał na dziedzińcu powrotu swojego pana) i pokazała mu swój złoty łańcuszek, mówiąc:
- Dam ci go, jeśli przyrzekniesz, że nie powiesz o mnie księciu. Oprócz tego chcę, żebyś, zanim odjedziesz, zatrzymał się na chwilę przed bramą i głośno trzasnął z bata.
Woźnica zgodził się, więc czerwonowłosa dziewczyna oddała mu swój łańcuszek, a sama zaczęła rozglądać się za jakimś innym wejściem do wnętrza dworu. Długo szukała i kilka razy była skłonna się poddać, aż w końcu dostrzegła małe, dobrze ukryte drzwiczki w cieniu po lewej stronie. Jednak jak tylko je uchyliła, usłyszała głośne trzaśnięcie z bicza. Domyśliła się, że przez ten czas królewicz zdążył już załatwić swoje sprawy, więc czym prędzej wybiegła na dziedziniec. Znów udało jej się niepostrzeżenie usiąść na dyszlu i tym sposobem wszyscy troje wrócili do pałacu przed wschodem słońca, tak, że nikt nie zauważył ich nieobecności.
Przez następny miesiąc, dziewczyna udawała, że nic się nie stało i starała się zachowywać tak jak zawsze. Przekonała się, że królewicz nadal nie wie o tym, iż poznała przynajmniej część jego tajemnicy i spokojnie wyczekiwała kolejnego nowiu. W końcu nadeszła ta noc. Znów dziewczynie udało się niepostrzeżenie wymknąć z zamku i dotrzeć tą samą drogą co ostatnio  do ukrytego w lesie dworu. Jak tylko królewicz wszedł do środka, dziewczyna oddała woźnicy swoje kolczyki, prosząc by i tym razem ukrył jej obecność i umożliwił powrót do zamku. Ten znów się zgodził, dziewczyna więc od razu się oddaliła i bez trudu dotarła do znalezionych wcześniej drzwiczek. Uchyliła je więc i cicho wślizgnęła się do środka. Znalazła się w długim korytarzu, pozbawionym jakichkolwiek okien i lamp, a jednak nie pogrążonym w ciemności. Na jego końcu, dziewczyna dostrzegła drugie drzwi, gdy je otworzyła znalazła się w wielkiej, okrągłej sali, w samym środku której stał posąg pięknej kobiety w wianku z lilii na głowie. Można z niej było wyjść którymiś z kilkunastu różnych drzwi. Dziewczyna otworzyła pierwsze z nich i zobaczyła komnatę pełną klejnotów, które unosiły się w powietrzu i goniły się nawzajem, chichocząc przy tym jak małe dzieci. Za następnymi były wszystkie dźwięki, jakie tylko można usłyszeć zamknięte w małych buteleczkach. Trzecie drzwi skrywały śpiącego gryfa, czwarte – lśniące kryształy, w których odbijały się twarze wszystkich królów i królowych świata. Dziewczyna otwierała wszystkie drzwi po kolei, a za każdymi znajdowała inną cudowną tajemnicę. W końcu otworzyła ostatnie i znalazła zwykłe schody prowadzące na górę. Chciała się tam wpiąć, jednak w połowie drogi, przez małe okienko dostrzegła królewicza wsiadającego do swego powozu. Znów dotarło do niej, że straciła za dużo czasu, więc jak tylko drzwiczki się za nim zamknęły, wyskoczyła przez okno. Na szczęście dla niej, woźnica nie zapomniał zatrzymać się przed bramą, przez co dziewczynie po raz kolejny udało się bezpiecznie wrócić do zamku.
Przez następny miesiąc, dziewczyna zastanawiała się, czy aby na pewno warto ryzykować po raz kolejny. Tym razem nie mogła już mieć pewności, że nikt jej nie zauważył i, że królewicz niczego się nie domyśla. Poza tym nie miała już nic cennego, więc nie mogła dłużej liczyć na dyskrecję woźnicy. Mimo to, gdy księżyc znów stanął na nowiu, dziewczyna, przekonana, że to jej jedyna szansa, po raz trzeci wyruszyła do ukrytego w lesie dworu. Gdy tylko królewicz zniknął w jego wnętrzu, jego nieznana towarzyszka podróży cicho podbiegła do ukrytych drzwi, przebiegła przez okrągłą salę i prędko wbiegła po schodach na górę. Znalazła się w ciasnym, ciemnym korytarzu. Naprzeciw schodów dostrzegła lekko uchylone drzwi, zza których dobywało się światło. Dziewczyna przycupnęła przy nich i zajrzała do środka przez szparę. Zobaczyła wielką salę oświetloną tysiącami świec. W jej środku, na podwyższeniu stał bogato rzeźbiony, granitowy tron. Zajmowała go piękna pani o włosach koloru białego złota, ubrana w granatową, haftowaną suknię w wieńcu z lilii na głowie. Obserwująca ją z ukrycia dziewczyna bez trudu rozpoznała w niej kobietę, przedstawioną na pomniku piętro niżej. Za tronem, na dwóch nogach stał nadzwyczajnie wysoki kozioł o długich rogach ubrany w błyszczącą liberię. Trzymał w ramiona coś, co obserwatorka w pierwszej chwili wzięła za niemowlę, jednak po chwili stwierdziła, że jest to zwykła sowa otulona kocem. U stóp tronu klęczał królewicz trzymając małą szkatułkę. Za nim stał niski, pokryty puchem stwór, podobny do tego, który pilnował bramy.
- O najcudowniejsza i najpotężniejsza Pani Nocy, przynoszę ci serce, które zdobyłem ubiegłej nocy. Pochodzi ono od młodego chłopca, który jeszcze do niedawna darzył gorącym uczuciem córkę pewnego uczonego. – powiedział królewicz. Następnie stojący za nim stwór wziął od niego szkatułkę i z ukłonem podał go swej pani. Ta natychmiast ją otworzyła i zajrzała do środka. Po chwili zamknęła wieko i z uśmiechem zadowolenia zwróciła się do klęczącego przed nią młodzieńca:
- Po raz kolejny mnie nie zawiodłeś, książę. Wygląda na to, iż zasłużysz na tytuł Władcy Dni szybciej, niż się tego spodziewałeś. – po czym skinieniem dłoni dała mu znak, że może wstać. Książę usłuchał tego niemego rozkazu i zbliżył się do tronu Pani Nocy. Pochylił się w jej stronę i zapytał:
- Czy nie sądzisz, że dość już dla ciebie zrobiłem? Służę ci od dawna, a jak dotąd nie dostałem nic w zamian prócz obietnic. Mój ojciec się starzeje, a bracia traktują mnie coraz chłodniej. Podczas gdy ty, pani żyjesz sobie spokojnie w swym ukrytym dworze, ciesząc się wszystkimi jego cudami, ja wciąż zastanawiam się, ile czasu mi pozostało. Być może będę martwy na długo przed tym, jak zdecydujesz się mnie wreszcie wynagrodzić.
Słysząc te słowa, Pani Nocy wpadła w straszny gniew. Odepchnęła od siebie młodzieńca, a gdy ten upadł na posadzkę, jego ciało było pokryte szronem. Ukryta za drzwiami dziewczyna  mogła tylko patrzeć, jak mężczyzna, którego kiedyś kochała zwija się z bólu. Jednak po chwili wszystko ustało, a książę, znów wyglądający jak dawniej, kornie przepraszał swą panią za zuchwałe słowa.
- Wybaczam ci, mój przyjacielu. – rzekła Pani Nocy – lecz pamiętaj, że jeśli znów mi się sprzeciwisz, stracisz nie tylko to, co mogłeś zyskać, ale i to, co masz teraz. Następnego nowiu znów się spotkamy i wtedy dowiesz się, jakie będzie twoje ostatnie zadanie. Możesz się oddalić.
Królewicz skłonił się po raz ostatni i odwrócił się, by odejść. Pani Nocy podbiegła jednak do niego i zatrzymała przy samych drzwiach.
- Bądź ostrożny – szepnęła mu do ucha – jeden z moich sług widział ostatnio jakąś drobną istotkę skaczącą z okna, twierdzi też, że ta sama osoba dwa razy przyjechała tu z tobą. Przedtem mu nie wierzyłam, ale teraz myślę, że komuś może zależeć na tym, by odkryć twoją tajemnicę.
Tymczasem dziewczyna, pewna już, że jest tylko jedną z ofiar tej pary, nadal siedziała skulona pod drzwiami, nie wiedząc, co powinna zrobić. Gdy przypomniała sobie o tym, że należałoby wrócić do zamku, było już za późno – w momencie, w którym dotarła z powrotem na dziedziniec, brama akurat się zamykała. Nieszczęsna intruzka stała więc na podwórzu, zastanawiając się, jak mogłaby uciec z miejsca, gdzie czyhało na nią tyle niebezpieczeństw. W końcu dostrzegła dziwne klatki stojące przy samym murze – najwyższe z nich niemal dorównywały mu wysokością. Niewiele myśląc, dziewczyna zaczęła wspinać się na jedną z nich, nie zastanawiając się nawet nad tym, co może być uwięzione w środku. Jednak gdy była już prawie u szczytu, zamknięte w klatce stworzenie wydało z siebie donośny wrzask. Dziewczyna czym prędzej przeskoczyła mur, jednak wszyscy mieszkańcy dworu zdążyli się już dowiedzieć o jej obecności. Na rozkaz Pani Nocy klatki zostały otwarte, a zamknięte w nich stworzenia wysłano w pościg za uciekinierką. Czerwonowłosa dziewczyna biegła przez ciemny las ścigana przez trzy potwory, których ciała przypominały ludzkie, jednak miały głowy, skrzydła i szpony nietoperza. Nagle zza drzewa wyskoczyło dziwne stworzenie. Przypominało umięśnionego mężczyznę, ale jego włosy były zupełnie białe, paznokcie długie, czarne i ostre jak noże, a całe ciało pokryte zieloną, gadzią łuską. Potwór rzucił się na trzy nietoperzopodobne stwory i zaczął szarpać ich ciała, dotkliwie je raniąc, co zmusiło jego przeciwników do ucieczki. Przez cały ten czas dziewczyna, która nie mogła uwierzyć w to co widzi, siedziała ukryta w krzakach obserwując walkę strasznych istot. Dopiero kiedy wysłannicy Pani Nocy oddalili się na dobre, odważyła się wyjść z ukrycia i podejść do swojego wybawcy. Jak tylko pokryty łuską potwór ją zobaczył, wyszczerzył do niej w uśmiechu swoje krokodyle zęby.
- Dlaczego mnie uratowałeś? – spytała dziewczyna – Przecież nawet mnie nie znasz.
Dziwne stworzenie spojrzało na nią ze smutkiem i opowiedziało jej swoją historię:
- Odkąd pamiętam, zawsze żyłem w tym lesie. Moi rodzice uciekli tu przed swymi prześladowcami i ukrywali się tu przez długie lata. Nie mieli z czego żyć, więc, aby zapewnić chleb swej rodzinie, mój ojciec był zmuszony przyłączyć się do rozbójników. Dorastałem w ich towarzystwie i z czasem poznałem wszystkie tajniki ich fachu. Byłem jeszcze wtedy człowiekiem, podobnym do ciebie, jednak moje rozwijające się zamiłowanie do wszystkiego co złe powoli zaczęło oddalać mnie od tego co ludzkie. Kiedy moi rodzice umarli, pozbyłem się wszystkich skrupułów. Nie tylko nie rabowałem wyłącznie z przymusu, jak niegdyś mój ojciec, ale uwielbiałem to robić i nigdy nie byłem bardziej szczęśliwy jak wtedy, gdy odkryłem jakąś nową metodę znęcania się nad tymi, którzy mieli nieszczęście wpaść w moje ręce. Moje imię zaczęło budzić lęk, a opowieści o moich czynach rozniosły się po okolicy. Jednak wszystko skończyło się w dniu, gdy matka pewnego zamordowanego przeze mnie studenta rzuciła na mnie klątwę. „Niech każdy, kto na ciebie spojrzy, zobaczy cię takim, jakim jesteś naprawdę” powiedziała, a ja zmieniłem się w tę odrażającą istotę, którą widzisz teraz. Nie miałem już dokąd wrócić – wszyscy, których do tej pory uważałem za sprzymierzeńców odwrócili się ode mnie ze wstrętem, a moi najlepsi kompani kilkakrotnie usiłowali mnie zabić. Już od kilku lat błąkam się, unikając ludzi i mogąc obserwować ich kłopoty i nieszczęścia tylko z daleka. Szczerze żałuję tego, co robiłem dawniej, jednak w tym ciele nie mogę w żaden sposób odkupić swoich win. Tylko jedno może mnie uratować – szczere, gorące łzy, które z ludzkich oczu wycisnęło współczucie dla mnie. Jesteś pierwszą osobą, która nie bała się do mnie zbliżyć, i której mogłem zwierzyć się, ze swego nieszczęścia. Pomóż mi, proszę!
- Niestety nie mogę ci pomóc – odrzekła dziewczyna – bo nie mam serca. Podstępem zabrał mi je najmłodszy królewicz i oddał  Pani Nocy, tak, jak i wiele innych. Wierzę, że gdybym je odzyskała, mogłabym bez trudu uwolnić cię od klątwy. Jednak nie będzie to łatwe, gdyż Pani Nocy już wie, że go szukam i to ona nasłała na mnie te nietoperze.
- Dobrze znam tę czarownicę – odpowiedział zaczarowany rozbójnik – żyjąc w tym lesie, nie można nie słyszeć podań i plotek na jej temat, a często widuje się tu też jej wysłanników. Trudno ci będzie wrócić do jej dworu. Pani Nocy jest co prawda zupełnie bezbronna w ciągu dnia, ale dostać się do jej domu można tylko po zachodzie słońca.
- W takim razie powinnam tam wejść tuż przed świtem – powiedziała dziewczyna – Tylko jak mam ominąć straże?
- Chętnie ci w tym pomogę – powiedział potwór,  po czym zabrał dziewczynę do groty, w której mieszkał, by mogła wypocząć.
Gdy następna noc dobiegała już końca, potwór podszedł do otaczającego dwór muru i zaczął głośno wyśmiewać stwora pilnującego bramy, aż w końcu ten, czerwony z wściekłości, wystawił głowę przez okno.
- Kto cię tu zapraszał, paskudo?! – zawołał z wściekłością – Masz jakąś sprawę, czy tylko chciałeś poobrażać lepszych od siebie?
- Lepszych? Jakoś nie wydaje mi się, żebyś był mniej paskudny ode mnie. A nawet jeśli, to i tak nie możesz się ze mną mierzyć. Założę się, że nie byłbyś w stanie dorzucić deski nawet w połowie tak daleko jak ja!
To rzekłszy, potwór wyrwał jedną deskę z drzwi i z całej siły rzucił nią w stronę lasu. Łysy stwór spojrzał na niego z pogardą.
- Ty to nazywasz rzutem? Już ja ci pokażę co to znaczy rzucać – krzyknął, po czym wyrwał drugą deskę z drzwi i rzucił ją przed siebie.
- No i co powiesz gadzie?! – zawołał ze złośliwym uśmiechem
Tymczasem, przez powstałą w drzwiach dziurę, czerwonowłosa dziewczyna wślizgnęła się do środka. Weszła do dworu tymi samymi drzwiczkami, których używała wcześniej i zaczęła biegać bezładnie po korytarzach, zastanawiając się, w której z sali może być ukryte jej serce. W pewnym momencie trafiła do małego, pozbawionego okien pokoiku. Jego ściany pokryte były ciemnofioletową materią, tego samego koloru był też leżący na podłodze dywan, a także szafa i dziecięce łóżeczko w głębi pokoju oraz stojące przed kominkiem dwa pluszowe fotele. Na jednym z foteli siedziała sowa ubrana w liliową sukienkę. Gdy tylko zobaczyła przyglądającą się jej dziewczynę,  rzuciła się z pazurami w jej stronę. Sowa dotkliwie podrapała intruzkę, a gdy tej udało się ją od siebie odepchnąć, wyfrunęła na korytarz, hucząc przeraźliwie. Dziewczyna próbowała uciec, ale wpadła wprost w objęcia kozła-służącego. Pocieszało ją tylko jedno – przechodząc koło okna dostrzegła, że słońce już wzeszło. Kozioł doprowadził dziewczynę do Sali, którą ta wcześniej widziała zza uchylonych drzwi. Na samym jej środku stała Pani Nocy, patrząc na nią z wściekłością.
- A, więc to ty znów wtargnęłaś do mojego domu! Chciałaś wykraść moje sekrety i zawłaszczyć sobie moje skarby!
- Nie, pani. – wyjąkała rozciągnięta u jej stóp dziewczyna – Wcale mi nie zależy na twoich sekretach i skarbach. Chciałabym tylko odzyskać swoje serce. Proszę, oddaj mi je!
Słysząc te słowa, jasnowłosa czarownica wpadła w jeszcze większy gniew. Uniosła rękę, chcąc rzucić na dziewczynę jakąś klątwę, jednak wtedy przypomniała sobie, że po wschodzie słońca jest bezsilna.
- Dobrze więc. – powiedziała spokojniejszym tonem – Dostaniesz swoją szansę. Chodź za mną.
Zaprowadziła dziewczynę do komnaty piętro wyżej. Była to wielka sala całkowicie wypełniona kryształowymi meblami, w której znajdowały się setki ludzkich serc. Niektóre z nich leżały na stolikach, inne na regałach lub w gablotkach, jeszcze inne były umieszczone w zawieszonych pod sufitem słojach, również wykonanych z kryształu. Były tam i małe serduszka dzieci i skurczone serca starców, serca bijące i zastygłe, ciepłe i zimne, takie, z których wydobywał się blask i inne, czarne jak węgiel. Z każdego z nich dobywał się jakiś dźwięk – wkoło słychać było: szepty, cicho nucone melodie, śmiech, płacz, odgłosy przypominające szum wiatru i takie, przywodzące na myśl szemrzenie strumyka.
- Jedno z nich jest twoje – powiedziała Pani Nocy – masz teraz szansę je odnaleźć. Ale pamiętaj, nie wolno ci się pomylić. Możesz dokonać wyboru tylko raz.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Ostrożnie przestąpiła próg komnaty i zaczęła się po niej rozglądać, nie wiedząc, czego tak naprawdę szuka. Przyglądała się uważnie każdemu mijanemu sercu, ale żadne nie wydało jej się znajome. Słuchała ich – ale nie rozpoznała żadnego głosu. W końcu zaintrygowało ją jedno z tych, które zwisały z sufitu. Gdy podeszła bliżej, zaczęło szeptać jakieś niezrozumiałe słowa, ale dziewczyna nie miała wątpliwości, że zwraca się ono bezpośrednio do niej. Stanęła na palcach, chcąc je ściągnąć, jednak w tej samej chwili pękł przytrzymujący naczynie, w którym było umieszczone łańcuch, a kryształowy słój wpadł  prosto w ręce dziewczyny. Ta, nie zastanawiając się już dłużej wyjęła z niego serce i trzymając je w ręce podeszła z powrotem do drzwi. Pani Nocy już tam nie było. Znajdował się tam natomiast kozi sługa, który natychmiast sprowadził dziewczynę na dół i wypchnął za drzwi. Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, dwór zniknął, a ona spostrzegła, że znów jest sama w głębi lasu. Wtedy zza drzewa wynurzył się jej odrażający przyjaciel.
- Masz je? – spytał z nadzieją w głosie. Dziewczyna skinęła głową i spróbowała umieścić serce z powrotem w swej piersi. Jednak nie była w stanie tego zrobić. Poprosiła o pomoc potwora, jednak on też nie potrafił tego zrobić. Po kilku nieudanych próbach obydwoje zrozumieli, że dziewczyna dokonała złego wyboru.
Następne tygodnie były dla obydwojga niekończącym się koszmarem. Nie tylko stracili szansę na odwrócenie złego losu, ale też wiecznie musieli się ukrywać. Za dnia las przeszukiwali wysłannicy królewicza (który łatwo domyślił się, że to właśnie zaginiona pomywaczka śledziła go podczas comiesięcznych wypraw), a po zmroku krążyły po nim różne potwory wysyłane tam przez Panią nocy. Na szczęście, grota, w której wciąż mieszkali uciekinierzy, była dobrą kryjówką. Poza tym, czerwonowłosa dziewczyna potrafiła zmylić każdą pogoń, a zaczarowany rozbójnik – wygrać każdą walkę. Mimo to, żadne z nich nie wiedziało co począć i oboje byli przekonani, że długo tak nie pociągną. Aż w końcu pewnej nocy, gdy księżyc stanął na nowiu, ukryci między drzewami usłyszeli znajomy terkot kół. To królewicz znów jechał przez las, tą samą drogą co zawsze. Gdy tylko zaczarowany rozbójnik zobaczył powóz, rozwścieczony rzucił się w jego stronę. Dogonił go bez trudu, po czym zatrzymał ciągnącego go konia, po czym wyciągnął a niego królewicza i rzucił go swej towarzyszce pod nogi. W tym momencie serce, które dziewczyna zawsze nosiła przy sobie, zaczęło gwałtownie bić. Ta od razu domyśliła się co to znaczy i bez trudu umieściła je w piersi królewicza. Pasowało idealnie. Królewicz, który jakby ocknął się z głębokiego snu, od razu rozpoznał stojącą przed nim dziewczynę. Uświadomił sobie, że Pani Nocy jest wrogiem ich obojga i zgodził się pomóc swojej niegdysiejszej ofierze. Dziewczyna wsiadła do powozu, a królewicz dał jej magiczną szarfę, dzięki której mogła stać się niewidzialna.
- Ale co mam zrobić, by uniknąć zemsty Pani Nocy? Jak ją pokonać?
- Jest pewien sposób – odpowiedział królewicz – Jeśli promienie słońca oświetlą jej pomnik, czarownica padnie martwa.
- Myślę, że uda mi się to zrobić, jeśli odwrócisz jej uwagę. – odpowiedziała dziewczyna
W końcu dojechali do dworu. Potwór został z tyłu i ukrył się za murem. Dziewczyna zawiązała magiczną szarfę i weszła magicznym wejściem razem z księciem. Rozdzielili się przy schodach – królewicz poszedł na górę, a jego niewidzialna towarzyszka wymknęła się do okrągłej sali.
Książę wszedł do sali tronowej starając się zachowywać tak, jakby nic się nie zmieniło. Pani Nocy, jak zwykle w pięknej sukni i wieńcu z lilii, oczekiwała go tam. Uśmiechnęła się.
- Widzę, że dziś nic dla mnie nie masz. – rzekła – Ale nic nie szkodzi. Mam dla ciebie specjalne zadanie. Jeśli mnie nie zawiedziesz, dostaniesz wszystko, czego pragnąłeś. Uczynię cię Władcą Dni – będziesz miał nieograniczoną moc, a bracia już nigdy nie będą w stanie ci zagrozić. O ile dochowasz mi wierności, cały świat będzie skłonny poddać się twojej władzy.
Słysząc te słowa, królewicz zawahał się. Choć odzyskał swe serce, nadal sądził, że Pani Nocy pragnie jego dobra i nie był już pewien, czy rzeczywiście chce ją zniszczyć. Najpierw postanowił ją jednak zapytać:
- Jakie zadanie chcesz mi powierzyć?
- Chcę, by za miesiąc do mojej kolekcji dołączyły serca króla i królowej.
Usłyszawszy, jakie ta czarownica ma plany wobec jego rodziców, królewicz nie mógł już dłużej hamować gniewu. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, dobył miecza i rzucił się na siedzącą na tronie kobietę. Ta dłonią zatrzymała ostrze, po czym odepchnęła od siebie napastnika i wydała z siebie głośny, przeciągły krzyk. Chwilę później w Sali zaroiło się od potworów.
Gdy to wszystko się działo, niewidzialna dziewczyna dotarła do miejsca, gdzie stał pomnik. Niestety nie było tam żadnych okien, które mogłaby otworzyć lub odsłonić. Gdy dziewczyna zastanawiała się, co robić, nagle przypomniała sobie gryfa ukrytego za jednymi z drzwi. Otworzyła je więc. Tym razem gryf nie spał – siedział na podłodze i znudzony wpatrywał się w ścianę. Dziewczyna zdjęła szarfę i zaczęła nią machać przed dziobem zwierzęcia. Gryf poruszył się i zaczął iść w jej stronę. Dziewczyna poczekała, aż przejdzie przez drzwi, po czym wskoczyła mu na grzbiet. Gryf zaczął się miotać na różne strony i szaleńczo machać skrzydłami, chcąc ją zrzucić. Chwile przed tym, jak chciał poderwać się do lotu, dziewczyna zsunęła się niepostrzeżenie. Wściekły gryf ruszył przed siebie i wybiegł z budynku przebijając po drodze dwie ściany. Teraz pozostało tylko czekać na wschód słońca.
Jak tylko pierwsze promienie poranka padły na pomnik, piętro wyżej Pani Nocy padła martwa, a wszyscy jej słudzy rozpierzchli się przerażeni. Zmęczony walką królewicz usiadł na tronie. Tam zastała go dziewczyna. Obydwoje poszli na górę, tam, gdzie przechowywano serca. Dziewczyna jeszcze raz obeszła dokładnie komnatę, uważnie przyglądając się wszystkiemu. Przez długi czas nie działo się nic nadzwyczajnego, dopiero gdy podeszła do półki w najdalszym kącie sali, jedno z serc roześmiało się radośnie. Dziewczyna wzięła je do ręki i bez trudu umieściła w swej piersi. Ogarnęło ją cudowne uczucie. Radość tak wielka jakiej dotąd nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, ulga, podobna do tej, którą odczuwa więzień po latach wychodzący na wolność i połączone z niedowierzaniem szczęście, jakby właśnie powróciła z krainy umarłych – wszystko to obudziło się nagle w jej wnętrzu i wypełniło jej ciało przywracając jej siły do życia. Dziewczyna natychmiast zbiegła na dół, by powiedzieć przyjacielowi o tym, co zaszło. Zastała go leżącego na ziemi, zwijającego się z bólu i pokrytego krwią. Gryf, którego wypuściła dziewczyna natknął się bowiem na niego i dotkliwie poranił. Ruda panienka, widząc tego, który tyle razy jej pomagał, w tak żałosnym stanie, natychmiast do niego podbiegła i mocno objęła. Jego pokryta łuską skóra była twarda i szorstka, lecz ona nie zwracała na to uwagi. Była przerażona myślą, że być może to ona przyczyniła się do tego, co spotkało jej kompana. Nawet nie zauważyła, jak po jej twarzy zaczęły spływać łzy. Ale wystarczyło, że jedna kropla skapnęła mu na twarz, by odczynić ciążącą na nim klątwę. Opadły łuski, paznokcie zaczęły znów przypominać ludzkie, oczy stały się niebieskie a włosy brązowe. W ramionach dziewczyny leżał teraz młody mężczyzna, patrzący na nią z uwielbieniem. Na jego ciele nie było żadnej blizny, ani rany. Gdy chwilę później zjawił się tam królewicz, zastał ich trzymających się za ręce i patrzących sobie w oczy tak jakby nigdy nie mieli przestać.
- Na mnie już czas. – powiedział książę – Muszę wrócić do domu i naprawić to, co zrobiłem. Nie będzie łatwo odnaleźć właścicieli wszystkich serc, ale nie wolno mi się poddawać.
- A twoi bracia? – spytała dziewczyna
- Nie chcę już z nimi walczyć. – padła odpowiedź – I nie będę dłużej żyć w strachu. Być może z czasem uda mi się ich do siebie przekonać. Czas pokaże jak to się skończy. Ja się już nie boję.
Jak powiedział tak zrobił. Szczęśliwie udało mu się zwrócić wszystkie serca prawowitym właścicielom i od tej pory czynił tylko dobro. Jednak trudno było mu wytrzymać w rodzinnym pałacu, a walka o władzę zbrzydła mu całkowicie. Po śmierci ojca opuścił więc królewską stolicę i przez resztę życia wiódł skromny żywot pustelnika.
A odczarowany rozbójnik i dziewczyna, która odzyskała swe serce wzięli się za ręce i razem powędrowali daleko poza granice królestwa, wierząc, że pewnego dnia odnajdą miejsce, gdzie będą mogli zapomnieć o tym, co było i już zawsze żyć razem w szczęściu i miłości.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz