niedziela, 9 kwietnia 2023

Królewicz i tancerka

Zdarzyło się to pewnego roku, który miał dwanaście miesięcy, pewnej wiosny, gdy śniegi stopniały, a ziemia znów zaczęła rodzić trawę i kwiaty, że gdy noc przeminęła wzeszło słońce, a jego promienie oświetliły przystrojone odświętnie ulice wielkiego miasta. Tego dnia miał tam przybyć z wizytą królewicz, młodzieniec znany ze swej urody, odwagi, dowcipu i dobroci. Z okazji jego przyjazdu miała odbyć się uroczysta biesiada, na którą zaproszono każdego, kto cokolwiek znaczył w mieście. W końcu oczekiwany gość przybył, a wtedy tłumy ludzi wybiegły mu na spotkanie. Królewicza poprowadzono do sali bankietowej, po czym rozpoczęła się uczta. A ponieważ wszystkim najbogatszym mieszkańcom miasta bardzo zależało na tym, by przypodobać się tak dostojnemu gościowi, nie tylko stół był suto zastawiony, ale i wszystkie znajdujące się tam przedmioty - od dywanów po sztućce - zdolne były olśnić każdego z przybyłych.

Kiedy wszyscy uczestnicy biesiady najedli się już do syta, do sali weszli muzykanci, a za nimi, zaledwie dotykając stopami ziemi, wbiegła grupa tancerek. Gdy tylko wybrzmiały pierwsze takty melodii, dziewczęta rozpoczęły swój występ. Wszystkie były piękne, zgrabne i poruszały się z wdziękiem, ale jedna z nich szczególnie się wyróżniała. Jej uroda i talent oczarowały wszystkich zebranych, choć wielu z nich widziało już w życiu całe mnóstwo bardzo zdolnych artystów. Sam królewicz był tak zachwycony jej tańcem, że gdy tylko występ się skończył, od razu do niej podbiegł, chcąc jej osobiście podziękować i wyrazić swój zachwyt. A dziewczyna słuchała go ze wzruszeniem, była bowiem zakochana w księciu od dnia, gdy po raz pierwszy ujrzała go podczas Letniego Święta, kiedy to w towarzystwie rodziców wyszedł na spotkanie poddanym.

Aż tu nagle ucichły muzyka i śmiechy, a wszystkich biesiadników przeszedł zimny dreszcz. Choć minęło dopiero południe, okienne szyby przestały wpuszczać do środka światło słońca, a w samej sali zrobiło się ciemno jak w grobie. Niektórzy goście tak się przelękli, że zapragnęli jak najszybciej opuścić to miejsce, jednak wszystkie drzwi stały się nagle tak ciężkie, iż nawet najsilniejszym nie udało się ich otworzyć, Na biesiadników padł blady strach. Jedni zaczęli się modlić, inni próbowali schować się pod stołami, a ci najodważniejsi dobyli mieczy, gotowi stanąć do walki z niewidzialnym wrogiem.

- Pokaż się! - wykrzyknęli. - Mów, kim jesteś i czego od nas chcesz! 

Odpowiedział im donośny, przeraźliwy śmiech, a po chwili każdy ze wzniesionych w górę mieczy rozpadł się na kawałki. Wtedy głos przemówił:

- Ja jestem ten, który przed wiekami władał tym miastem. Wasi przodkowie oddawali mi swą krew i swoje dzieci, bili mi pokłony i śpiewali hymny na moją cześć. Wypędzono mnie stąd, ale dziś wróciłem, by odebrać, co moje. Odejdę jeśli jeden z was z własnej woli pójdzie ze mną. Jeżeli nikt taki się nie znajdzie, zginiecie wszyscy. 

Usłyszawszy te słowa, zgromadzeni w sali ludzie skamienieli ze zgrozy. Wielu z nich słyszało o straszliwym demonie z Zachodu, który niegdyś był bożkiem tego miasta, nikt jednak nie spodziewał się, że ten kiedyś powróci. Przez chwilę wszyscy stali w bezruchu, nie wiedząc, co robić. Nikt nie miał odwagi odpowiedzieć na wyzwanie demona.

Wtem zebranych otoczyły sine płomienie. Przerażeni ludzie ścisnęli się pośrodku kręgu, ale niewiele to dało, gdyż pierścień coraz bardziej się wokół nich zaciskał i wyglądało na to, że za kilka minut wszyscy spłoną żywcem. Okrzyki zgrozy wyrwały się z wielu ust naraz. W końcu królewicz, nie mogąc już tego znieść, zawołał:

- Ja się zgadzam! Weź mnie!

Gdy tylko wymówił te słowa, otoczyła go ciemność. W tym samym momencie płomienie zgasły, a okna znów wpuściły do wnętrza światło. Chwilę potem drzwi same otworzyły się na oścież. Wtedy wszyscy zrozumieli, że są już bezpieczni i odetchnęli z ulgą. Ale królewicza już pomiędzy nimi nie było.

Gdy uczestnicy biesiady rozeszli się do domów, opowiedzieli bliskim o tym, co się wydarzyło, więc wkrótce całe miasto znało już tę historię. O przerażającym zakończeniu uczty mówiło się ze zgrozą, ale nie minęło wiele czasu, a mieszkańcy grodu wrócili do swoich zajęć, tak jakby nic się nie stało. Zdawało się też, że nikogo nie obchodzi, jaki los spotkał ich wybawcę, a jeśli nawet ktoś wspomniał o królewiczu, mówiło się o nim jak o umarłym.

Tylko śliczna tancerka nie traciła nadziei. Długo próbowała przekonać innych, by wspólnie wyruszyli księciu na ratunek, ale choć prosiła o pomoc w najbardziej wzruszających słowach, choć zarzucała im tchórzostwo i niewdzięczność, choć próbowała ich zawstydzić, rozgniewać albo rozbudzić w nich pragnienie dokonywania szlachetnych czynów nikt nie chciał jej słuchać. W końcu zrozumiała, że jeśli chce pomóc królewiczowi, będzie musiała zrobić to sama. Dziewczyna bez żalu odrzuciła więc swoje kolorowe suknie do tańca, włożyła solidne buty, skórzane spodnie, narzuciła na siebie podróżny płaszcz i czym prędzej wyruszyła w drogę. Szła wciąż na zachód, nie patrząc wstecz i nie zważając na niebezpieczeństwa. Gdy zatrzymywała się gdzieś na chwilę, by się zdrzemnąć, widziała w snach twarz królewicza wykrzywioną grymasem cierpienia i słyszała jego głos, który błagał ją o pomoc. Dziewczyna budziła się wtedy zlana potem i drżąca, po czym natychmiast zrywała się na równe nogi i ruszała w dalszą drogę. 

Zawodzenie wiatru, przywodzące na myśl ludzki płacz, skierowało ją do ciemnego, ale pięknego lasu. Dziewczyna nie zdawała sobie sprawy z tego, że wchodząc tam, przekroczyła granicę królestwa elfów, a te każdego nienależącego do ich rasy przybysza traktowały jak śmiertelnego wroga. Gdy zmęczona tancerka dotarła do pewnego strumienia, postanowiła odpocząć nad jego brzegiem i ugasić pragnienie. Jednak jego nurt był zaczarowany i gdy tylko włożyła do niego rękę, woda stała się czarna. Nie minęło wiele czasu, a wszystkie elfy już wiedziały, że w ich lesie jest człowiek. Natychmiast posłano kilku gwardzistów w pogoni za intruzem, który ośmielił się wkroczyć na ich ziemię. Na próżno dziewczyna starała się uciec - elfi strażnicy byli szybcy i zwinni, więc szybko udało im się ją schwytać i zawlec do pałacu ich króla. Wprowadzili ją na zamknięty, brukowany dziedziniec, gdzie spomiędzy kamieni wyrastały dziwne pnącza. Przypominały nieco pędy róż, nie miały jednak kwiatów ani liści i były czarne jak węgiel. Kiedy gwardziści pchnęli pojmaną dziewczynę na ziemię, osobliwe rośliny same się uniosły i splotły ponad jej głową, tworząc coś na podobieństwo klatki. Potem odeszli, głośno zatrzaskując za sobą wrota.

Dziewczyna przepłakała całą noc, trzęsła się też zarówno z zimna, jak i ze strachu. Kilka razy próbowała rozerwać więżące ją pędy, ale te stały się twarde i mocne jak stal, a kolce boleśnie kaleczyły jej dłonie. W końcu dziewczyna poddała się i  usiadła na kamiennej posadzce oczekując świtu. 

Rankiem elfi gwardziści znów zjawili się przed cierniową klatką, a gdy  jeden z nich dotknął jej prętów, pnącza na powrót opadły na ziemię. Elfy dały dziewczynie znak, by z nimi poszła i zaprowadziły ją przed oblicze ich króla. Ten siedział na tronie, w otoczeniu dworu i służby, a wszyscy patrzyli na pojmaną intruzkę  nieżyczliwie i z pogardą. 

Król elfów zapytał:

- Kim jesteś i skąd się wzięłaś w moim królestwie?

- Jestem tancerką z królestwa na Wschodzie. Trafiłam tu przez przypadek - prowadziły mnie kręte ścieżki, zwiódł mnie zawodzący wiatr, zdradził mnie zaklęty strumień.

- Czy wiesz, ludzka istoto, że żadnemu człowiekowi nie wolno postawić stopy na ziemi elfów? - zapytał król - Tych z was, którzy złamią to prawo karzemy surowo - najpierw dusimy jedwabnym sznurem, a potem grzebiemy pod posadzką, tak, byśmy mogli po nich deptać za każdym razem, gdy będziemy chodzić po korytarzach tego zamku. Jestem jednak litościwy, więc dam ci szansę na ocalenie życia. Jeśli możesz, podaj mi jeden dobry powód, dla którego nie powinienem cię zabijać - zobaczymy, czy uda ci się mnie przekonać.

Dziewczyna drżącym głosem opowiedziała o porwaniu królewicza i wyznała, że wyruszyła w podróż tylko po to, by go odnaleźć i uratować. Król elfów słuchał jej z zaciekawieniem, a gdy skończyła, jego twarz przybrała wyraz zdumienia i rozbawienia.

- Ty? Ty chcesz walczyć z demonem? - zapytał drwiącym tonem. 

- Nikt inny nie chciał - odpowiedziała dziewczyna z prostotą.

Król elfów milczał, a wszyscy zgromadzeni w napięciu wpatrywali się w niego, czekając, aż w końcu przemówi.

- Daruję ci życie - powiedział po chwili - ale w zamian musisz tu pozostać jeszcze przez jedną noc. Dziś wieczór w moim pałacu odbędzie się uroczystość na moją cześć - będziesz tańczyć dla mnie do świtu, a wtedy wszystko zostanie ci przebaczone.

Te słowa przeraziły tancerkę bardziej niż wcześniejsze groźby, słyszała bowiem nie raz, że kto spędzi noc tańcząc w towarzystwie elfów, ten na zawsze już pozostanie ich niewolnikiem. Dziewczyna spojrzała królowi w oczy.

- Nie zatańczę dla ciebie - powiedziała. - Przyrzekłam, że nie zatańczę dla nikogo, dopóki królewicz nie będzie bezpieczny.

- Nawet jeśli od tego zależy twoje życie?

- Moje życie nic nie znaczy, jeśli nie mogę mu pomóc - odpowiedziała śmiało dziewczyna.

Król elfów przez chwilę milczał osłupiały, po czym wybuchnął śmiechem, a cały dwór od razu się do niego przyłączył.

- Skoro sama szukasz śmierci, to wszystko jedno gdzie ją znajdziesz. Idź swoją drogą - trop swojego księcia, błądź po bezdrożach, próbuj unikać klątw i złych czarów, a kiedy staniesz już twarzą w twarz z demonem, zadawaj mu ciosy swoimi delikatnymi rączkami, a on z pewnością nagrodzi cię za to dużo lepiej niż ja - powiedział król elfów, po czym kazał swojej gwardii wyprowadzić ją poza jego ziemie.

Elfy zawiodły dziewczynę do granic swojego królestwa, a potem zostawiły ją samą. Tancerka znów ruszyła na zachód i szła przed siebie przez wiele godzin, aż w końcu zapadł zmrok. Wtedy w oddali dostrzegła światło, a gdy podeszła bliżej, zorientowała się, że pochodzi ono z okien małego domku stojącego na skraju lasu. 

Dziewczyna zapukała do drzwi chaty. Otworzyła jej stara, chuda kobieta o żylastych dłoniach i ostrych zębach.

- Czego chcesz? - spytała.

- Jestem w podróży i nie mam gdzie się zatrzymać. Czy mogłabym spędzić tu noc?

Gospodyni zmarszczyła czoło i odpowiedziała jej tak:

- Najpierw muszę zapytać o zdanie moje siostry. Wejdź, żebym mogła cię im przedstawić.

Tancerka weszła więc do sieni, a gospodyni zaprowadziła ją do izby gdzie przy palenisku siedziały dwie równie stare i brzydkie kobiety.

- Ta młoda panienka chciałaby się u nas zatrzymać. Jak myślicie, mogłaby zostać tu na noc? 

Dwie siostry gospodyni uważnie przyjrzały się swojemu gościowi.

- Nie ma nic za darmo - powiedziała w końcu jedna z nich - Jeśli chcesz tu przenocować, musisz w zamian zrobić coś dla nas.

- A w czym mogłabym pomóc? - zapytała dziewczyna.

- W izdebce na piętrze jest małe dziecko, które ciągle płacze - powiedziała druga siostra - Już nie możemy dać sobie z nim rady. Zajmij się nim i spróbuj je uśpić, a pozwolimy ci tu zostać.

Dziewczyna zgodziła się, a wtedy kobieta, która zaprosiła ją do środka, zaprowadziła ją do izdebki na piętrze, po czym wyszła zamknąwszy za sobą drzwi. Nie było tam żadnej kołyski, tylko łóżko i stolik, na którym leżał koszyk z niemowlęciem w środku. Była to dziewczynka, śliczna jak kwiat lilii i zupełnie niepodobna do żadnej z trzech gospodyń. Z początku dziecko zanosiło się płaczem, ale ucichło, gdy tylko dziewczyna wzięła je na ręce i zaczęła mu cicho śpiewać. Ukołysała maleństwo do snu, a kiedy niemowlę zasnęło, dziewczyna ostrożnie odłożyła je do koszyka, po czym chciała wrócić na dół. Już miała zejść po schodach, gdy kątem oka dostrzegła, że na dole trwa jakaś krzątanina. Trzy siostry, które przedtem siedziały bezczynnie, teraz nagle zabrały się do jakiejś osobliwej pracy: jedna z nich gotowała wodę w kotle, druga ostrzyła noże, a trzecia grzebała w stojącej pod ścianą skrzyni wyciągając z niej łańcuchy, nożyce i rozmaite dziwne przyrządy. Młodej tancerce coś się w tym wszystkim nie podobało, dlatego skryła się w cieniu i spróbowała podsłuchać ich rozmowę.

- Nareszcie spokój - powiedziała pierwsza. - Już myślałam, że ta mała nimfa nigdy nie przestanie zawodzić.

- Dziewczyna zjawiła się w samą porę - odrzekła druga. - Gdybyśmy zwlekały jeszcze trochę z ugotowaniem dzieciaka, starsze nimfy mogłyby tu trafić i go odzyskać, a wtedy kto wie, ile musiałybyśmy czekać na kolejną okazję, by odzyskać młodość.

- A ta ślicznotka też nam się przyda - dodała trzecia. - Jedna z nas mogłaby wziąć sobie jej oczy, druga włosy, a trzecia wargi. Wtedy każda nie tylko odmłodnieje, ale i stanie się trochę piękniejsza.

Wtedy pozostałe wiedźmy porzuciły swoje zajęcia, a po chwili wszystkie trzy zaczęły sprzeczać się o to, której z nich co się należy.

Gdy dziewczyna zrozumiała, jak wielkie niebezpieczeństwo grozi jej i dziecku, po cichu wycofała się do izdebki. Potem zdjęła pościel z łóżka, zrobiła z niej linę i najpierw spuściła przez okno koszyk z niemowlęciem w środku, a potem sama zeszła na dół. Następnie wzięła maleństwo na ręce i zaczęła pędzić przed siebie. W pewnym momencie spojrzała w tył i zobaczyła, że wiedźmy już ruszyły za nią w pościg. Wtedy jeszcze mocniej przycisnęła niemowlę do piersi i zaczęła biec jeszcze szybciej, głośno wzywając pomocy. W końcu jej krzyk usłyszały leśne nimfy, a gdy podbiegły zobaczyć, co się dzieje, jedna z nich rozpoznała w niemowlęciu porwaną ubiegłej nocy córeczkę swojej przyjaciółki. Wtedy wszystkie osłoniły młodą tancerkę i dziecko, które niosła na rękach, a kiedy wiedźmy były już blisko, przemieniły je w ropuchy. Potem zaprowadziły dziewczynę do swojej siedziby w kniei, gdzie czekała zrozpaczona matka, a gdy dziewczyna zwróciła jej córeczkę i opowiedziała, jak ją znalazła, ta uściskała ją i dziękowała jej ze łzami w oczach. Także i inne nimfy okazały tancerce wiele serdeczności: nakarmiły ją najsłodszymi owocami, ułożyły do snu obok siebie, nazwały ją przyjaciółką i siostrą, a nawet zaczęły ją namawiać, by zamieszkała z nimi na stałe.

- Jestem wam bardzo wdzięczna za gościnę - odpowiedziała im na to - ale nie mogę tu zostać. Muszę iść dalej na zachód.

I opowiedziała nimfom o królewiczu, dla którego naraziła się na te wszystkie niebezpieczeństwa. Gdy usłyszały, co planuje, zaczęły ją błagać, by porzuciła swój plan i opisywać jej, do czego zdolne są demony, zwłaszcza, gdy ktoś stanie im na drodze. Ona jednak wciąż twierdziła, że tym bardziej nie może pozwolić, by królewicz pozostawał w mocy kogoś takiego.

Widząc, że dziewczyna jest uparta, matka ocalonego dziecka zawiesiła na jej szyi mały woreczek na sznurku i powiedziała:

- Skoro naprawdę chcesz tam iść, weź ze sobą ten amulet. Dopóki będziesz go nosić przy sobie, żaden demon nie będzie w stanie cię uśmiercić. Pamiętaj jednak, że te istoty są mądre i przebiegłe. Twój nieprzyjaciel nie może widzieć, że nosisz amulet, bo jeśli się tego domyśli, zrobi wszystko, by cię go pozbawić lub zechce pozbyć się ciebie cudzymi rękami. 

Tancerka podziękowała nimfom za gościnę i podarek, a także przyrzekła stosować się do ich rad. Te odprowadziły ją na skraj lasu, a potem serdecznie ją pożegnały i obsypały błogosławieństwami. Dziewczyna jeszcze raz podziękowała im za wszystko, po czym ruszyła w drogę.

Szła tak przez jakiś czas przed siebie, aż w końcu znalazła się na rozległej równinie. W oddali dostrzegła wysoką górę i postanowiła udać się w jej stronę. Gdy podeszła bliżej, odkryła, że u jej stóp znajduje się wioska. Dziewczyna chciała tam wejść i poprosić o jakieś wskazówki, osada wyglądała jednak na opuszczoną od dawna. Poza tym mnóstwo okien było powybijanych, drzwi powyrywanych z zawiasów, a płotów połamanych. Tancerka jeszcze chwilę się rozglądała, ale nigdzie nie było widać śladu życia - nawet myszy ani ptaków. Już miała opuścić to miejsce, gdy dostrzegła studnię i pomyślała, że dobrze byłoby się umyć i zaspokoić pragnienie. Nabrała więc wody, po czym zdjęła buty i oparła jedną nogę o zrąb. Nagle z wnętrza studni wysunął się jadowity wąż i ukąsił ją w kostkę. Dziewczyna zawyła z bólu i padła zemdlona na ziemię.

Gdy znów otworzyła oczy, spostrzegła, że leży na posłaniu z wrzosów w jakiejś chacie. Noga, w którą ukąsił ją wąż, była teraz owinięta czystym kawałkiem płótna, spod którego wydobywał się przyjemny zapach ziół. Na krześle stojącym obok łóżka siedział stary mężczyzna z siwymi włosami i brodą. Kiedy dostrzegł, że dziewczyna już się ocknęła, podszedł do niej i przycupnął obok jej posłania.

- Nie bój się. Jestem zielarzem i od dawna mieszkam tu sam. Znalazłem cię zemdloną przy studni i przyniosłem tutaj, a ponieważ nie raz już widziałem ukąszenia takich węży, dobrze wiedziałem, jak pozbyć się jadu.

Potem zmienił jej opatrunek i powiedział:

- To przeklęte miejsce. Po co tu przychodziłaś? Sama widzisz, że nikt, kto postawi tu stopę, nie uniknie złego losu.

- Szukałam ukochanego. 

- Tu go nie znajdziesz. Wieki temu pewien demon sprawił, że mieszkańcy wioski zwrócili się przeciwko sobie i wymordowali się nawzajem. Od tego czasu osada stoi opuszczona i od wielu lat nikt oprócz mnie tu nie zagląda.

Usłyszawszy te słowa, dziewczyna niemal podskoczyła na łóżku. 

- Wiesz, co się potem z nim stało?

- Odszedł, gdy już dokończył dzieła - odrzekł zielarz - Kilka razy jednak tu wrócił - za każdym razem przynosił ze sobą jakiegoś nieszczęśnika, a potem znikał wraz z nim wewnątrz pobliskiej góry. Całkiem niedawno znowu się tu pojawił, więc na twoim miejscu oddaliłbym się stąd jak najszybciej.

- To właśnie demon porwał królewicza! Jeśli ktoś znalazł się wewnątrz góry, to na pewno on! - zawołała dziewczyna.

- Czy to dobry człowiek?

- O, tak! Jest troskliwy i szlachetny. Nie wahał się poświęcić dla ratowania ludzi zgromadzonych na uczcie, choć ci wcale nie troszczyli się o jego los. 

- Więc demon nie uśmierci go, ale i nie odda. Żal mi go, jednak nie odważyłbym się iść po niego, choć jestem stary i niewiele mam już życia przed sobą. Jak miałbym więc pozwolić, byś ty, tak młoda i pełna sił, szła na spotkanie kogoś, kto gotów jest zgotować ci los gorszy od śmierci?

Dziewczyna wciąż nie miała zamiaru się poddać, nie spierała się jednak ze starcem i powiedziała tylko:

- Opowiedz mi o tym demonie.

- Nazywają go Katem Cnotliwych, bo nic nie cieszy go tak, jak sprawianie, by dobrzy ludzie cierpieli za swoją szlachetność. Wabi ich do siebie lub uprowadza, zastawia na nich pułapki, poddaje ich próbom, a jeśli już kogoś sobie upatrzy, będzie go dręczył i poddawał mękom, nie pozwoli mu jednak umrzeć, dopóki nie znajdzie sobie nowej ofiary. 

- Ale sam mówiłeś, że demon nie zawsze jest w pobliżu góry. Jeśli teraz go tam nie ma, mogę spróbować uwolnić królewicza. Proszę, powiedz mi, jak go odnaleźć! Nie mogę zawrócić - jak mogę żyć, wiedząc, że on cierpi?

- Nawet teraz czary złego ducha mają władzę nad tym miejscem - odparł zielarz. - Nie musi być w pobliżu, by wiedzieć, co się tu dzieje, a nawet jeśli odwróci wzrok, sama wędrówka może sprawić, że stracisz rozum lub życie. Nie, nie proś mnie, bym cię tam posyłał!

Młoda tancerka jednak tak długo prosiła i nalegała, że w końcu zielarz zgodził się jej pomóc.

- Jeśli chcesz iść do królewicza, powinnaś wyruszyć o wschodzie słońca, gdyż wtedy złe moce są najsłabsze. Na szczyt góry prowadzi prosta i równa ścieżka, więc dotrzesz tam bez problemu. Wejście do groty jest dobrze ukryte i łatwo je przeoczyć. Szukaj skały, przy której rośnie ciernisty krzew. Uderz w nią sześć razy pięścią, a otworzy się przed tobą. Ale zanim wejdziesz, musisz odłamać gałązkę ciernistego krzaka i zabrać ją ze sobą.

- Ale po co? - spytała zdumiona dziewczyna.

- Przyda ci się, jak już znajdziesz królewicza. Ale najpierw musisz przejść skalny korytarz. Nieważne, co zobaczysz lub usłyszysz, masz wciąż iść prosto przed siebie. Jeśli skręcisz w któryś z bocznych korytarzy lub chociaż spojrzysz w ich stronę, będziesz zmuszona błąkać się po nieskończonym labiryncie aż twoje nogi nie będą już się mogły poruszać, a królewicz przepadnie na zawsze. Jeśli jednak uda ci się nie ulec pokusie, dotrzesz do kamiennej sali. Na samym jej środku zobaczysz skalny postument, a na nim będzie leżał uśpiony królewicz. Choćbyś nie wiem, jak bardzo starała się go zbudzić, ani nie usłyszy twojego wołania, ani nie poczuje, że nim potrząsasz. Ale właśnie wtedy przyda ci się cierniowa gałązka. Za jej pomocą musisz sprawić, by i z twojej, i z jego dłoni popłynęła krew. Gdy złączysz wasze rany, królewicz ocknie się ze snu i będzie wolny.

Uradowana tancerka podziękowała zielarzowi za pomoc i następnego dnia, skoro tylko wzeszło słońce, wyruszyła w drogę. Tak jej było spieszno, iż ani przez chwilę nie pomyślała o tym, że zanim dotrze na szczyt góry, świt już dawno minie. A powinna była, gdyż ów demon, przed którym chciała ocalić królewicza, najpierw przemienił się w węża, a potem przybrał postać zielarza.

Po krótkiej wędrówce dziewczyna dotarła do podnóża góry. Bez trudu odnalazła ścieżkę i nie minęło wiele czasu, a znalazła się w miejscu, gdzie pod skałą rósł cierniowy krzak. Tancerka sześć razy uderzyła pięścią w kamienną ścianę, a ta otworzyła się przed nią, ukazując wejście do groty. Dziewczyna weszła do ciemnego korytarza i zaczęła iść przed siebie. Raz po raz jakieś światełko pojawiało się gdzieś z boku, raz po raz jakiś głosik odzywał się w ciemności. Im dalej szła w głąb jaskini, tym jaśniejsze stawały się zwodnicze błyski i tym głośniej niewidzialne istoty nawoływały dziewczynę. Niektóre szydziły z niej, inne próbowały wystraszyć, jeszcze inne wabiły do siebie słodkimi słówkami. Śmiechy, szlochy, krzyki, prośby, groźby, skargi i zaklęcia przeplatały się ze sobą i były coraz trudniejsze do zniesienia, a smugi światła stawały się podobne do oślepiających błyskawic.

Ale dzielna dziewczyna nie dała się zwieść. Zaciskała powieki, zatykała uszy palcami i, choć coraz trudniej było jej iść na oślep, wciąż wytrwale posuwała się naprzód. W końcu dotarła do sali, o której mówił zielarz. Tak jak ją uprzedził, w samym środku był kamienny postument, a na nim spoczywał królewicz. Dziewczyna podbiegła do niego, a kiedy uklękła przy katafalku i spojrzała uśpionemu młodzieńcowi w twarz, przeraziła się, widząc jak bardzo jest blady i jak słaby stał się jego oddech. Zdawało jej się, że ukochany za chwilę wyzionie ducha, dlatego zdjęła amulet nimf, zawiesiła mu go na szyi i ukryła pod koszulą. Następnie ukłuła się cierniem w dłoń, a potem wbiła go w dłoń królewicza, mocno ją chwyciła i przycisnęła do serca. Gdy zmieszana krew obojga spadła na ziemię, młodzieniec otworzył oczy. Dostrzegł klęczącą przed nim dziewczynę i rozpoznał w niej tę tancerkę, która tak go oczarowała podczas uczty.

- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał. Dziewczyna, płacząc z wielkiego szczęścia i drżąc ze wzruszenia, opowiedziała mu całą swoją historię. Królewicz słuchał jej ze zdumieniem i podziwem, a im dłużej mówiła, tym bardziej był pewien, że na całym świecie nie może istnieć nikt, kto kochałby go tak jak ona. Jego serce biło mocniej z każdym wypowiedzianym przez dziewczynę słowem, a kiedy skończyła mówić, miał wrażenie, że całe życie był ślepy i dopiero teraz otworzyły mu się oczy. Nie potrafił znaleźć słów, by opisać co czuje, więc po prostu ją pocałował.

Nagle jednak dziewczyna strasznie zbladła i poczuła jak lodowaty szpon wbija jej się w serce. Potem osunęła się na ziemię bez przytomności. Królewicz na próżno usiłował ją ocucić - dziewczyna była równie mocno uśpiona, jak on sam jeszcze chwilę temu. Wtedy wszystkie głosy, które dręczyły tancerkę, gdy szła skalnym korytarzem naraz wybuchnęły donośnym, okrutnym śmiechem, a dwoje nieszczęśników otoczył czarny jak smoła dym. Królewicz zrozumiał, że obydwoje znów padli ofiarą swego wroga.

- Co jej zrobiłeś?!

- Powiedziałem jej, że będziesz wolny, gdy zmiesza waszą krew, a kiedy to uczyniła, twoja klątwa przeszła na nią. Nie mogła żyć, wiedząc, że cierpisz, więc zajęła twoje miejsce.

Królewicz zadrżał i gorące łzy napłynęły mu do oczu. Demon mówił dalej: 

- Od dawna cię obserwowałem: zaglądałem w twoje serce i badałem twoją duszę. Wiedziałem, że nie pozwolisz mi skrzywdzić życzliwych ci ludzi, a ty sprawiłeś mi wielką radość oddając się w moje ręce. Ale to wciąż było za mało - chciałem się przekonać, czy wśród wielbiących cię tłumów jest choć jedna osoba, która kocha cię szczerze i prawdziwie. I znalazłem ją, a raczej to ona znalazła mnie. Będę teraz karmił się jej miłością i patrzył jak jej serce krwawi i kruszy się w moich rękach jak cienkie szkło. A co zraniłoby ją bardziej niż strata ukochanego?

Wtedy otaczający królewicza dym przybrał postać dwóch ogromnych dłoni. Próbowały one pochwycić młodzieńca, by następnie unieść go i uderzyć nim o skałę, łamiąc mu wszystkie kości, ale z jakiegoś dziwnego powodu nawet czubek potwornego palca nie był w stanie go dotknąć. Tak wielka była moc amuletu, który tancerka zawiesiła na szyi ukochanego. Królewicz zauważył to i, korzystając ze sposobnej chwili, wziął dziewczynę na ręce, wybiegł wraz z nią z jaskini, a następnie pognał na przełaj. Pędził przed siebie na oślep, gnany rozpaczą, czując, że nie ma szans na to, by ukryć się przed nieprzyjacielem. 

Jednak widocznie kierowała nim jakaś dobroczynna siła, gdyż udało mu się dotrzeć do ukrytego w kniei uroczyska. Chwilę po tym, jak przekroczył jego granicę, dziewczyna otworzyła oczy i odzyskała siły. Wtedy obydwoje odetchnęli z ulgą i podziękowali bogom za ocalenie. Ich radość szybko się jednak rozwiała, gdyż zrozumieli, iż są bezpieczni tylko wewnątrz uroczyska, a gdy je opuszczą, znów znajdą się w mocy demona. Długo siedzieli na murawie, rozmyślając i rozprawiając o tym, co powinni zrobić. W końcu królewicz powiedział:

- Jeśli ty stąd wyjdziesz, staniesz się bezbronna i pogrążysz się w koszmarnym śnie, mnie to jednak nie grozi. Zaczekaj tu na mnie, a ja pójdę w świat szukać sposobu, by cię ocalić.

Ten pomysł przeraził dziewczynę. Zaczęła prosić królewicza, by nie szedł sam i nie narażał się bez potrzeby. Ten jednak przekonywał ją, że nie ma innego wyjścia.

- Mam więc tu siedzieć jak w więzieniu, nie wiedząc, czy żyjesz, czy umarłeś? - zapytała.

Królewicz zdjął wtedy z palca pierścień i dał go dziewczynie.

- Weź go - powiedział - Ten pierścień wykuto ze złota zmieszanego z moją krwią, dlatego mnie zna i wie, kiedy jestem w niebezpieczeństwie. Kiedy będziesz chciała wiedzieć, co się ze mną dzieje, spójrz w kamień: jeśli zacznie świecić, będzie to oznaczało, iż mi się powiodło i jesteśmy już bezpieczni, a jeżeli pęknie, będziesz wiedziała, że zginąłem. 

Tancerka nie protestowała już, wyjaśniła tylko królewiczowi, jakie właściwości ma amulet, który zawiesiła mu na szyi i dodatkowo przypięła mu do koszuli gałązkę rozmarynu. Potem uściskała go i ucałowała po raz ostatni, a on przekroczył granice uroczyska i ruszył w nieznane.

Szedł już długo przez las, gdy nagle dostrzegł biegnącą w jego stronę młodą kobietę w zielonej sukience o długich, miedzianorudych włosach. W pewnym momencie upadła, a wtedy królewicz dostrzegł strzałę wbitą w jej łydkę.

- Kto ci to zrobił? - zapytał ją.

- Myśliwi - odpowiedziała. - Nie dam rady dalej uciekać. Lepiej odejdź, bo jak zobaczą nas razem, zabiją i ciebie.

Królewicz nie posłuchał tej rady, tylko wziął kobietę na ręce i ukrył w zaroślach. Chwilę później na polanie pojawiło się kilku jeźdźców uzbrojonych w łuki, którzy spytali go, czy nie widział uciekinierki, a on wskazał im drogę, którą właśnie przyszedł. Gdy odjechali, królewicz wyciągnął kobietę z ukrycia i przewiązał jej ranę kawałkiem płótna oderwanym od własnej koszuli.

- Czy w tych stronach często się zdarza, że myśliwi polują na ludzi? - zapytał ją.

Kobieta pokręciła głową.

- Tu chodzi o mojego męża - wyjaśniła. - Jest pokrytym łuską jaszczurem, który żyje na bagnach niedaleko stąd. Nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy, ale i tak wszyscy traktują go jak potwora, a gdy go pokochałam i zapragnęłam z nim zamieszkać, ludzie z okolicy uznali, że nie należę już do ich grona i powinno się mnie ścigać jak dzikie zwierzę.

Królewicz znów wziął kobietę na ręce i poprosił, by wyjaśniła mu, jak trafić do jej domu. Jej wskazówki zaprowadziły go nad mokradło, gdzie w samym środku stała chata z trzciny. Wtedy młodzieniec położył ranną kobietę na ziemi i zaczął się zastanawiać, jak mógłby przeprawić się przez bagno. Wtedy jego rudowłosa towarzyszka roześmiała się i zawołała:

- Najdroższy, to ja, twoja żona! Pomóż mi wejść do domu!

Wtedy z wody wynurzył się stwór podobny do człowieka, ale o żółtych oczach i cały pokryty krokodylą łuską. Jaszczur wziął swoją żonę na ręce i przeniósł przez bagno, a potem na jej prośbę wrócił po królewicza. Zaniósł go do trzcinowej chaty, a tam małżonkowie gościnnie go przyjęli, dzieląc się z nim wszystkim, co mieli. Królewicz szybko nabrał do nich zaufania i w końcu wyznał im, co skłoniło go do wyruszenia w podróż. Jaszczur, usłyszawszy historię młodzieńca, zamyślił się głęboko.

- Jest jedno miejsce, gdzie być może uda ci się znaleźć pomoc - powiedział w końcu gad - Nazywają je Lustrzaną Twierdzą - to wielka kopuła pokryta zwierciadłami, gdzie różne dziwne, groźne, ale i bardzo mądre istoty spotykają się co jakiś czas, a wtedy dzielą się swoją wiedzą i wspomnieniami. Jutro znów się tam zjawią. Gdybyś zapukał do ich drzwi, nie wpuściliby cię, ale mógłbym pomóc ci dostać się do wnętrza twierdzy przez jedno z okien.

Królewicz bardzo się ucieszył i poprosił jaszczura, by zabrał go do Lustrzanej Twierdzy. Wtedy jednak i on, i jego żona zaczęli go ostrzegać, mówiąc, że w tym miejscu nie spotka przyjaciół, lecz niebezpiecznych, nienawidzących ludzi wrogów.

- Bądź ostrożny. Nie zdradzaj nikomu, kim jesteś i czego chcesz, dopóki nie będziesz pewien, że nie zrobią ci krzywdy. Najlepiej będzie, jeśli skłonisz ich, by złożyli przysięgę na wszystkich bogów wymawiając ich imiona, bo nawet oni nie ośmielą się jej złamać - pouczyła królewicza żona jaszczura. 

- Nawet wtedy nie będą chcieli ci pomóc. Będą próbowali cię przestraszyć, omamić albo przekupić - dodał jej mąż - Jeśli naprawdę zależy ci na tej dziewczynie, nie zgadzaj się na nic, co ci zaproponują i nie daj się przegnać, dopóki nie znajdziesz sposobu na pokonanie demona.

- Miej oczy otwarte i nie ufaj nikomu. Twój wróg pewnie tylko czeka na odpowiedni moment, by zaatakować - siłą, podstępem lub czarami. Wiesz już, do czego zdolne są demony, a teraz, gdy rozgniewałeś jednego z nich, musisz być podwójnie ostrożny - dorzuciła kobieta.

- Czy chcesz i potrafisz przezwyciężyć te wszystkie trudności? - spytał na koniec jaszczur.

- Chcę i potrafię - odpowiedział królewicz bez chwili wahania. 

- Więc zabiorę cię tam o świcie.

Jeszcze przed wschodem słońca dwaj nieproszeni goście stanęli u stóp Lustrzanej Twierdzy. Kiedy jego promienie zalśniły na nieboskłonie, jaszczur z królewiczem na plecach wdrapywał się już po lustrzanej ścianie, wbijając pazury w jej szklaną taflę. Po długiej wspinaczce dotarł w końcu do uchylonego okna, a wtedy pomógł towarzyszowi wejść przez nie do środka i czym prędzej się oddalił. Królewicz od razu dostrzegł sporą skrzynię stojącą w kącie i prędko się w niej ukrył.

Chwilę później drzwi do sali otwarły się szeroko i zaczęli schodzić się osobliwi goście. Kogo tam nie było! Przybyły i potężne ettiny o czerwonej skórze, i łyse, garbate gnomy, i ludzie nietoperze z błoniastymi skrzydłami, i zielonowłosi przybysze z Podmorskiego Królestwa, i pokryte łuską jaszczury podobne do tego, który zaprowadził tu królewicza, i blade wampiry obwieszone biżuterią z księżycowych kamieni, a nawet zjawił się jeden skrzydlaty wąż, tak wielki, że co chwila uderzał głową o sufit. Na sam koniec zjawił się król elfów ze swoją świtą. Wszyscy zgromadzeni zasiedli przy wielkim, okrągłym stole i zaczęli rozmowę. Opowiadali o swoich przygodach, powtarzali zasłyszane plotki, dzielili się pradawną wiedzą i chwalili się tym, co udało im się odkryć lub wynaleźć. W pewnym momencie jeden z wampirów zwrócił się do króla elfów:

- Dziwne plotki krążą ostatnio na twój temat. Mówią, że jakiś człowiek wtargnął do twojego królestwa, a ty puściłeś go wolno. Czyżbyś nagle polubił ludzkie istoty? A może wielki król elfów zaczął się ich obawiać?

 - Tak, była u mnie pewna dziewczyna - odrzekł na to król elfów. - Twierdziła, że szuka jakiegoś księcia i postanowiła stawić czoła demonowi. Sama, pieszo i bez broni! Wyobraźcie sobie tylko - słaba, bezbronna dziewczyna, która tak bardzo chce walczyć z kimś, dla kogo znaczy mniej od mrówki! Uznałem, że szkoda byłoby pozbawić świat tak pociesznego stworzenia, zanim uda jej się dotrzeć do celu i w bolesny sposób zrozumieć, jak była niemądra, dlatego puściłem ją wolno.

- Głupio zrobiłeś - odrzekła jedna z zielonowłosych dam - Skąd możesz wiedzieć, że dziewczyna nie kłamała? A nawet jeśli mówiła prawdę, to jak mógłbyś się przekonać, czy nie rozmyśliła się po drodze albo czy coś innego jej nie zatrzymało? 

- A gdyby nawet jej losy potoczyły się tak, jak zakładałeś, co ci z tego przyjdzie, skoro nie możesz na to patrzeć, ani nawet nie dotrą do ciebie żadne wieści? - dodał skrzydlaty wąż.

Król elfów zawsze szczycił się swoją przebiegłością, zatem sugestia, że ktoś mógł go oszukać, bardzo go zabolała. Ukryty w skrzyni królewicz zauważył to i uznał, że właśnie w tym momencie dobrze będzie się wtrącić.

- Tancerka nie kłamała - powiedział głośno. - I jest tu ktoś, kto wie, co się z nią stało.   

Wszyscy rozejrzeli się wokół, szukając osoby, która do nich przemówiła. W końcu król elfów powiedział:

- Jeśli tu jest, niech się nam pokaże!

- Pokaże się dopiero wtedy, gdy zarówno ty, jak i wszyscy w tej sali przyrzekną na wszystkich bogów, że nie zrobią mu krzywdy i spełnią każdą jego prośbę - odpowiedział królewicz.

Niektórzy ociągali się ze złożeniem ślubowania, ale w końcu królowi elfów udało się przekonać do tego wszystkich, a on sam dodatkowo przysiągł na swą własną koronę. Wtedy królewicz wyszedł ze skrzyni i opowiedział wszystkim zgromadzonym swoją historię. Kiedy skończył, poprosił o pomoc w uwolnieniu ukochanej spod władzy demona. Zgromadzeni chwilę naradzali się między sobą, aż w końcu jeden z gnomów podszedł do młodzieńca i kazał mu iść za sobą. Zaprowadził go wąskimi schodami na piętro, a wtedy drzwi do jednej z komnat same się przed nimi otwarły. 

Czekała tam na nich kobieta niezwykłej urody. Miała na sobie jedwabną suknię, a w jej włosy wplecione były sznury pereł. Na widok królewicza uśmiechnęła się zalotnie i zatrzepotała rzęsami, ale nic nie powiedziała.

- Czy to jest twoja ukochana? - zapytał gnom.

- Nie, to nie ona - odpowiedział królewicz.

Wtedy otworzyły się kolejne drzwi. Gdy weszli do środka, królewicz zobaczył, że w komnacie jest inna kobieta, jeszcze piękniejsza od poprzedniej. Ubrana była w przetykaną złotem suknię z długim trenem, a na głowie miała diadem.

- Czy to jest twoja ukochana? - zapytał gnom.

- Nie, to nie ona - odpowiedział królewicz, a wtedy gnom zaprowadził go do trzeciej komnaty. Za kolejnymi drzwiami czekała kobieta, której strój aż lśnił od klejnotów, a była tak cudownie piękna, że nie można było spojrzeć jej w twarz nie roniąc łez. Królewicz przez chwilę wpatrywał się w nią w niemym podziwie, zastanawiając się, jak tak zachwycająca istota mogła znaleźć się na ziemi. Ale gdy gnom zadał mu swoje pytanie po raz trzeci, odwrócił wzrok i powiedział:

- Nie, to nie ona.

Wtedy gnom z niezadowoloną miną otworzył kolejne drzwi. Za nimi znajdowała się przestronna sala pełna półek z książkami. Naprzeciwko drzwi był rzeźbiony kominek, na którym płonął błękitny ogień, a nad nim wisiał na ścianie piękny miecz ze złotą rękojeścią wysadzaną klejnotami.

- Tu jest zgromadzona cała wiedza świata: ludzka i nieludzka. Wszystko jest do twojej dyspozycji - jeśli nie znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, nie znajdziesz jej nigdzie - powiedział i zaraz potem wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. 

Królewicz natychmiast zaczął przeszukiwać bibliotekę w poszukiwaniu księgi, która mogłaby mu pomóc. W końcu wybrał jedną z nich i podszedł do kominka, by ją przeczytać. Nagle usłyszał czyjeś kroki, a gdy podniósł wzrok, ujrzał swoją ukochaną wynurzającą się zza jednego z regałów. Miała na sobie śliczną sukienkę do tańca, jej włosy były misternie upięte, a na jej twarzy gościł tajemniczy uśmiech. Królewicz patrzył na nią, nie wierząc własnym oczom.

- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał.

- To nieważne. Nie cieszysz się?

Królewicz skinął głową. Chciał wypytywać ją dalej, ale z każdym wypowiadanym przez dziewczynę słowem czuł, jak jego nozdrza wypełnia jakiś odurzający zapach, który mąci mu umysł. Nie był w stanie jasno myśleć i szybko przestał się czemukolwiek dziwić.

- Jesteśmy już bezpieczni - mówiła dalej. - Wszystko minęło, nie ma się już czego bać. Nie musisz już nawet nosić tej gałązki.

Po czym spojrzała wprost na przypięty do koszuli młodzieńca pęd rozmarynu i zmarszczyła brwi. Na ten niemy rozkaz królewicz odczepił gałązkę, rzucił ją na ziemię i podeptał. Gdy dziewczyna podeszła bliżej, chciał wziąć ją w ramiona, ta jednak nagle zatrzymała się i z wyrzutem w głosie zapytała:

- Czego się obawiasz? Teraz w końcu możemy być razem. Po co ci ten amulet? Wyrzuć go, bez niego poczujesz się swobodniej i w końcu uwolnisz się od lęku.

Królewicz już niemal całkowicie poddał się urokowi. Gotów był usłuchać słów tancerki i pozbyć się amuletu, wtedy jednak spojrzał na jej dłonie i dostrzegł, że dziewczyna nie ma pierścienia, którego jej dał, nim się rozstali. Królewicz natychmiast otrzeźwiał i domyślił się, kto tak naprawdę przed nim stoi, nie dał jednak tego po sobie poznać. Cofnął się tylko o kilka kroków i powiedział:

- Podejdź bliżej, żebym mógł spojrzeć ci w oczy.

Dziewczyna uśmiechnęła się i podeszła do niego, wyciągając ręce tak, jakby chciała go objąć. Wtedy królewicz powoli zdjął amulet, potem chwilę trzymał go w rękach, a gdy dłonie przybliżającej się do niego kobiety już niemal dotykały jego ramion, zarzucił jej sznur na szyję. Gdy tylko amulet dotknął jej skóry, zgięła się wpół i zaczęła przeraźliwie charczeć, z jej nozdrzy i uszu wydobył się czarny dym, a skóra stała się na wpół przezroczysta. Królewicz wykorzystał ten moment i zanim istota udająca jego ukochaną zdołała zrzucić z siebie amulet, zdjął ze ściany miecz i przebił ją nim na wylot. Demon wydał z siebie ostatni, mrożący krew w żyłach ryk i padł bezwładny na ziemię. 

Hałas zwabił do biblioteki wszystkich uczestników spotkania, a kiedy zobaczyli co się stało, aż zamarli ze zdumienia. Po chwili jednak, ponieważ umieli docenić odwagę i bohaterstwo, oddali królewiczowi należną cześć i nawet król elfów pokłonił się zabójcy demona.

Oczywiste było, że za taki czyn należy się nagroda. Po krótkiej naradzie zdecydowano, że najlepiej będzie, jeśli jego sprawca wypowie trzy życzenia, a wszyscy zgromadzeni użyją swych czarodziejskich mocy, by je spełnić. Oznajmili to królewiczowi i spytali go, czego żąda. Ten od razu wypowiedział swoje pierwsze życzenie. 

- Chcę, żeby zjawiła się tu moja ukochana.

Wtedy drzwi za jego plecami otwarły się na oścież i wbiegła przez nie prawdziwa ukochana księcia. Wciąż była ubrana w swój strój podróżny, miała potargane włosy i bladą twarz, ale jej oczy błyszczały szczęściem, a kamień w pierścieniu, który nosiła na palcu lśnił jak najjaśniejsza z gwiazd. Dziewczyna od razu podbiegła do królewicza i rzuciła mu się na szyję, a on odwzajemnił uścisk i opowiedział jej o wszystkim.

Gdy zapytano go, jakie jest jego drugie życzenie, kazał wszystkim obecnym przysiąc, w taki sam sposób, jak zrobili to wcześniej, że nigdy więcej nie skrzywdzą żadnego człowieka. I wszyscy, choć było to dla nich sporym wyrzeczeniem, musieli spełnić jego żądanie.

- A teraz życzę sobie, żebyśmy obydwoje mogli szybko i bezpiecznie dotrzeć do pałacu moich rodziców - powiedział królewicz, a wtedy i jego, i towarzyszącą mu dziewczynę otoczyła gęsta mgła. Kiedy chwilę później opadła, spostrzegli, że znów są w kraju rodzinnym i stoją tuż przed wejściem do królewskiego pałacu. Wartownicy od razu rozpoznali następcę tronu i szeroko otworzyli przed nim wrota. Królewicz najpierw zaprowadził tancerkę do swoich rodziców, by ją im przedstawić, a zaraz potem kazał służbie przygotować błękitne stroje dla siebie i narzeczonej.

Niedługo potem odbył się ślub. Zjawili się na nim wszyscy ci, którzy wcześniej odmówili tancerce pomocy w ratowaniu królewicza, a teraz głośno wychwalali jej odwagę i zapewniali, iż zawsze w nią wierzyli i wspierali ją. Nowożeńcy nie wypominali im niczego, ale dużo bardziej ucieszyli się na widok swoich przyjaciół. Ceremonii zaślubin towarzyszył chór leśnych nimf, które śpiewały piękniej od najzdolniejszych śpiewaczek. Były także obecne na weselu, gdzie najlepsze miejsca przy stole zajmowali jaszczur i jego żona. Po zakończeniu uroczystości małżonkowie mieli zamieszkać w pobliżu zamku, jako strażnicy królewskich lasów. 

A kiedy wybrzmiały pierwsze takty muzyki, królewicz od razu poprosił pannę młodą do tańca. I wirowali tak we dwoje przez wiele godzin, śmiejąc się radośnie, patrząc sobie w oczy, radując się swoją bliskością i dziękując w myślach bogom za szczęście, którym ich obdarzyli. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz