Opowieść o błędnym rycerzu
Pewien młody rycerz wyruszył w podróż w poszukiwaniu przygód i niebezpieczeństw. Przemierzył pół świata, a przez ten czas tak wiele przeżył i dokonał tylu bohaterskich czynów, że siedmiu nocy nie starczyłoby, aby opisać je wszystkie. Wciąż jednak było mu mało i wciąż tęsknił do czegoś, czego nie umiał nazwać. Nieraz myślał o tym, by zakończyć swoją tułaczkę i osiąść gdzieś na stałe, ale nigdzie nie czuł się jak w domu i wciąż wydawało mu się, że ma do spełnienia jakąś ważną misję i nie wolno mu spocząć, póki jej nie ukończy.
W czasie jednej ze swych podróży, kiedy akurat przeprawiał się przez góry, noc zastała go z dala od ludzkich siedzib. Szczęśliwie udało mu się znaleźć wejście do skalnej groty, najpierw więc wprowadził do środka swojego rumaka, a potem sam spróbował ułożyć się jakoś na twardych kamieniach, bo był zbyt wyczerpany, by sporządzić sobie jakiekolwiek posłanie. Nagle poczuł, jak czyjaś dłoń zakrywa mu oczy, ale zanim zdołał się tym choćby zdziwić, zasnął. Spał mocno i głęboko, a sen, który przyśnił mu się tej nocy, miał zapamiętać już do końca swych dni.
We śnie znalazł się na leśnej polanie pełnej kwitnących krokusów. Naprzeciw niego stała piękna pani ze złotą koroną na głowie, która uśmiechnęła się do niego i dała mu znak, by się przybliżył. Oczarowany rycerz podszedł do niej i padł przed nią na kolana. Potem zerwał trzy krokusy, by wręczyć je damie, a ona pochyliła się nad nim i pocałowała go w usta. Wtedy rycerz wstał, wziął ją za rękę i razem zniknęli w gęstwinie.
Gdy się obudził, od razu wstał i odjechał w dalszą drogę, jakby nic się nie stało. Jednak sen, zamiast rozwiać się w jego pamięci, wciąż był równie wyraźny jak to, co rycerz każdego dnia oglądał w świetle słońca. W końcu uwierzył, że piękna pani, o której nie potrafił zapomnieć, musi istnieć naprawdę i postanowił ją odnaleźć. Jednak, choć błąkał się po świecie przez całe trzy lata, nie udało mu się natrafić na żaden jej ślad i w końcu niemal uwierzył, że była tylko sennym widziadłem.
Aż w końcu którejś nocy zmuszony był nocować w opuszczonym pasterskim szałasie. Ledwo ułożył się do snu poczuł dotyk czyjejś dłoni na powiekach i natychmiast twardo zasnął. Znów zobaczył we śnie tajemniczą damę, tym razem stojącą wśród kwitnących niezapominajek. Rycerz i tym razem ukląkł przed nią, po czym zerwał trzy kwiaty, by wręczyć je pięknej pani. Dama pocałowała go w usta, podała mu rękę i poprowadziła w gęstwinę.
Kiedy rycerz obudził się rano, znów zapragnął odnaleźć kobietę, którą już dwa razy spotkał we śnie. Błąkał się więc po świecie przez kolejne trzy lata, ale znów nie udało mu się natrafić choćby na ślad pięknej nieznajomej. Przeżył wiele przygód, odwiedził najodleglejsze królestwa, widział różne cuda i dziwy, a jednak nie odnalazł tego, czego szukał.
Aż w końcu którejś nocy, kiedy znużony położył się na leśnym mchu, tajemnicza dłoń zamknęła mu oczy po raz trzeci. Gdy zasnął, znów przyśniła mu się piękna pani. Tym razem leśną polanę pokrywały kwitnące lilie. I znów mężczyzna podarował damie trzy kwiaty, w zamian otrzymał od niej pocałunek, a potem obydwoje zniknęli wśród drzew.
Rycerz obudził się szczęśliwy i ruszył w dalszą drogę. Czuł, że skoro już trzy razy zobaczył we śnie swoją panią, prędzej czy później musi ją spotkać na jawie. Ale znów przez kilka lat nie wydarzyło się nic, więc w końcu zapał rycerza osłabł. Podróżował jednak nadal, a nigdy nikomu nie odmawiał pomocy.
I tak się raz złożyło, że pewnego wieczora droga zawiodła go do karczmy pełnej bawiących się wesoło ludzi. Biesiadnicy od razu zaprosili go, by do nich dołączył i nie musieli go długo prosić, zanim zaczął opowiadać o swoich podróżach i chwalić się swoimi dokonaniami. Mówił o odległych krajach, które odwiedził, o niezwykłych cudach, które tam widział, o zbójcach, potworach i czarownikach, z którymi walczył, a jako że, choć miał szlachetny charakter, był dumny jak każdy rycerz, nie omieszkał przy każdej nadarzającej się okazji podkreślić własnej siły, odwagi i zręczności. A przez cały ten czas stojąca w rogu kobieta, na którą nikt zdawał się nie zwracać uwagi nie spuszczała z niego wzroku.
Kiedy rycerz w końcu usiadł, by nabrać tchu, przysiadła się do niego i powiedziała:
- Twoja opowieść była doprawdy niezwykła. Mało jest na świecie ludzi, którzy przeżyli tak wiele.
Rycerz uśmiechnął się, po czym z westchnieniem odrzekł:
- Czasami wydaje mi się, że nie mam już czego szukać na tym świecie, bo widziałem już wszystko, co warto zobaczyć i nic już nie zdoła mnie zadziwić.
- A widziałeś kiedyś wampira, który trzyma w domu słońce?
Rycerz musiał przyznać, że nie widział. Kobieta pochyliła się nad nim i powiedziała:
- Jedź na zachód, a może uda ci się go zobaczyć. A jeśli będziesz musiał uciekać, skieruj się w stronę, w którą zawieje wiatr.
Rycerz odwrócił się w jej stronę, ale zanim zdołał zadać jej jakiekolwiek pytanie, nieznajoma zniknęła. Potem próbował pytać o nią ludzi, ale prędko okazało się, że nikt jej nie zna, a niektórzy nawet jej nie zauważyli.
Następnego ranka rycerz dosiadł konia i ruszył prosto na zachód. Koło południa dostrzegł kamienny dom, który przypominał raczej grobowiec. Rycerz próbował zajrzeć do środka, ale wszystkie okna były szczelnie i dokładnie zamurowane. W końcu udało mu się znaleźć kamienne drzwi, ale długo musiał wytężać wszystkie siły, zanim zdołał uchylić je na tyle, by móc się przez nie przecisnąć.
Gdy znalazł się w środku, trafił do pokoju oświetlonego jedną, jedyną świecą, gdzie na sofie leżała śpiąca dziewczynka. Miała na sobie żółtą sukienkę, była bardzo blada, a jej włosy lśniły niczym złoto. Rycerz podszedł do niej i dotknął jej ramienia, a wtedy dziewczynka otworzyła oczy.
- Nie bój się, panienko - powiedział łagodnie - Czy to jest dom wampira?
- Tak, panie - słabym głosem odpowiedziała dziewczynka, wpatrując się w rycerza szeroko otwartymi oczami.
- Gdzie on teraz jest?
- Śpi w swoim pokoju.
- A jak ci na imię?
- Słońce.
Wtedy mężczyzna zajrzał do drugiego pokoju. Pośrodku stało kamienne łoże, a na nim leżał pogrążony w głębokim śnie wampir. Rycerz podkradł się do niego i odciął mu pasmo włosów. Potem wrócił po Słońce, wziął ją na ręce, wyniósł na zewnątrz, posadził przed sobą na siodle i, tak jak radziła mu kobieta z karczmy, pognał w tę stronę, w którą wiał wiatr.
Jechali tak przez wiele godzin aż w końcu zapadł zmierzch. Wtedy rycerz obejrzał się za siebie i zobaczył, że wampir ruszył za nimi w pościg. Biegł niemal tak szybko, jak galopujący koń, ale nie mógł dosięgnąć jeźdźca, gdyż ten miał przy sobie pukiel jego włosów. Słońce mocno trzymała się swojego wybawcy, prosząc go, by jeszcze przyśpieszył.
W końcu dotarli na skraj lasu, gdzie dostrzegli małą chatkę. Rycerz zapukał do drzwi, a gdy wpuszczono go do środka, przekonał się, że mieszkało tam dwoje starych ludzi. Wszyscy czworo zamknęli się w izbie i zasłonili wszystkie okna. Wampir przez całą noc na przemian krążył wokół domu i dobijał się do drzwi, ale nikt mu nie odpowiedział. Nie poddawał się jednak i dalej uparcie próbował dostać się do środka, aż w końcu promienie wschodzącego słońca zamieniły go w popiół.
Wtedy rycerz zapytał dziewczynkę, jak znalazła się w takim miejscu. Słońce opowiedziała więc swoją historię…
…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz