piątek, 21 lutego 2025

Trzy koty

        Pewnej mroźnej, wietrznej, zimowej nocy do drzwi ubogiego cieśli zapukała kobieta w białej sukni i płaszczu, niosąca duży kosz przykryty białym kocem.

- Szłam w odwiedziny do krewnych, ale zabłądziłam wędrując przez tę ciemność, wiatr i śnieżycę - powiedziała - Pozwól mi, proszę, spędzić tę noc pod twoim dachem, bo inaczej z pewnością zamarznę na śmierć.

Cieśla od razu zaprosił kobietę do izby, a tam rozpalił ogień, po czym przyniósł jej skromną kolację, przepraszając przy tym, że nie może zaproponować nic lepszego. Nieznajoma jednak nie kwapiła się do jedzenia, patrzyła tylko długo na mężczyznę tak, jakby chciała przejrzeć na wylot jego duszę. W końcu przemówiła:

- Widzę troskę na twojej twarzy, a twe oczy są pełne bólu i smutku. Czy to ubóstwo, w którym żyjesz, tak bardzo cię trapi?

Mężczyzna ponuro się uśmiechnął i odpowiedział:

- To prawda, że jestem biedny i często nie mogę być nawet pewien, jak przeżyję najbliższy tydzień. Nie uskarżałbym się jednak na swój los i byłbym wdzięczny za każdy kawałek chleba, gdybym tylko miał z kim dzielić życie. Niestety moja żona już od roku leży w grobie, a mały Filip, moje jedyne dziecko, od kilku dni leży w gorączce i straciłem już nadzieję, że wyzdrowieje. Widać pisane mu jest dołączyć do matki, a wtedy zostanę zupełnie sam.

Kobieta posłała mu ciepły uśmiech po czym powiedziała:

- Bądź dobrej myśli. Los może się odwrócić, a dobroć i czułość są czasem zdolne zdziałać więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Potem zjadła połowę tego, co przyniósł jej gospodarz, a resztę wrzuciła do kosza, który przez cały czas trzymała na kolanach. 

Cieśla na tę noc odstąpił nieznajomej swoje łóżko, a sam do świtu czuwał przy chorym dziecku. Kobieta wstała razem ze słońcem i zastała utrudzonego ojca, który przysnął na klęczkach z głową opartą o poduszkę oraz synka wciąż wijącego się na posłaniu i bredzącego w malignie. Pocałowała chłopca w czoło, a ten wydał z siebie westchnienie ulgi i z błogim uśmiechem na twarzy zapadł w głęboki sen. Wtedy kobieta dotknęła ramienia jego ojca, a gdy ten się przebudził, powiedziała mu:

- Muszę już odejść, ale najpierw chciałabym dać ci na pożegnanie prezent i dobrą radę.

A potem wręczyła mu swój koszyk, mówiąc:

- W koszyku są trzy kocięta. Opiekuj się nimi dobrze, a dostaniesz w zamian skarb cenniejszy niż złoto.

I rozpłynęła się w powietrzu zanim mężczyzna zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Wtedy cieśla odgarnął koc okrywający koszyk, a gdy zajrzał do środka, spostrzegł, że rzeczywiście są tam trzy urocze, puszyste kocięta: jedno białe, jedno czarne i jedno rude.

- Lepiej by zrobiła dając mi teraz kilka miedziaków - mruknął sam do siebie - Obiecuje mi skarby, a obarcza mnie tylko dodatkowym kłopotem!

Nakarmił jednak kocięta i przygotował im w kącie legowisko, a gdy przekonał się, że mały Filip śpi mocno i spokojnie, sam poszedł się zdrzemnąć. Gdy kilka godzin później znów zajrzał do synka, zastał go siedzącego na łóżku i z uśmiechem na twarzy przyglądającego się bawiącym się kotkom. Wtedy po raz pierwszy od dawna w sercu ojca pojawiła się nadzieja, iż chłopiec jednak wyzdrowieje, zwłaszcza, że chwilę później Filip zaczął skarżyć się na głód. Od razu przyniósł mu chleba, ale tak się przy tym spieszył, że nieumyślnie kopnął jedno z kociąt. Wtedy Filip zaczął głośno kaszleć, a po chwili znów opadł bezwładnie na poduszki. Cieśla od razu podbiegł do łóżka dziecka i przez kilka następnych godzin nie odstępował go na krok. Tylko raz odszedł, by coś zjeść i przy okazji rzucił też coś kociętom. Niedługo potem mały Filip znów głęboko zasnął, a wkrótce po nim to samo zrobił i ojciec. 

Rano zastał synka spokojnego i uśmiechniętego, ale kiedy podszedł bliżej, zobaczył, że trzy kocięta tarzają się na kołdrze. Zniecierpliwiony cieśla zepchnął je z łóżka, a wtedy chłopiec znów poczuł się gorzej. Ojciec starał się jak mógł, by jakoś mu ulżyć, ale nic to nie dawało. Z Filipem było gorzej niż kiedykolwiek, a gdy zapadł zmrok, zdawało się, iż chłopiec lada moment wyzionie ducha.

W pewnym momencie cieśla spojrzał w kąt izby i zobaczył, że trzy kocięta stoją tam nieruchomo w rzędzie i patrzą na niego z wyrzutem. Nagle przypomniał sobie, co mówiła o nich kobieta w bieli i co się działo, gdy źle je traktował. Podszedł więc do nich, pogłaskał każdego z nich i powiedział:

- Moje drogie maleństwa, wybaczcie, że nie byłem dla was dobrym panem. Obiecuję od tej pory traktować was tak, jak na to zasługujecie. 

Po czym dał im jeść i znów usiadł przy łóżku Filipa. Miał zamiar czuwać do rana, był jednak tak wyczerpany, że prędko zasnął, a gdy się obudził, zastał synka siedzącego na podłodze i radośnie bawiącego się z trójką puchatych przyjaciół. 

Od tej pory cieśla już więcej nie krzywdził ani nie zaniedbywał kociąt, a nawet troszczył się o nie jak o własne dzieci. Mały Filip prędko wrócił do zdrowia i od tej pory ojciec nie miał już powodów, by obawiać się o życie syna. Chłopiec z dnia na dzień starał się coraz silniejszy, a uśmiech niemal przez cały czas gościł na jego twarzy. 

Kiedy Filip nieco podrósł, ojciec zaczął uczyć go swojego rzemiosła. Chłopiec okazał się bardzo pojętnym uczniem, a z czasem nie tylko dorównał swojemu nauczycielowi, ale i zaczął przewyższać go zręcznością i pomysłowością. 

Lata mijały, a Filip stawał się coraz silniejszy i mądrzejszy. Nie bał się ciężkiej pracy, ale nigdy nie był zbyt zajęty, by zachwycić się śpiewem ptaka albo niebem o zachodzie słońca. I zawsze dla każdego miał uśmiech i dobre słowo, a nigdy nikomu nie odmawiał pomocy. Ojciec, przyglądając się dorastającemu synowi często uśmiechał się i wspominał tajemniczą damę, myśląc: “Nie kłamała, gdy obiecała mi skarb cenniejszy od złota”.

Którejś nocy Filip zobaczył we śnie piękną panią w białej sukni, która patrzyła na niego z dumą i czułością. 

- Wiele lat temu powierzyłam twojemu ojcu trzy kocięta - powiedziała - A teraz, gdy dorosły wraz z tobą, mogę ci zdradzić ich tajemnicę. Czarny kot strzeże twojego rozumu, rudy czuwa nad twoim sercem, a biały to twoja dusza. Ponieważ do tej pory wszędzie ci towarzyszyły, a poza tym zawsze były zdrowe i szczęśliwe, także twoje życie mogło być zarówno spokojne jak i dobre. Dam ci teraz dobrą radę: jeśli chcesz znaleźć szczęście, opuść dom rodzinny i idź wprost przed siebie, aż dojdziesz do starego dworu, który po lewej stronie będzie miał pole maków, a po prawej gęsty las. Gdy już staniesz u jego drzwi, zapukaj i poproś, by przyjęto cię tam do pracy. Ale zabierz ze sobą trzy koty, opiekuj się nimi i nie pozwól, by ktokolwiek zrobił im krzywdę. 

Gdy Filip obudził się niedługo potem, zastał wszystkie trzy koty stojące w nogach jego łóżka niczym żołnierze czekający na rozkazy. Młodzieniec najpierw czule je pogłaskał, a potem poszedł pożegnać się z ojcem, bo postanowił niezwłocznie wyruszyć w podróż. 

Po niezbyt krótkiej, ale i nie tak bardzo długiej wędrówce Filip dotarł do dworu, o którym usłyszał we śnie. Zapukał do drzwi, a wtedy otworzył mu stary sługa.

- Czy nie znalazłaby się tu dla mnie praca? - zapytał Filip.

- A co umiesz?

- Umiem naprawiać popsute sprzęty i robić różne rzeczy z drewna - odpowiedział Filip - Ale moje koty także muszą mi towarzyszyć, bo nie wolno mi się z nimi rozstawać. 

Starego sługę zdziwiły słowa młodzieńca, ale uznał, że przyda mu się pomocnik, więc wpuścił go do środka. Filip bardzo szybko zadomowił się we dworze, a jego spryt i uprzejmość zjednały mu wszystkich domowników. Dziedzic bardzo go cenił, a nawet jego żona, zwykle wybredna i uszczypliwa, nic nie mogła młodzieńcowi zarzucić. Także i dwoje ich dzieci bardzo polubiły Filipa, gdyż ten w wolnych chwilach strugał dla nich ładne i zmyślne zabawki.

We dworze mieszkała również wciąż niezamężna młodsza siostra dziedzica, której na imię było Łucja. Dziewczyna często siadała na tarasie i grała na lutni, a wtedy niemal natychmiast nie wiadomo skąd pojawiał się biały kot i siadał u jej stóp. Zwykle już chwilę później zjawiał się Filip. Działo się tak przez kilka tygodni, a potem także i rudy kot dołączył do grona słuchaczy. A Łucja nie tylko nie miała nic przeciwko temu, ale i z niecierpliwością wyczekiwała chwili, gdy pojawią się ci, o których teraz myślała za każdym razem, kiedy brała lutnię do ręki. 

Natomiast stary sługa, choć z początku bardzo się cieszył, że Filip tak bardzo go odciąża, z czasem stał się o niego zazdrosny. Długo zastanawiał się, co mógłby zrobić, by odebrać mu przychylność państwa, ale żaden dobry pomysł nie przychodził mu do głowy. W końcu tak się złożyło, że któregoś wieczora przechodził obok uchylonych drzwi komórki, w której sypiał Filip i dostrzegł, jak ten rozmawia z czarnym kotem, drapiąc go za uszami. 

- Jakie to szczęście, że cię mam - mówił - Gdyby nie ty, nie poradziłbym sobie z tym wszystkim i nie miałbym tylu dobrych pomysłów.

“Dziękuje kotu za pomoc? Chyba udało mi się odkryć jego sekret!” pomyślał sługa, po czym złośliwie się uśmiechnął i cichaczem wrócił do siebie. 

Następnego dnia czarny kot zapadł na jakąś dziwną chorobę. Nie miał sił się podnieść, a wszystko co zjadł, zwracał już chwilę później. Filip bardzo się tym martwił, ale nie wiedział jak mu pomóc. Sam zresztą sprawiał wrażenie nie do końca zdrowego: nagle stał się bardzo niezdarny, a najprostsze zadania zaczęły wydawać mu się niewykonalne. A stary sługa przyglądając mu się z boku uśmiechał się pod nosem i tylko czasem sobie z niego pokpiwał. 

Nocą, kiedy wszyscy już dawno spali, dwa pozostałe koty podeszły do swojego chorego przyjaciela, by porozmawiać z nim w kociej mowie. 

- Nie mogę już patrzeć jak cierpisz - powiedział rudy kot - Czy naprawdę nie wiesz, co to za choroba i jak możemy ci pomóc?

- To nie choroba, a trucizna - odrzekł na to czarny kot - ktoś musiał dosypać mi jej do jedzenia, kiedy nikt nie patrzył. Niedługo umrę, a wtedy Filip na zawsze straci rozum.

- I nic nie zdoła cię uratować? - dopytywał się biały kot.

- Mógłbym wyzdrowieć tylko gdybym zjadł biały kwiat, który rośnie na szczycie skały na wyspie pośrodku jeziora za lasem - odpowiedział czarny - Człowiek pewnie zdołałby mi go przynieść, ale przecież żaden z nich nie zrozumie, gdy spróbujemy o to poprosić.

Po czym zwinął się w kłębek i zasnął. Dwa pozostałe koty spojrzały na śpiącego Filipa.

- Nie możemy go zostawić - powiedział rudy - Co by począł bez nas? 

A biały chwilę się zastanowił, po czym odrzekł:

- Lepiej, by stracił nas wszystkich na chwilę, niż żeby miał utracić choć jednego na zawsze. Musimy spróbować.

I wyskoczył przez uchylone okienko, a rudy po chwili wahania podążył za nim. 

Choroba czarnego kota i zniknięcie dwóch pozostałych bardzo źle wpłynęły na Filipa. Nie dość, że nagle zniknęły gdzieś jego spryt i zręczność, to jeszcze stał się nieczuły i nieuprzejmy. W końcu jego zachowanie tak rozgniewało dziedzica, że wypędziłby go, gdyby siostra tak usilnie nie wstawiała się za młodzieńcem. Łucja próbowała jakoś wpłynąć na Filipa, ale za każdym razem, gdy chciała nawiązać z nim rozmowę, ten odpowiadał jej szorstkimi, a nawet okrutnymi słowami i odwracał się od niej. Dziewczyna w końcu dała sobie spokój i tylko cicho płakała w swoim pokoiku. 

Tymczasem dwa koty szły dzielnie przez las, ale choć ani sił, ani odwagi im nie brakowało, nie wiedziały jak dotrzeć do celu, a gdy spostrzegły, że kręcą się w kółko, niewiele brakowało, a straciłyby całą nadzieję. Nagle jednak instynkt kazał białemu kotu, spojrzeć w niebo, a gdy to zrobił, zobaczył spadającą gwiazdę. Natychmiast pobiegł w ślad za nią, a rudy kot zrobił to samo. Jak tylko słońce zaczęło wynurzać się zza horyzontu, znaleźli się nad brzegiem jeziora. Tutaj obydwa koty musiały na chwilę przystanąć, bo zrozumiały, że znów znalazły się w kłopocie. Skała, na której miał rosnąć biały kwiat, była dobrze widoczna, ale jak mogłyby się tam dostać? 

Wtem koty usłyszały ludzkie głosy i ujadanie psów - to zbliżali się myśliwi. Biały kot od razu wspiął się na najbliższe drzewo, a rudy chciał pójść za jego przykładem, ale nagle zobaczył, że coś porusza się w trzcinie. Podszedł bliżej i dostrzegł zaplątane w szuwarach trzy dzikie kaczątka, które nie były w stanie się stamtąd wydostać. Zrobiło mu się żal bezbronnych piskląt więc, choć sam bał się psów, najpierw ostrożnie przeniósł kaczęta, jedno po drugim i ukrył w dziupli, a dopiero potem dołączył do swojego przyjaciela na czubku drzewa. Myśliwi przez jakiś czas krążyli wokół jeziora, ale w końcu odjechali, a wszystkie psy pobiegły za nimi. Wtedy i koty, i kaczęta zeszły z drzewa i wróciły nad wodę. Wtem podfrunęło do nich całe stado dzikich kaczek. Ptaki wylądowały na jeziorze i ustawiły się jeden za drugim tworząc jakby most prowadzący aż do brzegu wysepki. Koty, jeden za drugim, pobiegły tam po ich grzbietach, a gdy znalazły się u stóp wysokiej skały, zaczęły się po niej wspinać. Była to długa i uciążliwa wędrówka, ale koty uparcie szły naprzód i po wielu godzinach w końcu udało im się dotrzeć na szczyt. Kiedy rudy kot zerwał kwiat, słońce chyliło się już ku zachodowi.

- Nie zdążymy wrócić na czas - zaniepokoił się biały kot.

Jednak już po chwili znów zjawiły się dzikie kaczki, by na skrzydłach zanieść i jego, i jego towarzysza z powrotem do dworu. Kiedy dotarli już na miejsce, koty zeskoczyły na dach, a potem niepostrzeżenie przedostały się do komórki, gdzie leżał ich chory przyjaciel. Gdy czarny kot zjadł biały kwiat, natychmiast wrócił do zdrowia.

Dzikie kaczki nie odleciały z powrotem, ale długo krążyły wokół dworu, jakby na coś czekając. W końcu wszyscy wyszli zobaczyć, co się dzieje: dziedzic, jego żona, dzieci, Łucja i cała służba. A był wśród nich także i ten stary sługa, który, chcąc zaszkodzić Filipowi, otruł jego kota. Gdy kaczki go dostrzegły, wszystkie zebrały się tuż nad jego głową, po czym zaczęły go dziobać i łaskotać skrzydłami. Mężczyzna rzucił się do ucieczki, a za plecami słyszał gniewne okrzyki dziedzica, jęki jego przerażonej żony i śmiech dzieci. Biegł przed siebie tak długo, aż w końcu zniknął domownikom z oczu. Potem już nigdy więcej nie pojawił się we dworze - być może nie był już w stanie wrócić albo po prostu wstydził się tam pokazać po tym, co się stało.

Kiedy Filip obudził się następnego ranka, przez chwilę rozglądał się wokół jak człowiek, który nagle znalazł się w nowym, nieznanym miejscu. Potem spojrzał na śpiące obok niego koty, pogłaskał je, wstał z łóżka, wziął kilka desek i narzędzia i zabrał się do pracy.

Kilka godzin później Filip wziął zrobioną przez siebie drewnianą szkatułkę i zapukał do drzwi pokoiku Łucji. 

- Zanim coś powiesz, otwórz wszystkie szufladki - powiedział, podając dziewczynie szkatułkę. 

Łucja wysunęła pierwszą szufladkę i zobaczyła, że na jej dnie wyryty jest napis: “Tylko człowiek bez rozumu by jej nie docenił”. Otworzyła drugą i przeczytała: “Tylko człowiek bez duszy by ją zlekceważył”. Na dnie trzeciej był napis: “Tylko człowiek bez serca mógłby ją zranić”, natomiast po odsunięciu czwartej szufladki Łucja zobaczyła swoją podobiznę starannie wyrytą w kawałku drewna. 

- Zły los odebrał mi serce, duszę i umysł, ale teraz znów je odzyskałem - powiedział Filip - Żałuję tylko tego, że zanim to się stało, sprawiłem ci ból. Czy mi przebaczysz, jeśli wyznam ci całą prawdę?

- I tak ci przebaczę - odpowiedziała Łucja, ściskając go za rękę.

A chwilę później przez uchylone drzwi do pokoiku weszły trzy koty i zaczęły ocierać się o nogi obydwojga.  

Jakiś czas później Filip ożenił się z Łucją, a wtedy sprowadził do dworu swojego ojca. Od tego czasu nic już nie zakłócało jego spokoju ani nie niepokoiło jego najbliższych. Filip wiódł szczęśliwe życie patrząc, jak dorastają jego dzieci i wnuki. 

Trzy koty już nigdy więcej go nie opuściły, a kiedy wiele lat później umarł, po raz ostatni ułożyły się w nogach łóżka, po czym i one zasnęły na zawsze.


wtorek, 31 grudnia 2024

Dom pereł i bursztynów

     Pewnym małym, nadmorskim krajem władała samolubna i nieczuła królowa. Zawsze miała na względzie tylko swoją wygodę i nikt nigdy nie mógł powiedzieć, że okazała mu pomoc czy współczucie. A nikt nie miał więcej powodów, by się na nią uskarżać, niż pałacowa służba. To właśnie oni najczęściej padali ofiarą jej złego humoru. Dla nikogo nie miała litości: lokajów biła po twarzy, pokojówki szarpała za włosy, kopała i szturchała każdego, kto akurat był w pobliżu, gdy cokolwiek ją rozgniewało, a wyzwisk i ostrych słów nie żałowała nikomu. Czy można się więc dziwić, że trudno byłoby znaleźć w jej otoczeniu choć jedną osobę, która nie życzyłaby królowej wszystkiego najgorszego? Oczywiście nikt nie ośmieliłby się okazać jej choćby cienia nienawiści, ale często, gdy byli pewni, że nikt ich nie słyszy, służący i służące przeklinali swoją panią, uskarżając się na zły los, który zmuszał ich do tego, by jej usługiwać i ją znosić. Wielu z nich myślało o tym, by uciec z pałacu, ale nikt nigdy się na to nie odważył ze strachu przed pościgiem i karą, która mogła ich spotkać. A poza tym, dokąd mieliby pójść? Przecież w całym królestwie panowała straszna bieda, a żadne z nich nie miało grosza przy duszy. Skończyło się więc na tym, że służący przeklinali swój los, ale i tak go znosili, nie widząc żadnego sposobu, by się od niego uwolnić.

Aż w końcu dla kilku z nich stosowna chwila nadeszła, kiedy królowa postanowiła wysłać swojego synka do zamku na wybrzeżu. Kazała spakować kosztowne stroje i zabawki królewicza, przygotować wspaniały powóz i wyznaczyła ludzi, którzy mieli strzec chłopca i opiekować się nim. Sama miała natomiast pozostać w stolicy. 

Królewicz i jego świta wyruszyli w drogę z samego rana. Wszystko szło dobrze do chwili, gdy kareta oddaliła się od królewskiego pałacu i przejeżdżała wzdłuż wybrzeża. Ci, którzy prowadzili orszak, skierowali się w stronę morza. Tam zatrzymali się na chwilę, a wtedy słudzy wsadzili małego księcia do worka i wrzucili do wody, a sami czym prędzej odjechali karetą zabierając ze sobą wszystko, co było w środku. 

W gronie uciekinierów była też młoda dziewczyna imieniem Róża, która do tej pory pomagała księciu się ubierać i sprzątała jego pokój. Nigdy nie życzyła chłopcu źle, ale gdy jej towarzysze postanowili go zamordować, była zbyt przerażona, by się im sprzeciwić. Stała więc z boku i patrzyła ze zgrozą na całą scenę. Gdy jej towarzysze uciekli z miejsca zbrodni, podążyła za nimi, ale z każdą chwilą ci ludzie budzili w niej coraz większy wstręt, a sumienie dręczyło ją coraz bardziej. W nocy, kiedy wszyscy ułożyli się do snu, ona jedna długo nie mogła zasnąć, gdyż nękały ją ponure myśli, a jej serce stało się ciężkie niczym głaz. W końcu wstała, dosiadła jednego z koni i pognała w miejsce, gdzie po raz ostatni widziała małego księcia. “Być może jakoś udało mu się przeżyć” pomyślała. “A jeśli nie, to może chociaż odnajdę jego ciało”. 

Róża przez długie godziny na przemian biegała po wybrzeżu nawołując księcia i próbowała nurkować w wodzie, licząc, że coś wypatrzy. Ale nikt nie odpowiadał na jej wołanie, a kiedy próbowała pływać, fale natychmiast spychały ją z powrotem na brzeg. Kiedy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi, niebo pokryły ciemne chmury. Niedługo potem zaczął padać deszcz i powiał silny wiatr, a fale ryczały tak groźnie, że przerażony koń przegryzł lejce i uciekł do lasu. 

Wtedy zrozpaczona Róża, stojąc po kolana w wodzie, zawołała ile sił w płucach:

- O, panie mórz, jeśli nie możesz oddać mi księcia, zabierz mnie tam, gdzie zaniosłeś i jego!

Jak tylko wymówiła te słowa, zjawiła się fala, która uniosła dziewczynę ze sobą. Róża zacisnęła powieki i wstrzymała oddech sądząc, że nadeszła już jej ostatnia godzina. Prąd jednak nie zaciągnął jej na dno, a zamiast tego zaniósł ją wzdłuż brzegu, przeprowadził przez skalny korytarz i w końcu wypchnął z powrotem na powierzchnię. 

Dziewczyna znalazła się w podziemnej grocie, nad brzegiem małej sadzawki. Gdy się rozejrzała, dostrzegła opartą o jedną ze ścian drabinę i wspięła się po niej. Gdy była już na szczycie, zobaczyła przed sobą drzwi i nacisnęła klamkę. Tak dostała się do tonącego w półmroku skalnego korytarza. Po jednej jego stronie dostrzegła ogromne stosy pereł, znacznie wspanialszych niż te, które znajdowały się w królewskim skarbcu. Po drugiej natomiast ustawione było mnóstwo bursztynowych rzeźb różnych stworzeń: przede wszystkim ryb, ale znalazły się tam też pająki, myszy, nietoperze, a nawet ludzie. Wszystkie zaś były naturalnej wielkości i tak starannie wykonane, że nawet najzdolniejszy rzeźbiarz w królestwie nie byłby w stanie ich skopiować. Jednak widok tych wszystkich skarbów budził w sercu Róży jakiś dziwny niepokój więc jak tylko dostrzegła kolejne drzwi od razu pobiegła w ich stronę. Po ich otwarciu znalazła się w innej sali, pełnej złotych klatek, a w każdej z nich spało jedno dziecko. Tylko jeden chłopiec w najodleglejszym kącie podniósł się na widok Róży, a gdy dziewczyna do niego podbiegła, rozpoznała królewicza. Klatka, w której siedział, była zamknięta na kłódkę, a on sam nie wiedział, gdzie szukać klucza. Róża musiała więc zostawić chłopca i sama wejść do kolejnej sali. Ta z kolei pełna była złota, srebra i rozmaitych klejnotów. Jednak myśl o zamkniętych w klatkach dzieciach nie pozwoliła Róży się przy nich zatrzymać. Gdy zrozumiała, że tu nie znajdzie tego, czego szuka, chciała iść dalej, ale niespodziewanie drogę zagrodził jej jakiś chudy, przygarbiony człowiek, z błyskiem chytrości w zimnych oczach. 

- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał srogim głosem.

- Okręt, którym płynęłam, zatonął podczas sztormu, a fale przyniosły mnie do jaskini w dole - drżącym głosem odpowiedziała Róża.

Mężczyzna krzywo się uśmiechnął i odrzekł:

- Tak, morze ciągle coś tam przynosi. A ja jestem kolekcjonerem, który zbiera to, co rzadkie i cenne, by mój skarbiec wciąż się powiększał.

- Ale dlaczego więzisz dzieci w klatkach?

- Wielu ludzi uważa, że dziecko to skarb - wyjaśnił Kolekcjoner - A dopóki tu są, mam pewność, że nigdy nie zabraknie mi pereł. Musisz wiedzieć, że kiedy ktoś tu zapłacze, jego łzy zmienią się w perły, a każde stworzenie, które tu umrze, przemieni się w bursztyn. 

- Musi ci być bardzo trudno samemu dbać o to wszystko - powiedziała Róża - Nie sądzisz, że przydałby ci się ktoś do pomocy? Mogłabym dbać o porządek w twoim domu i za ciebie doglądać dzieci. 

Kolekcjoner namyślił się.

- Dobrze, jeśli potrafisz być użyteczna, możesz tu zostać - powiedział w końcu. 

Od tej pory Róża zajmowała się domem Kolekcjonera. Oprócz utrzymywania go w czystości zanosiła też jedzenie zamkniętym w klatkach dzieciom. Czule przy tym do nich przemawiała i starała się je pocieszać, one jednak nie przestawały płakać. Róża zbierała wszystkie powstałe w ten sposób perły i zanosiła je do pokoju, w którym znajdowały się pozostałe, ale te, w które zmieniały się jej własne łzy, chowała do kieszeni. I tak mijały długie tygodnie. 

Któregoś dnia Kolekcjoner wezwał do siebie Różę i powiedział jej:

- Już od dawna w moim skarbcu nie pojawiło się nic nowego i nadzwyczajnego. Za to ty służysz mi tak dobrze, że należy ci się jakaś nagroda. Pobierzmy się - nieraz słyszałem, jak ludzie mówią, że nie ma cenniejszego skarbu niż piękna i dobra żona. 

Róża roześmiała się, słysząc te oświadczyny.

- Widać, że już dawno nie wychodziłeś z podziemi, skoro sądzisz, że jestem piękna. Czy nie widzisz, jak blada jest moja twarz, jak mętne są moje oczy, jak szorstkie i czerwone mam dłonie? Jeśli chcesz mieć żonę, którą będziesz mógł się chwalić, nie czekaj, aż sama się zjawi, tylko idź sam jej poszukać.

Kolekcjoner po namyśle przyznał jej rację. Kazał Róży doglądać domu i dzieci, po czym narysował palcem trójkąt na jednej ze ścian, a wtedy otworzyły się ukryte drzwi, za którymi były schody prowadzące na zewnątrz. Kiedy wyszedł, dziewczyna odczekała jakiś czas, a potem od razu zaczęła organizować ucieczkę. Prędko udało jej się znaleźć klucze, a wtedy wypuściła dzieci z klatek, po czym wydostała się wraz z nimi na powierzchnię w taki sam sposób, jak wcześniej zrobił to Kolekcjoner. Potem wszyscy co sił w nogach pobiegli przed siebie i nie zatrzymali się, dopóki nie znaleźli się na tyle daleko, by odwróciwszy się w tył, nie mogli już dostrzec morza.

Pereł, które Róża wciąż nosiła w kieszeni, było na tyle dużo, by można było kupić za nie dom zdolny pomieścić wszystkie dzieci. Zamieszkali więc razem i od tej pory wiedli spokojne życie pod dachem, gdzie wiecznie rozbrzmiewał śmiech. 

Tymczasem królowa wysłała swoich ludzi na poszukiwanie syna, a gdy wszyscy wrócili z niczym, uwierzyła, że chłopiec nie żyje. Szybko pogodziła się ze stratą, ale bardzo martwiło ją, że nie ma dziedzica, a ponieważ ojciec chłopca nie żył już od lat, postanowiła jak najszybciej wyjść za mąż. Kazała wszem i wobec ogłosić, że szuka godnego siebie mężczyzny, którego mogłaby poślubić.  

Gdy te wieści doszły do uszu Kolekcjonera, postanowił udać się do pałacu, by prosić królową o rękę. Kiedy ta zobaczyła niemłodego już, szpetnego i brzydko ubranego mężczyznę, w pierwszej chwili tylko pogardliwie się roześmiała, ale opowieści o jego majątku i cudownych właściwościach miejsca, w którym mieszkał, zaciekawiły ją na tyle, że zgodziła się z nim pójść, by zobaczyć te cuda na własne oczy.

Kiedy dotarli na miejsce, królowa kazała swoim gwardzistom zaczekać przed wejściem, a sama zeszła wraz z Kolekcjonerem do podziemi. Długo przyglądała się zawartości jego skarbca, a potem powiedziała:

- Widzę, iż jesteś równie zamożny jak ja, ale skąd mam wiedzieć, że nie kłamałeś mówiąc o czarodziejskich właściwościach tego miejsca?

Wtedy Kolekcjoner złapał szczura, wyjął zza pasa sztylet i przebił nim zwierzę, a wtedy przemieniło się ono w bursztynową rzeźbę. 

- Teraz mi wierzysz, pani? - zapytał królową.

Królowa wzięła do ręki bursztynowego szczura i zmarszczyła brwi. 

- Pokaż mi ten sztylet  - powiedziała, a gdy Kolekcjoner jej go podał, zatopiła ostrze w jego sercu.

Potem chciała wezwać swoich ludzi, by ci pomogli jej wynieść kosztowności.  Nie wiedziała jednak, że ci, jak tylko zeszła do podziemi, przywalili wejście głazem i uciekli. Królowa została w podziemnym domu sama i nikt nie był w stanie usłyszeć jej krzyków. 

Kilka dni później morze wyrzuciło na brzeg bursztynowy posąg kobiety z koroną na głowie. Natomiast królowej nikt już więcej nie widział.


sobota, 1 czerwca 2024

Piosenka o złej piastunce

 

Zła piastunka na dziewczynkę raz apetyt miała

Tak więc wzięła ją na ręce, do kuchni zabrała

Rozebrała i ze śmiechem do pieca wsadziła:

"Siedź tam póki ślicznie się zrumienisz, moja miła!"


Ta niedobra niania zawsze dzieciom tak mówiła:

"Myślcie tylko o tym, żebym was lubiła!

Róbcie to, co każę i nie ważcie się nie spieszyć

Bo tylko, gdy chwalę, wolno wam się cieszyć!"


"Czemu piec jest taki zimny?" niania myśli sobie

Patrzy, widzi - ktoś pod piecem dawno zgasił ogień

Chce napalić. Drewna nie ma, więc narąbać idzie

Ledwie wyszła, już ktoś z szafki się odważył wyjrzeć


Ta niedobra niania...


To niegrzeczna starsza siostra, co też sprytna była

Wpierw zgasiła ogień w piecu, a potem się skryła

Gdy została w kuchni sama, nie traciła czasu

Wyciągnęła siostrę z pieca, uciekły do lasu


Ta niedobra niania...


Biegnie niania wciąż przed siebie, coraz głębiej w puszczę

Biegnie niania, by dogonić dzieci nieposłuszne

Aż tu nagle wpadła w sidła i jest w strasznej biedzie

Nim uwolnić się zdołała, zjadły ją niedźwiedzie


Ta niedobra niania...


Ta piosenka prawdę mówi dorosłym i dzieciom

Ci, co starszych nie słuchają, wcale głupi nie są

Bo, gdy słuchasz, a nie myślisz, bardzo trudno przeżyć

Są życzenia, których nigdy spełniać nie należy


Są też ludzie, którzy niszczą tych, co im podlegli

Na tym świecie bardzo wielu zbyt posłusznych zjedli


Ta niedobra niania...

niedziela, 31 marca 2024

Zofia, król i Nieznajomy

W dalekim kraju żył kiedyś młody król o zimnym spojrzeniu i twardym sercu. Był ponury i nerwowy, łatwo wpadał w gniew, a jego mściwość znana była w całym królestwie. Jednak istniała na świecie jedna osoba, którą szczerze kochał; a była nią jego siostra, Zofia. Król bardzo ją cenił, troszczył się o nią i nie umiał jej niczego odmówić. Zofia dobrze o tym wiedziała, a jako że była niezwykle mądra i dobra, starała się udzielać bratu dobrych rad i nieraz zdarzyło jej się ocalić od kary jakiegoś nieszczęśnika, który nieopatrznie naraził się na gniew monarchy. Z tego powodu poddani bardzo cenili i szczerze kochali księżniczkę, ale z biegiem lat zaczęli też obawiać się, że nadejdzie dzień, w którym ta wyjdzie za mąż i opuści zamek swego brata. Na razie jednak nie zanosiło się na to, by miało się to zdarzyć w najbliższej przyszłości, gdyż Zofia odrzucała wszystkich zalotników - czy to dlatego, że żaden jej się nie podobał, czy też z obawy przed pozostawieniem brata samego.

  Któregoś dnia do stolicy przybyli posłańcy przynosząc złe wieści:

- Wróg u bram, najjaśniejszy panie! Potężny król zza morza przybył tu na czele floty, a teraz jego armia rozłożyła obóz na wybrzeżu. Jeśli mu się nie poddasz, czeka nas wojna!

Król, usłyszawszy to, natychmiast kazał podać sobie zbroję i osiodłać konia. Zebrał też swoją armię i, powierzywszy siostrze opiekę nad zamkiem i królestwem, wyruszył na spotkanie wroga. Żegnający go poddani głośno wiwatowali na cześć swego władcy i życzyli mu szybkiego zwycięstwa, po cichu jednak obawiali się, że siły nieprzyjaciela okażą się zbyt silne nawet dla najlepszych żołnierzy królestwa.

- Mówią, że ich wojsko jest tak liczne, że nie sposób ogarnąć go wzrokiem - szeptali między sobą - Ponoć strzały ich łuczników mogłyby przesłonić słońce, a z miast i wsi, przez które przechodzą zostają potem tylko popiół i zgliszcza.

Zofia również się martwiła, ale starała się zachować spokój i dodawała otuchy każdemu, kto przebywał w jej pobliżu, a jej uśmiech pomagał ludziom uwierzyć, że koniec końców wszystko dobrze się skończy.

Tymczasem król i jego ludzie w dość krótkim czasie dotarli do miejsca, gdzie miał oczekiwać ich nieprzyjaciel. Jednak to co zastali na miejscu, bardzo różniło się od widoku, którego oczekiwali. Obóz wroga wyglądał tak, jakby doszło tam do krwawej bitwy: wszyscy żołnierze leżeli martwi, ich namioty były poprzewracane, a broń połamana i niezdatna do użytku. Król kazał swoim ludziom dokładnie przeszukać okolicę, licząc na to, że znajdą kogoś, kto będzie mógł mu powiedzieć, co zaszło. Posłańcy wrócili jednak z niczym. Nigdzie, jak okiem sięgnąć, nie było żywej duszy. Król rozkazał więc rozbić obóz i wyznaczył żołnierzy, którzy mieli trzymać wartę na wypadek, gdyby ktoś miał zjawić się w nocy. Gdy już wszystko było gotowe udał się wraz z jednym z najbardziej zaufanych ludzi do swojego namiotu, a dwaj inni stanęli przy wejściu i pilnowali, by nikt nie zakłócał spokoju ich panu.

Zmrok zapadł już na dobre, kiedy nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się tam jakiś nieznany nikomu mężczyzna o czarnych włosach i drapieżnych rysach. Przybysz skierował się wprost do namiotu króla, a gdy wartownicy zagrodzili mu drogę włóczniami, te wyślizgnęły im się z rąk i same wbiły się w ich ciała. Obcy przeszedł po trupach i wkroczył do wnętrza. Na widok intruza towarzyszący królowi rycerz natychmiast dobył miecza i ruszył naprzód, gotowy bronić swojego pana, wystarczyło jednak jedno spojrzenie czarnookiego natręta, by wojownik stanął i przebił się własną bronią. 

Król wpatrywał się w przybysza ze zgrozą w oczach, a jego twarz była bielsza od śniegu. 

- Kim jesteś? - zapytał drżącym głosem - Dlaczego mnie niepokoisz?

- Nazywają mnie Nieznajomym - odrzekł przybysz - a to, co ujrzałeś w obozie wroga jest moim dziełem. Ocaliłem twoje królestwo i przychodzę po swoją nagrodę. 

- Czego żądasz? - zapytał król.

- Chcę poślubić twoją siostrę - oświadczył Nieznajomy - Z pewnością żaden król ani książę nie zasługuje na nią tak, jak ja.

Usłyszawszy te zuchwałe słowa, król wpadł w taki gniew, że zapomniał o strachu i, poderwawszy się z krzesła obrzucił Nieznajomego gradem obelg. Nazwał go kłamcą, oszustem, pyszałkiem i łotrem, oświadczył, iż nie wierzy w ani jedno jego słowo, a nawet jeśli mówi prawdę, to nadal nie daje mu to prawa, by takimi żądaniami obrażać zarówno księżniczkę, jak i jego samego. Przybysz cierpliwie wysłuchał tej przemowy i tylko uśmiechał się pod nosem. Gdy król w końcu zamilkł, Nieznajomy przemówił spokojnym, ale mrożącym krew w żyłach głosem:

- Sam nie wiesz, królu, jak wiele może cię kosztować odmowa. Potrafię naprawdę dużo, a kiedy wpadnę w złość, skutki mogą być dużo straszniejsze niż to, co widziałeś dzisiaj.

- Nie obchodzi mnie to. Nic co zobaczę ani usłyszę nie sprawi, że pozwolę ci choćby spojrzeć na Zofię.

- Oddasz mi swoją siostrę - powiedział Nieznajomy - albo zabiorę ci połowę twojego skarbca.

- Weź wszystko, jeśli zdołasz - odrzekł król - ale ja zdania nie zmienię.

- Wezmę twoją siostrę - oświadczył Nieznajomy - albo połowę twojego królestwa.

- Zabierz całe, jeśli potrafisz - odrzekł król - ale ja nie ustąpię.

- Twoja siostra - zagroził Nieznajomy - albo połowa twojego serca.

Na tę groźbę, król nie miał już odpowiedzi. Czuł, że stoi przed nim ktoś silniejszy i groźniejszy niż jakikolwiek przeciwnik, z jakim miał do tej pory do czynienia, a gdy zrozumiał, że Nieznajomy bynajmniej nie rzuca słów na wiatr, opuściła go niemal cała odwaga. Zbyt jednak kochał siostrę, by mógł wydać ją za mąż wbrew jej woli, a na samą myśl, że miałby powierzyć ją komuś, o kim nic nie wie i kto napawał go takim przerażeniem czuł, jak skręcają mu się wnętrzności.

- Nie mogę dać ci teraz odpowiedzi - powiedział w końcu  - Za tydzień będziesz musiał stawić się w pałacu i sam poprosić Zofię o rękę. Jeśli się zgodzi, nie będę się sprzeciwiał. 

Nieznajomy, usłyszawszy te słowa, uśmiechnął się triumfująco.

- A więc do zobaczenia! Za tydzień przybędę do twojego pałacu i sam się przekonasz, jak Zofia przyjmie moje oświadczyny.

Po czym zawiał wiatr, rozległ się ogłuszający świst i Nieznajomy zniknął. Król przez chwilę stał nieruchomo w osłupieniu, a potem wybiegł z namiotu i kazał wszystkim jak najszybciej zwinąć obóz. Sam, nie czekając, aż jego ludzie będą gotowi do drogi, dosiadł swojego rumaka i popędził galopem z powrotem do stolicy, chcąc jak najszybciej zobaczyć się z siostrą. 

Gdy Zofia zobaczyła swojego brata w pierwszej chwili bardzo się ucieszyła, potem jednak dostrzegła malujące się na jego twarzy wzburzenie i niepokój. Kiedy spytała go, dlaczego wrócił tak szybko, król z początku nic nie odpowiedział. Zabrał siostrę do swojej komnaty, zamknął drzwi na klucz i dopiero wtedy opowiedział wszystko o swoim spotkaniu z Nieznajomym. Księżniczka uważnie wysłuchała jego opowieści, a gdy skończył, milczała jeszcze przez chwilę, zastanawiając się, co można w tej sytuacji zrobić.

- Jeśli to, co powiedział Nieznajomy jest prawdą - powiedziała w końcu - niemądrze byłoby go prowokować ani wyzywać go do walki. Myślę jednak, że może istnieć sposób, by się od niego uwolnić. Kiedy się zjawi, pozwól mi z nim rozmawiać i wydawać mu rozkazy. Ale musisz mi przyrzec, że nie będziesz niczemu się dziwić, ani niczemu sprzeciwiać, choćby pomieszanie i gniew miały odebrać ci rozum. Zaufaj mi i uwierz, że niczego nie zrobię bez powodu. 

Król nie był pewny, czy powinien się zgodzić, w końcu jednak postanowił zaufać siostrze i złożył jej obietnicę, którą chciała usłyszeć. 

 Siedem dni upłynęło bardzo szybko i nadszedł w końcu moment, w którym miał zjawić się konkurent do ręki księżniczki. Życzeniem Zofii było, by cały dwór był obecny, gdy będzie przyjmować Nieznajomego, wszyscy zebrali się więc w sali tronowej, oczekując przybycia osobliwego gościa. Straż przy pałacowej bramie pełniło trzy razy więcej wartowników niż zwykle, dano im też rozkaz, by, jak tylko zobaczą, że ktoś zbliża się do zamku, natychmiast donieśli o tym królowi. Mimo to Nieznajomy zdołał jakoś dostać się do wnętrza niezauważony przez nikogo. Po prostu wyrósł jak spod ziemi w samym środku sali, wywołując popłoch wśród zgromadzonych tam ludzi, po czym pokłonił się przed siedzącą obok króla księżniczką i przemówił do niej:

- Przybywam z dalekich stron, ale nawet tam dotarły wieści o twoim przenikliwym umyśle i czarującej twarzy. Pewnie wiesz już, jak wiele ty i twój brat mi zawdzięczacie. Jeśli zechcesz spojrzeć na mnie przychylnie i pozwolisz, bym zabrał cię do swojego domu jako małżonkę mogę ci przyrzec, że nie ma takiej potęgi, której nie będę w stanie rzucić do twoich stóp. Powiedz mi “tak”, a zyskasz więcej, niż kiedykolwiek zdołałabyś sobie wymarzyć; powiedz “nie”, a będziesz żałować do końca życia.

Zofia wstała i patrząc Nieznajomemu w oczy odpowiedziała mu tak:

- Wiele o tobie słyszałam i bardzo chciałabym przekonać się, czy istotnie jesteś tak mądry, potężny i niezwyciężony jak mówią. Jeżeli zdołasz spełnić moje trzy życzenia, masz moją rękę.

- Rozkazuj, wielmożna pani - odrzekł Nieznajomy.

Zofia przez chwilę udawała, że się zastanawia, po czym wypowiedziała swoje pierwsze życzenie:

- Słyszałam niegdyś o błękitnej perle, która spoczywa na dnie oceanu. Podobno jest tak duża, że trzeba ją trzymać obiema rękami, a w jej wnętrzu można dostrzec płomyki we wszystkich kolorach tęczy. Przynieś mi ją. 

Gdy zgromadzeni w sali ludzie usłyszeli, czego żąda Zofia, byli przekonani, że już udało jej się pozbyć zalotnika, gdyż nikt nie byłby w stanie wykonać tak trudnego zadania. Nieznajomy nie wyglądał jednak na zmieszanego. Chwilę milczał, po czym sięgnął w zanadrze i wyciągnął stamtąd błękitną perłę, dokładnie taką, jakiej chwilę wcześniej zażyczyła sobie księżniczka.

- Kiedy twój brat zaprosił mnie do swego pałacu, od razu pomyślałem, iż wypadałoby przynieść jakiś dar dla damy, którą chcę prosić o rękę. Uznałem, że zasługujesz na coś wyjątkowego, więc zdobyłem dla ciebie tę perłę, zanim zdążyłaś o nią poprosić. Jak widzisz nie ma takiego czynu, którego nie mógłbym dokonać, zwłaszcza jeśli mogę dzięki temu zyskać w twoich oczach.

- Wobec tego oddaj mojemu bratu tych trzech ludzi, których mu zabrałeś - odpowiedziała Zofia. 

W odpowiedzi Nieznajomy skinął dłonią, a drzwi do sali tronowej otwarły się na oścież i weszli przez nie trzej rycerze, których wszyscy mieli za zmarłych. Poruszali się dziwnie sztywno, ich twarze były blade, a oczy puste, ale nikt nie mógł wątpić, że zalotnikowi udało się spełnić życzenie Zofii.

- Czy to wystarczy, bym mógł zostać twoim oblubieńcem? - zapytał Nieznajomy.

- Zanim dam ci odpowiedź - odrzekła na to Zofia - chcę cię poprosić o jeszcze jedną przysługę. Nie obawiaj się, to zadanie będzie najprostsze ze wszystkich. 

- O co chcesz mnie prosić, księżniczko?  

- O pocałunek. 

Gdy król usłyszał te słowa, w pierwszej chwili chciał zaprotestować, ale przypomniał sobie złożoną siostrze obietnicę i pozwolił jej wyjść na środek sali. Księżniczka podeszła do zalotnika, przymknęła oczy i nachyliła się w jego stronę, czekając na pocałunek, a on nie zawahał się skorzystać z tego niemego zaproszenia. W momencie gdy ich wargi zetknęły się ze sobą, Zofia ukradkiem wsunęła Nieznajomemu do ust pewien kamień, który dotąd miała schowany pod językiem. Mężczyzna dostał nagłych drgawek, osunął się na kolana, wydał z siebie przeraźliwy wrzask, po czym przemienił się w obłok czarnego dymu i umknął przez uchylone okno. W tym samym momencie trzech rycerzy, których Nieznajomy miał przywrócić do życia, rozsypało się w proch. Wtedy Zofia podniosła z ziemi mały, błyszczący kamień i pokazała go zgromadzonym. Był to granat.

- Jeszcze chwilę temu przebywał między nami demon - powiedziała głośno i wyraźnie, by wszyscy ją usłyszeli - Nie wiem, co go tu zwabiło, ani jakie miał wobec nas plany, ale z pewnością powinniśmy mieć się na baczności, bo drugi raz możemy nie mieć tyle szczęścia. A przede wszystkim musimy od tej pory wystrzegać się wszystkiego, co złe i przewrotne, bo kto wie, czy to nie my sami nieopatrznie nie ściągnęliśmy na siebie niebezpieczeństwa?

Wszyscy, którzy słuchali tej przemowy dziwili się przenikliwości i sprytowi księżniczki Zofii, nikt jednak nie był tak poruszony całym zajściem, jak jej brat. Choć ani jedno słowo czy nawet spojrzenie siostry nie oskarżało go wprost, jej przemowa obudziła śpiące od dawna sumienie króla, a ono od razu podszepnęło mu, że nikt swoim postępowaniem tak bardzo nie nęcił złych mocy jak on sam. Myśl, że swoim bezmyślnym i samolubnym postępowaniem naraził królestwo i własną siostrę na niebezpieczeństwo prześladowała go do tego stopnia, iż odtąd dwa razy zastanawiał się nad każdym wydawanym rozkazem i bardziej niż kiedykolwiek starał się trzymać swój gwałtowny charakter na wodzy. Także i inni świadkowie tej osobliwej sceny zaczęli obawiać się, że demon zjawi się po raz kolejny, zaczęli więc szukać sposobów, by się przed nim ochronić. Przez pewien czas wszyscy na dworze nosili biżuterię z granatów, a Zofia kazała postawić w swojej komnacie trzy donice z rozmarynem, które sama regularnie podlewała, by mieć pewność, że zioła nie zwiędną. Gdy jednak od odwiedzin Nieznajomego minęły tygodnie, a potem miesiące w czasie których nie wydarzyło się nic szczególnie niepokojącego, wszyscy uwierzyli, że niebezpieczeństwo już minęło. Nawet przezorna księżniczka przestała w końcu myśleć o demonie, a kiedy zakładała granaty i dbała o zioła, robiła to raczej z przyzwyczajenia. 

Jednak nie tak łatwo było pozbyć się złej mocy, którą już raz wpuściło się do swego domu. Którejś nocy, jak tylko król położył się do łóżka, przez otwarte okno wleciał do jego komnaty kruk i usiadł na wezgłowiu. Mężczyzna spróbował go przegonić, ale wtedy ptak przemówił ludzkim głosem.

- Popełniasz błąd, obdarzając siostrę tak wielkim zaufaniem - zaskrzeczał - Lud sprzyja jej dużo bardziej niż tobie, a ona sama pewnie niedługo znudzi się staniem w twoim cieniu i zapragnie twojej korony dla siebie. Lepiej zacznij bacznie ją obserwować i kilka razy się zastanów, zanim usłuchasz jej rady lub powierzysz jej jakieś ważne zadanie, bo inaczej marny twój los!

- Zofia jest dobra i lojalna - odpowiedział król.

- I na tyle mądra, by była w stanie oszukać nawet demona. Naprawdę wierzysz, że gdyby tylko zechciała, nie udałoby się jej zwieść i ciebie? Może już w tej chwili zastanawia się, jak się ciebie pozbyć?

Rozgniewany król rzucił w kruka poduszką, a ten głośno zaskrzeczał, w sposób, który trochę przypominał śmiech, a trochę pogardliwe prychnięcie, po czym wyfrunął przez okno. Mężczyzna został sam, ale nie zmrużył oka aż do rana, gdyż ponure myśli nie pozwalały mu zasnąć i nie pozwalały się odpędzić.

Kruk więcej nie wrócił do pałacu, ale król wcale nie sypiał przez to lepiej. Od tamtej nocy zaczęły bowiem dręczyć go nocne koszmary, w których widział Zofię spiskującą z wrogami królestwa, przygotowującą trucizny albo zakradającą się nocą do jego komnaty ze sztyletem w dłoni. Z początku starał się nie myśleć o tych snach, ale z czasem zaczął coraz częściej zadawać sobie pytanie, czy jego siostra na pewno nie byłaby zdolna do zdrady. Poza tym, przez to, że na różne sposoby starał się pozbyć senności i niemal nigdy nie był już wypoczęty, stał się jeszcze bardziej drażliwy niż przedtem, a najdrobniejsza rzecz była w stanie wyprowadzić go z równowagi. Zofia zauważyła zmianę w usposobieniu brata, ale nie była w stanie odgadnąć jej przyczyny, a kiedy próbowała o to pytać, król zbywał ją półsłówkami lub ostrym tonem nakazywał jej zostawić go w spokoju. W końcu księżniczka przestała go nagabywać licząc na to, że z czasem wszystko wróci do normy. I tak mijały miesiące, a brat i siostra coraz bardziej oddalali się od siebie; on z każdym dniem stając się bardziej podejrzliwy i nieczuły, ona - pogrążając się w coraz większym smutku. 

Aż w końcu nadszedł dzień, w którym król wydał ucztę z okazji swoich urodzin. Zofia chciała podarować mu z tej okazji parę pięknych, haftowanych perłami rękawiczek, a ponieważ przez cały dzień nie udało jej się pomówić z nim na osobności, postanowiła wręczyć mu prezent podczas biesiady. Na oczach wszystkich zebranych podała bratu puzderko, a gdy je otworzył, złożyła mu serdeczne życzenia, uśmiechając się przy tym tak życzliwie, że nikt nie mógłby uwierzyć, by między tą dwójką mogło kiedykolwiek dojść do jakiegokolwiek nieporozumienia. Król nic nie odpowiedział, tylko przyglądał się rękawiczkom z ponurą miną. Potem chwycił je za palce i mocno nimi potrząsnął, a wtedy z wnętrza każdej z nich wypadł wielki, jadowity pająk. Na widok tych stworzeń wszyscy obecni aż wzdrygnęli się z obrzydzenia, natomiast Zofia, którą ten widok zaskoczył i przeraził jeszcze bardziej niż pozostałych, omal nie zemdlała. Król chwycił jeden z leżących na stole noży i rozpłatał nim obydwa pająki, a potem wskazał nim swoją bladą, drżącą siostrę, na którą teraz skierował się wzrok biesiadników.

- Już od dawna podejrzewałem, że dybiesz na moje życie - wycedził - A teraz mam na to dowód!

Zofia zaklinała się, że nigdy podobna myśl nie przyszła jej do głowy i zaczęła błagać brata, by pozwolił jej przynajmniej przemówić w swojej obronie. Zaślepiony gniewem król nie chciał jednak słuchać jej wyjaśnień. Rzucił tylko w stronę siostry nienawistne spojrzenie po czym odwrócił się do niej plecami i kazał natychmiast skrócić ją o głowę. A kiedy gwardziści wyprowadzali księżniczkę z sali, jeden z nich przypadkiem zsunął z jej nadgarstka złotą bransoletkę z granatami, a ta upadła na podłogę. 

Zofię zaprowadzono na szafot, gdzie czekał już kat z naostrzonym toporem. Ten jednak, zaledwie księżniczka złożyła głowę na pieńku, odrzucił broń i zdjął kaptur, a wtedy wszyscy zobaczyli jego twarz. Była upiornie sina, oczy przypominały rozżarzone węgle, a spomiędzy szarych, wąskich warg wystawały ostre jak u rekina zęby. W mgnieniu oka na jego plecach pojawiły się wielkie, błoniaste skrzydła, na głowie - ogromne rogi, a paznokcie zmieniły się w długie, zakrzywione szpony.

Potwór pochwycił księżniczkę i uniósł ją w przestworza. Lecieli ponad chmurami, tak wysoko, że Zofia nie była w stanie dostrzec z góry, czy ma pod sobą ziemię, czy morze. Zimny wiatr przenikał ją do szpiku kości, a szpony potwora boleśnie wrzynały się w jej ciało. W końcu jednak, po wielogodzinnej podróży dziwne stworzenie zaczęło szybować w dół i skierowało się ku skalistej wysepce pośrodku burzliwego oceanu. Stał tam zamek zbudowany w całości z ludzkich kości i czaszek, otoczony wysokim murem. Gdy stwór niosący księżniczkę znalazł się tuż nad ziemią, puścił swoją ofiarę, a potem sam wylądował na dziedzińcu tuż obok niej. Wtedy potwór znów zmienił swoją postać, a Zofia rozpoznała w nim Nieznajomego. Demon spojrzał przerażonej księżniczce prosto w oczy, a na jego twarzy pojawił się drwiący uśmiech.

- Myślałaś, że tak łatwo zdołasz się mnie pozbyć? Nie chciałaś pójść ze mną gdy prosiłem i przynosiłem dary, więc zabrałem cię bez pytania. Teraz należysz do mnie. Nikt cię tu nie znajdzie, nigdy nie zdołasz stąd uciec, a nawet gdyby ci się udało, to i tak nie masz już dokąd wracać. A zostaniesz tu tak długo, dopóki twoje serce nie zmieni się w lód, a ty nie staniesz się tak okrutna jak ja.

Na te słowa Zofia dumnie się wyprostowała i oświadczyła, że woli umrzeć tysiąc razy niż służyć demonowi i, a żadne obietnice, groźby, ani nawet tortury nie sprawią, iż zmieni zdanie. Nieznajomy wysłuchał jej niewzruszony, a gdy skończyła, rzucił jej kpiące spojrzenie i powiedział:

- Jesteś tylko człowiekiem. Znajdę na ciebie sposób.

A potem zabrał ją do zamku, gdzie czekało już na nią stado upiorów. 

Zofia spędziła w tym strasznym miejscu siedem długich lat. Przez cały ten czas Nieznajomy robił co mógł, by zmusić ją do zmiany usposobienia: pokazywał jej straszliwe obrazy wojen, zabójstw, zdrad i wszelkiego rodzaju niegodziwości, jakich każdego dnia dopuszczali się podobni jej ludzie; opowiadał jej, z jaką łatwością był w stanie wiele razy nakłonić zarówno możnych jak i ubogich do tego, by zwrócili się przeciw najbliższym, zapominali o doznanych dobrodziejstwach, a na wspomnienie najdrobniejszej krzywdy napełniali się nienawiścią; opisywał jej, jak wiele rozkoszy może dać jej uśpienie własnego sumienia i rozsmakowanie się w okrucieństwach. Upiory, których zawsze pełno było w zamku i które nie bały się niczego, prócz gniewu demona dręczyły księżniczkę dniami i nocami. Robiły to dla zabawy, ale też po to, by strach i ból dokonały tego, czego namowy i obietnice nie były w stanie. Jednak Zofia miała w sobie tyle siły, że, choć z każdym dniem, który spędzała w kościanym zamku coraz bardziej pragnęła śmierci, wciąż opierała się swoim oprawcom. Wiele razy próbowała też uciec z wyspy, ale za każdym razem komuś w ostatniej chwili udawało się jej przeszkodzić. 

W końcu demon stracił cierpliwość. Którejś nocy znów przybrał postać rogatego potwora, chwycił szponami Zofię i wzbił się wraz z nią w niebo, coraz bardziej oddalając się od kościanego zamku. Tym razem zaniósł ją na szczyt wulkanu i postawił na krawędzi. Gdy Zofia poczuła żar bijący z wnętrza krateru i wydobywające się stamtąd trujące opary, przerażona padła na kolana i zaczęła błagać o darowanie życia zapewniając, że zrobi wszystko, czego tylko zażąda od niej zły duch.

- Myślisz, że dam ci się oszukać po raz kolejny? Już ja dobrze znam twoje sztuczki! - warknął Nieznajomy i wyciągnął szponiaste łapy w stronę księżniczki.

- Przysięgam na swą duszę i na koronę moich przodków - odpowiedziała Zofia - że już zawsze będę ci posłuszna i porzucę wszystko, co do tej pory uważałam za dobre i prawe, ale najpierw pozwól mi zrobić jedną rzecz.

- Czego chcesz? - spytał demon.

- Zemsty. Mój brat musi zapłacić za to, co mi zrobił i chcę dokonać tego sama.

Nieznajomy przez chwilę rozważał słowa Zofii.

- Zabiorę cię do jego pałacu - powiedział w końcu - ale przez cały czas będę ci towarzyszyć. Nie myśl, że spuszczę cię z oka choćby na sekundę.

- Niech tak będzie - odpowiedziała Zofia.

Chwilę później obydwoje byli już w królewskim pałacu, w małej spiżarni obok kuchni. Nieznajomy znów przybrał ludzką postać i miał na sobie strój kuchcika, natomiast Zofia była przebrana za pokojówkę.

- Opowiem ci teraz, co się tu działo pod twoją nieobecność - powiedział Nieznajomy - Gdy król dowiedział się, co się z tobą stało, rozesłał swoich ludzi na wszystkie strony świata, a ponieważ żadnemu z nich nie udało się natrafić na twój ślad, w końcu zaniechał poszukiwań i postanowił, że zrobi wszystko, by o tobie zapomnieć. Zaczął więc oddawać się hulankom i żyć rozpustnie, a jego charakter tak bardzo zmienił się na gorsze, że wystarczyło jedno zgrzytnięcie jego zębów, by ludzie mdleli z przerażenia. W końcu zaraził się pewną ciężką, nieuleczalną chorobą i już od miesiąca leży w łóżku straciwszy jakąkolwiek nadzieję na to, że kiedykolwiek wstanie o własnych siłach. Co na to powiesz, Zofio?

Zofia zmarszczyła czoło jakby zastanawiając się nad czymś i po chwili milczenia powiedziała:

- Szkoda, że nie ma tu żadnej żmii ani skorpiona.

- A co byś zrobiła, gdybyś je miała? - spytał Nieznajomy.

- Zaniosłabym do komnaty króla - odpowiedziała Zofia - Zakradłabym się tam nocą ze świecą w dłoni, ubrana na biało i obsypana mąką tak, bym wyglądała jak zjawa. Taki widok z pewnością wystarczy, by śmiertelnie przerazić chorego, osłabionego człowieka. Następnie rzuciłabym w niego jadowitym stworzeniem, a kiedy próbowałby je z siebie strząsnąć, podeszłabym bliżej i podpaliła kotary jego łóżka. Wtedy mogłabym z przyjemnością patrzeć, jak kona w męczarniach, zwłaszcza że ty na pewno byłbyś w stanie dopilnować, by nikt mi w tym nie przeszkodzić. Wszystko, co potrzebne mogę znaleźć tutaj - brakuje mi tylko żmii lub skorpiona. 

- Nic prostszego - odpowiedział na to Nieznajomy, po czym przemienił się w skorpiona. Zofia zerknęła przez okienko i uśmiechnęła się widząc, że właśnie miało wzejść słońce. 

- Nie ruszaj się, dopóki nie będę gotowa - powiedziała, po czym zdjęła z półki gliniane naczynie z mąką. Jednak zamiast, jak zapowiadała, wysypać całą jego zawartość na siebie, niespodziewanie uderzyła nim skorpiona w głowę. Potem zrobiła to po raz drugi, trzeci i czwarty, aż w końcu jadowite stworzenie stało się niepodobną do niczego plamą cuchnącej masy. 

Zofia jeszcze przez jakiś czas siedziała na podłodze w spiżarni wpatrując się w ścianę, w końcu jednak uwierzyła, że jest już bezpieczna, a wtedy wstała i poszła do kuchni. W jej drzwiach natknęła się na starą kucharkę. Kobieta nie poznała jej, bo siedem lat nieszczęścia odcisnęło tak silne piętno na twarzy Zofii, że chyba tylko któryś z jasnowidzących byłby w stanie rozpoznać w niej księżniczkę. Wcisnęła jej do ręki tacę z jedzeniem i kazała zanieść choremu królowi śniadanie. Zofia posłusznie udała się na górę, cichutko weszła do komnaty króla, położyła tacę obok łóżka i odsunęła zasłony, wpuszczając do wnętrza promienie porannego słońca. Dopiero wtedy spojrzała na brata. Od razu dostrzegła jak bardzo wychudł i pobladł, jak przerzedziły się jego włosy a oczy zapadły się i zmętniały.

Zofia podeszła do niego, otarła mu pot z czoła i zapytała:

- Czy nadal boisz się pająków, Wasza Wysokość?

Wtedy król otworzył oczy, spojrzał siostrze w twarz i rozpoznał ją.

- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał - Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek cię zobaczę. Co się z tobą działo przez te wszystkie lata?

- Byłam daleko, dalej niż kiedykolwiek udało się dotrzeć komukolwiek z mieszkańców tego królestwa, w smutnym, ohydnym miejscu, podobnym do tych, jakie widuje się w najmroczniejszych snach - odrzekła Zofia - Żywiłam się bólem, piłam gorzkie łzy, a do snu kołysała mnie tęsknota. 

- Opowiedz mi o wszystkim - poprosił król.

Zofia opowiedziała mu o skalistej wyspie, kościanym zamku, o upiorach i o demonie, który nad nimi panował. Z każdym wypowiadanym przez nią słowem oczy króla otwierały się coraz szerzej, jego twarz robiła się coraz bardziej blada, a serce biło coraz szybciej. Gdy skończyła, mężczyzna milczał przez chwilę, a potem ujął dłoń siostry i przycisnął ją sobie do ust, gdyż tylko w ten sposób był w stanie wyrazić, jak bardzo poruszyła go opowieść Zofii.

Potem król wezwał swoich doradców.

- Nie proszę cię o wybaczenie, bo wiem, że na nie nie zasługuję - powiedział siostrze - Ale pozwól mi przynajmniej zwrócić ci to, co kiedyś niesłusznie ci odebrałem.

I kazał zapisać w księgach, że księżniczka dowiodła swojej niewinności, więc od teraz znów ma być jego jedyną spadkobierczynią i dziedziczką tronu. Gdy już odeszli, król powiedział:

- Czuję, że już niedługo pożegnam się z tym światem, ale cieszę się, że mogłem zobaczyć cię jeszcze choć jeden raz. Jeśli chcesz teraz odejść, odejdź - i w jego oczach po raz pierwszy od lat pojawiły się łzy.

A kiedy Zofia dostrzegła, że jej brat jest szczerze skruszony, wzruszyła się i przebaczyła mu z całego serca.

Król umarł dwa dni później, do ostatniej chwili trzymając siostrę za rękę. Zaraz po pogrzebie odbyła się uroczysta koronacja i Zofia zasiadła na tronie swoich przodków. A ponieważ tak wiele czasu spędziła w niewoli zła, pragnęła już zawsze widzieć wokół siebie dobro i sprawiedliwość i dzięki temu stała się królową, jakiej nikt ani wcześniej, ani później nie widział.