Pewnym małym, nadmorskim krajem władała samolubna i nieczuła królowa. Zawsze miała na względzie tylko swoją wygodę i nikt nigdy nie mógł powiedzieć, że okazała mu pomoc czy współczucie. A nikt nie miał więcej powodów, by się na nią uskarżać, niż pałacowa służba. To właśnie oni najczęściej padali ofiarą jej złego humoru. Dla nikogo nie miała litości: lokajów biła po twarzy, pokojówki szarpała za włosy, kopała i szturchała każdego, kto akurat był w pobliżu, gdy cokolwiek ją rozgniewało, a wyzwisk i ostrych słów nie żałowała nikomu. Czy można się więc dziwić, że trudno byłoby znaleźć w jej otoczeniu choć jedną osobę, która nie życzyłaby królowej wszystkiego najgorszego? Oczywiście nikt nie ośmieliłby się okazać jej choćby cienia nienawiści, ale często, gdy byli pewni, że nikt ich nie słyszy, służący i służące przeklinali swoją panią, uskarżając się na zły los, który zmuszał ich do tego, by jej usługiwać i ją znosić. Wielu z nich myślało o tym, by uciec z pałacu, ale nikt nigdy się na to nie odważył ze strachu przed pościgiem i karą, która mogła ich spotkać. A poza tym, dokąd mieliby pójść? Przecież w całym królestwie panowała straszna bieda, a żadne z nich nie miało grosza przy duszy. Skończyło się więc na tym, że służący przeklinali swój los, ale i tak go znosili, nie widząc żadnego sposobu, by się od niego uwolnić.
Aż w końcu dla kilku z nich stosowna chwila nadeszła, kiedy królowa postanowiła wysłać swojego synka do zamku na wybrzeżu. Kazała spakować kosztowne stroje i zabawki królewicza, przygotować wspaniały powóz i wyznaczyła ludzi, którzy mieli strzec chłopca i opiekować się nim. Sama miała natomiast pozostać w stolicy.
Królewicz i jego świta wyruszyli w drogę z samego rana. Wszystko szło dobrze do chwili, gdy kareta oddaliła się od królewskiego pałacu i przejeżdżała wzdłuż wybrzeża. Ci, którzy prowadzili orszak, skierowali się w stronę morza. Tam zatrzymali się na chwilę, a wtedy słudzy wsadzili małego księcia do worka i wrzucili do wody, a sami czym prędzej odjechali karetą zabierając ze sobą wszystko, co było w środku.
W gronie uciekinierów była też młoda dziewczyna imieniem Róża, która do tej pory pomagała księciu się ubierać i sprzątała jego pokój. Nigdy nie życzyła chłopcu źle, ale gdy jej towarzysze postanowili go zamordować, była zbyt przerażona, by się im sprzeciwić. Stała więc z boku i patrzyła ze zgrozą na całą scenę. Gdy jej towarzysze uciekli z miejsca zbrodni, podążyła za nimi, ale z każdą chwilą ci ludzie budzili w niej coraz większy wstręt, a sumienie dręczyło ją coraz bardziej. W nocy, kiedy wszyscy ułożyli się do snu, ona jedna długo nie mogła zasnąć, gdyż nękały ją ponure myśli, a jej serce stało się ciężkie niczym głaz. W końcu wstała, dosiadła jednego z koni i pognała w miejsce, gdzie po raz ostatni widziała małego księcia. “Być może jakoś udało mu się przeżyć” pomyślała. “A jeśli nie, to może chociaż odnajdę jego ciało”.
Róża przez długie godziny na przemian biegała po wybrzeżu nawołując księcia i próbowała nurkować w wodzie, licząc, że coś wypatrzy. Ale nikt nie odpowiadał na jej wołanie, a kiedy próbowała pływać, fale natychmiast spychały ją z powrotem na brzeg. Kiedy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi, niebo pokryły ciemne chmury. Niedługo potem zaczął padać deszcz i powiał silny wiatr, a fale ryczały tak groźnie, że przerażony koń przegryzł lejce i uciekł do lasu.
Wtedy zrozpaczona Róża, stojąc po kolana w wodzie, zawołała ile sił w płucach:
- O, panie mórz, jeśli nie możesz oddać mi księcia, zabierz mnie tam, gdzie zaniosłeś i jego!
Jak tylko wymówiła te słowa, zjawiła się fala, która uniosła dziewczynę ze sobą. Róża zacisnęła powieki i wstrzymała oddech sądząc, że nadeszła już jej ostatnia godzina. Prąd jednak nie zaciągnął jej na dno, a zamiast tego zaniósł ją wzdłuż brzegu, przeprowadził przez skalny korytarz i w końcu wypchnął z powrotem na powierzchnię.
Dziewczyna znalazła się w podziemnej grocie, nad brzegiem małej sadzawki. Gdy się rozejrzała, dostrzegła opartą o jedną ze ścian drabinę i wspięła się po niej. Gdy była już na szczycie, zobaczyła przed sobą drzwi i nacisnęła klamkę. Tak dostała się do tonącego w półmroku skalnego korytarza. Po jednej jego stronie dostrzegła ogromne stosy pereł, znacznie wspanialszych niż te, które znajdowały się w królewskim skarbcu. Po drugiej natomiast ustawione było mnóstwo bursztynowych rzeźb różnych stworzeń: przede wszystkim ryb, ale znalazły się tam też pająki, myszy, nietoperze, a nawet ludzie. Wszystkie zaś były naturalnej wielkości i tak starannie wykonane, że nawet najzdolniejszy rzeźbiarz w królestwie nie byłby w stanie ich skopiować. Jednak widok tych wszystkich skarbów budził w sercu Róży jakiś dziwny niepokój więc jak tylko dostrzegła kolejne drzwi od razu pobiegła w ich stronę. Po ich otwarciu znalazła się w innej sali, pełnej złotych klatek, a w każdej z nich spało jedno dziecko. Tylko jeden chłopiec w najodleglejszym kącie podniósł się na widok Róży, a gdy dziewczyna do niego podbiegła, rozpoznała królewicza. Klatka, w której siedział, była zamknięta na kłódkę, a on sam nie wiedział, gdzie szukać klucza. Róża musiała więc zostawić chłopca i sama wejść do kolejnej sali. Ta z kolei pełna była złota, srebra i rozmaitych klejnotów. Jednak myśl o zamkniętych w klatkach dzieciach nie pozwoliła Róży się przy nich zatrzymać. Gdy zrozumiała, że tu nie znajdzie tego, czego szuka, chciała iść dalej, ale niespodziewanie drogę zagrodził jej jakiś chudy, przygarbiony człowiek, z błyskiem chytrości w zimnych oczach.
- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał srogim głosem.
- Okręt, którym płynęłam, zatonął podczas sztormu, a fale przyniosły mnie do jaskini w dole - drżącym głosem odpowiedziała Róża.
Mężczyzna krzywo się uśmiechnął i odrzekł:
- Tak, morze ciągle coś tam przynosi. A ja jestem kolekcjonerem, który zbiera to, co rzadkie i cenne, by mój skarbiec wciąż się powiększał.
- Ale dlaczego więzisz dzieci w klatkach?
- Wielu ludzi uważa, że dziecko to skarb - wyjaśnił Kolekcjoner - A dopóki tu są, mam pewność, że nigdy nie zabraknie mi pereł. Musisz wiedzieć, że kiedy ktoś tu zapłacze, jego łzy zmienią się w perły, a każde stworzenie, które tu umrze, przemieni się w bursztyn.
- Musi ci być bardzo trudno samemu dbać o to wszystko - powiedziała Róża - Nie sądzisz, że przydałby ci się ktoś do pomocy? Mogłabym dbać o porządek w twoim domu i za ciebie doglądać dzieci.
Kolekcjoner namyślił się.
- Dobrze, jeśli potrafisz być użyteczna, możesz tu zostać - powiedział w końcu.
Od tej pory Róża zajmowała się domem Kolekcjonera. Oprócz utrzymywania go w czystości zanosiła też jedzenie zamkniętym w klatkach dzieciom. Czule przy tym do nich przemawiała i starała się je pocieszać, one jednak nie przestawały płakać. Róża zbierała wszystkie powstałe w ten sposób perły i zanosiła je do pokoju, w którym znajdowały się pozostałe, ale te, w które zmieniały się jej własne łzy, chowała do kieszeni. I tak mijały długie tygodnie.
Któregoś dnia Kolekcjoner wezwał do siebie Różę i powiedział jej:
- Już od dawna w moim skarbcu nie pojawiło się nic nowego i nadzwyczajnego. Za to ty służysz mi tak dobrze, że należy ci się jakaś nagroda. Pobierzmy się - nieraz słyszałem, jak ludzie mówią, że nie ma cenniejszego skarbu niż piękna i dobra żona.
Róża roześmiała się, słysząc te oświadczyny.
- Widać, że już dawno nie wychodziłeś z podziemi, skoro sądzisz, że jestem piękna. Czy nie widzisz, jak blada jest moja twarz, jak mętne są moje oczy, jak szorstkie i czerwone mam dłonie? Jeśli chcesz mieć żonę, którą będziesz mógł się chwalić, nie czekaj, aż sama się zjawi, tylko idź sam jej poszukać.
Kolekcjoner po namyśle przyznał jej rację. Kazał Róży doglądać domu i dzieci, po czym narysował palcem trójkąt na jednej ze ścian, a wtedy otworzyły się ukryte drzwi, za którymi były schody prowadzące na zewnątrz. Kiedy wyszedł, dziewczyna odczekała jakiś czas, a potem od razu zaczęła organizować ucieczkę. Prędko udało jej się znaleźć klucze, a wtedy wypuściła dzieci z klatek, po czym wydostała się wraz z nimi na powierzchnię w taki sam sposób, jak wcześniej zrobił to Kolekcjoner. Potem wszyscy co sił w nogach pobiegli przed siebie i nie zatrzymali się, dopóki nie znaleźli się na tyle daleko, by odwróciwszy się w tył, nie mogli już dostrzec morza.
Pereł, które Róża wciąż nosiła w kieszeni, było na tyle dużo, by można było kupić za nie dom zdolny pomieścić wszystkie dzieci. Zamieszkali więc razem i od tej pory wiedli spokojne życie pod dachem, gdzie wiecznie rozbrzmiewał śmiech.
Tymczasem królowa wysłała swoich ludzi na poszukiwanie syna, a gdy wszyscy wrócili z niczym, uwierzyła, że chłopiec nie żyje. Szybko pogodziła się ze stratą, ale bardzo martwiło ją, że nie ma dziedzica, a ponieważ ojciec chłopca nie żył już od lat, postanowiła jak najszybciej wyjść za mąż. Kazała wszem i wobec ogłosić, że szuka godnego siebie mężczyzny, którego mogłaby poślubić.
Gdy te wieści doszły do uszu Kolekcjonera, postanowił udać się do pałacu, by prosić królową o rękę. Kiedy ta zobaczyła niemłodego już, szpetnego i brzydko ubranego mężczyznę, w pierwszej chwili tylko pogardliwie się roześmiała, ale opowieści o jego majątku i cudownych właściwościach miejsca, w którym mieszkał, zaciekawiły ją na tyle, że zgodziła się z nim pójść, by zobaczyć te cuda na własne oczy.
Kiedy dotarli na miejsce, królowa kazała swoim gwardzistom zaczekać przed wejściem, a sama zeszła wraz z Kolekcjonerem do podziemi. Długo przyglądała się zawartości jego skarbca, a potem powiedziała:
- Widzę, iż jesteś równie zamożny jak ja, ale skąd mam wiedzieć, że nie kłamałeś mówiąc o czarodziejskich właściwościach tego miejsca?
Wtedy Kolekcjoner złapał szczura, wyjął zza pasa sztylet i przebił nim zwierzę, a wtedy przemieniło się ono w bursztynową rzeźbę.
- Teraz mi wierzysz, pani? - zapytał królową.
Królowa wzięła do ręki bursztynowego szczura i zmarszczyła brwi.
- Pokaż mi ten sztylet - powiedziała, a gdy Kolekcjoner jej go podał, zatopiła ostrze w jego sercu.
Potem chciała wezwać swoich ludzi, by ci pomogli jej wynieść kosztowności. Nie wiedziała jednak, że ci, jak tylko zeszła do podziemi, przywalili wejście głazem i uciekli. Królowa została w podziemnym domu sama i nikt nie był w stanie usłyszeć jej krzyków.
Kilka dni później morze wyrzuciło na brzeg bursztynowy posąg kobiety z koroną na głowie. Natomiast królowej nikt już więcej nie widział.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz