czwartek, 16 marca 2023

Dzieci Zitara

        Minęło wiele lat od dnia, w którym z wnętrza ziemi wyłoniło się dziesięcioro pierwszych ludzi. Bogowie z początku obawiali się puścić ich samych w świat, później jednak przekonali się, że spryt, odwaga i wyobraźnia, którymi obdarzyli te stworzenia w zupełności wystarczą, by przetrwać. Pierwsi ludzie musieli co prawda jeść dziko rosnące owoce, a polowali tylko za pomocą kijów i kamieni, ale ich dzieci zaczęły już używać prostych narzędzi, natomiast wnuki prędko nauczyły się uprawiać ziemię i oswajać zwierzęta. Kiedy dorosło czwarte pokolenie, jego przedstawiciele mieszkali w zbudowanych przez siebie chatach, kopali pierwsze studnie i wytwarzali coraz lepszą broń, która pozwalała im bronić swojego dobytku.

Wtedy jednak zaczęło dziać się z nimi coś niedobrego. Stali się złośliwi i samolubni, przestali też dbać o siebie nawzajem. W wypowiadanych przez nich słowach było coraz więcej jadu, natomiast rąk używali, by zadawać ciosy, a nie by pomagać innym. Chowali się tchórzliwie w swoich domach, a ich drzwi zawsze były zamknięte dla potrzebujących. Ludzie zaczęli też zazdrościć sobie nawzajem, choć i tak wszyscy mieli niewiele, bo brakowało im odwagi potrzebnej, by zdobyć coś cennego. Wyglądało na to, że wady tych istot ostatecznie zdławiły ich zalety, przez co nigdy nie staną się niczym więcej niż nędznymi, żałosnymi, podłymi istotami, gorszymi od zwierząt, bo czynią zło, wiedząc czym ono jest.

Widząc to, zatroskani bogowie zebrali się któregoś dnia, licząc na to, że wspólnie znajdą sposób, by sprowadzić ludzi z powrotem na dobrą drogę. Prawie każdy z nich miał jakąś propozycję. Nazelia, jak zawsze troskliwa i łagodna, przekonywała, że wystarczy na nowo wyjaśnić im, czym jest miłość, życzliwość i współczucie, a wtedy sami zawstydzą się swoich złych uczynków. Ylena twierdziła, że dorosłych ludzi nie da się już nawrócić, za to dla ich dzieci jest jeszcze nadzieja, więc to nimi przede wszystkim należy się zająć. Igrae uznała, że pozostawić ludzkość własnemu losowi, wierząc, że sami z czasem nabiorą rozumu. Lirasil chciał ich uśpić i zesłać na nich sen, który pokazałby im jak ohydne są ich czyny oraz jak straszne mogą być ich konsekwencje. Erva uznała, iż nie ma lepszego lekarstwa na złe skłonności niż śmiech, a odrobina zabawy z pewnością pomoże ludziom pozbyć się wzajemnej nienawiści. Tokeyar i Oris chcieli wyznaczyć im jakieś trudne zadanie, a Deher i Mieyr - oddzielić ich od siebie nawzajem za pomocą wody i skał. Adione zapragnęła rozbudzić w nich ciekawość i żądzę wiedzy, Fados zaś już szykował się do zstąpienia na ziemię, by osobiście upomnieć zdeprawowanych ludzi. Spór między bogami trwał bardzo długo, gdyż każda propozycja spotykała się z krytyką i co chwila ktoś wymieniał komuś wszystkie wady jego planu.

Przez cały ten czas Zitar milczał, a na jego twarzy malował się wyraz ponurej zadumy. Gdy w końcu pozostali bogowie zapytali go o zdanie, ten z pełną powagą odpowiedział:

- Ich życie jest zbyt proste. Uwierzyli, że są najsilniejsi i najmądrzejsi, przez co nie widzą, iż w rzeczywistości stali się głupi i słabi. Odkąd nauczyli się zabijać zwierzęta, nie mają już na tym świecie godnych siebie przeciwników prócz siebie nawzajem, nic więc dziwnego, że z braku wyzwań zaczęli ze sobą walczyć. Gdyby jednak pojawił się jakiś wróg na tyle potężny, by ich broń nie była w stanie zrobić mu krzywdy, który byłby od nich mądrzejszy i potrafił zarówno zwyciężyć ich w walce jak i pokonać podstępem, ludzie od razu przestaliby tracić czas na jałowe spory i zmuszeni byliby pokonać własne słabości. W walce z nieprzyjacielem zjednoczyliby się jak nigdy wcześniej. Powinniśmy stworzyć takiego wroga i posłać go na ziemię - gdy to zrobimy, sami zobaczycie, że mam rację.

Pozostałe jedenaścioro bogów zgodnie uznało ten pomysł za ryzykowny i okrutny. Stanowczo odmówili Zitarowi jakiejkolwiek pomocy i zabronili mu nawet myśleć o realizacji swojego planu. Zrugali boga-mściciela za jego zbytnią surowość, a potem powrócili do spierania się ze sobą nawzajem. Nadal jednak nie udało im się dojść do porozumienia.

Ale Zitar nie porzucił swojego planu. Dniami i nocami rozmyślał nad tym, jakich nieprzyjaciół najlepiej będzie skierować przeciw złym i niewdzięcznym ludziom. W końcu udało mu się stworzyć istoty dużo straszniejsze, niż cokolwiek, co widziano do tej pory. Były niezwykle przebiegłe, złośliwe i bezlitosne. Nie można było ich zranić, bo nie miały ciał - dopiero, gdy same zdecydowały się przybrać jakąś postać, można było z nimi walczyć. Nadal jednak było to niezwykle trudne, gdyż te stworzenia umiały nie tylko zmieniać swój wygląd, ale też rzucać różnego rodzaju czary, zwodzić, oszukiwać, dręczyć i zabijać. Nie potrzebowały jadła, ani napoju, nie odczuwały zmęczenia ani samotności. Nie potrafiły za to kochać, nikomu nie okazywały miłosierdzia i dla nikogo nie miały szacunku. Zitar nazwał te stworzenia demonami i czym prędzej posłał je na ziemię, a te od razu przystąpiły do dzieła.

Skończyły się spokojne czasy dla ludzkiego rodu. Ucichły waśnie, ale śmiechy również. Wszystkie uczucia zastąpił strach - i te złe, i te dobre. Tak, jak przewidział Zitar, ludzie zaczęli trzymać się razem i próbowali bronić się nawzajem, niewiele im to jednak dało. Na przemian atakowani przez potwory, zwodzeni przez czary, straszeni na śmierć i zabijani przez niewyjaśnione katastrofy wymierali w zastraszającym tempie. Nie minęło wiele czasu, a ludzkość stanęła na krawędzi upadku.

Bogowie szybko domyślili się, kto zesłał tę plagę i nakazali Zitarowi czym prędzej naprawić wyrządzone szkody. On sam także zaczął dostrzegać, że jego dzieło przyniosło światu dużo więcej szkody niż pożytku i zaczął żałować swojego uporu. Teraz było już jednak za późno, bo nawet bóg nie jest w stanie odwrócić czegoś, co już uczynił.

Zitar, widząc jak bardzo rozzuchwaliły się powołane przez niego na świat istoty wezwał je do siebie i nakazał im zaprzestać prześladowania ludzkości, która otrzymała już odpowiednią nauczkę. Demony jednak nie chciały go słuchać. Zaśmiały się tylko i zawołały:

- My nie mamy panów! Nie kłaniamy się nikomu! Żyjemy, by niszczyć i nie damy sobie odebrać raz danej wolności!

Wtedy stwórca demonów wpadł w straszny gniew. A wściekłość tego boga sprawia, że cała ziemia drży ze zgrozy, najgroźniejsze bestie chowają się w norach jak króliki, złoczyńcy zaś padają na ziemię przygnieceni ciężarem swoich win. Wszystkie wulkany wybuchły w tym samym momencie, światło błyskawic oślepiło wszystkich, którzy byli na tyle nieostrożni, by spojrzeć w niebo, huk gromów zagłuszył wszystkie inne dźwięki. Zitar wyklął swoje dzieci i rozesłał je na krańce świata, a te zrobiły wszystko, by na jakiś czas ukryć się przed jego wzrokiem. Od tej pory, gdy jakiś demon nieopatrznie wypowie imię swojego stwórcy, ten daje znak w postaci płomienia lub gromu, dzięki czemu wszyscy w okolicy wiedzą, kogo należy się wystrzegać.

Pozostali bogowie również chcieli pomóc tej garstce ocalałych i postarać się, by w przyszłości mieli większe szanse w starciu z dziećmi Zitara. Igrae poumieszczała w kniejach miejsca, które nazwała uroczyskami. Od tej pory, żaden z demonów nie tylko nie był w stanie przekroczyć ich granic, ale i nie widział, co działo się wewnątrz. W uroczyskach niemożliwe stały się kłamstwa i przemoc, a wszelkie złe czary traciły swoją moc. Deher ukrył w ziemi pewne kamienie, które później nazwano granatami, mające moc odganiania demonów, a Oris nadała podobne właściwości pędom rozmarynu. Tokeyar opracował metody sporządzania amuletów, mających chronić ludzi przed śmiercią z rąk złych duchów. Erva opracowała metody rozpoznawania oszustów, a Lirasil długo zsyłał na ludzi sny, opisujące im zarówno historię demonów, jak i sposoby na to, by się przed nimi bronić. 

Na sam koniec do pracy przystąpili Fados i Adione. Bogini mądrości zstąpiła na ziemię jako pierwsza i zaczęła powierzać wybranym przez nią ludziom sekrety magii. Bóg-prawodawca najpierw postarał się, by promienie wschodzącego słońca odbierały demonom część ich mocy, a potem również ukazał się ludziom, by przekazać im, czym jest sprawiedliwość i wyznaczyć przywódcę, który będzie jej strzegł. Ale to już inna historia.

Minęły tysiące lat, a demony nigdy więcej nie zaatakowały w taki sam sposób. Z obawy przed swoim twórcą zaczęły też unikać siebie nawzajem, by ich spotkanie nie zwróciło na nich jego uwagi. Po jakimś czasie zaczęły też nienawidzić swoich pobratymców, dlatego do dziś mają opinię samotnych łowców, zaciekle broniących swojego terytorium. 

Nie oznacza to jednak, że demony zniknęły. Wręcz przeciwnie: wciąż jest ich wiele i od czasu do czasu jakiś człowiek ma to nieszczęście, by natknąć się na jednego z nich. Niekiedy zjawiają się w zwierzęcej lub ludzkiej postaci, niekiedy starają się przerażać swoim wyglądem, a czasem cichaczem zakradają się do ludzkich siedzib w swej prawdziwej, bezcielesnej formie. Nie zawsze też atakują w taki sam sposób. Zdarza się, że zjawiają się znienacka, niczym burzowe chmury, niszcząc wszystko na swojej drodze. Innym razem szepczą ludziom do ucha, namawiając ich, by czynili zło. Czasami pojawiają się w przebraniu i udają życzliwych, by zwabić kogoś w pułapkę. Niektórzy byli na tyle nieostrożni, by powierzyć któremuś z demonów swoje losy, przez co prędzej czy później spotykał ich straszny koniec. Zdarzało się nawet, że całe wioski lub miasta dawały się zwieść złemu duchowi na tyle, by zacząć oddawać mu cześć i składać mu ofiary. Za każdym razem, gdy te istoty się gdzieś pojawiają, przynoszą ze sobą zepsucie i nieszczęścia. Bądźcie więc ostrożni i miejcie oczy otwarte, bo nigdy nie wiadomo, gdzie się czają i co knują tym razem.


niedziela, 10 lipca 2022

Adam i Anna

     Adam i Anna kochali się potajemnie. Ona był córką bogatego kupca, on - ubogim uczniem aptekarza. Gdy w wielkim domu w samym środku miasteczka ktoś zachorował, dziewczynę wysyłano do apteki, a pracujący tam młodzieniec zawsze otwierał jej drzwi. I właśnie tak się poznali - szarooki Adam i Anna z pięknym warkoczem. Nie trzeba było wiele czasu, by się w sobie zakochali. Po zachodzie słońca spotykali się pod starym dębem, rosnącym koło drogi, którą podróżni przybywali do miasteczka. Lubili patrzeć w gwiazdy, słuchać śpiewu wiatru, śmiać się i marzyć. Z każdym dniem kochali się coraz mocniej i coraz trudniej było im to ukryć. Miłość czyniła ich ślepymi i nierozważnymi, a szczęście sprawiało, że trudno było im dopuścić do siebie jakąkolwiek obawę.

Któregoś dnia matka Anny zauważyła, że jej córka często wychodzi z domu wieczorami i postanowiła dowiedzieć się dokąd chodzi. Kilka razy próbowała ją śledzić, ale za każdym razem coś szło nie tak. A to złamał jej się obcas, a to pomyliła ulice w ciemności, a to ktoś stanął jej na drodze, a to zaskoczył ją deszcz. W końcu jednak udało jej się niepostrzeżenie podejrzeć jak Anna pod ulubionym drzewem spotyka się z Adamem. Nie domyślając się, że ktoś ich obserwuje, zakochani czule się ze sobą przywitali, po czym usiedli razem między korzeniami dębu, by swobodnie oddać się rozmowie i pieszczotom.

Gdy zobaczyła to ukryta za krzakami kobieta, aż zaczerwieniła się z wściekłości. “Jak ten chłopczyna śmie obejmować moją córkę?!” pomyślała. “Przecież to jakiś przybłęda, a do tego biedak. Nie takiego zięcia sobie wymarzyłam!”. Kobieta poczuła wstręt i nienawiść do Adama i postanowiła znaleźć jakiś sposób, by się go pozbyć. Nie powiedziała nikomu o tym, co widziała, a Anna nawet nie domyślała się, że jej rodzona matka knuje przeciw jej ukochanemu. A ta tymczasem dniami i nocami rozmyślała nad tym, jakim sposobem najlepiej i najszybciej rozłączyć zakochaną parę.

Aż w końcu któregoś dnia dostrzegła Adama za budynkiem apteki. Stał tam oparty plecami o ścianę i przyglądał się małemu woreczkowi, który trzymał w ręce. Po chwili wysypał sobie jego zawartość na dłoń - były to czerwone ziarenka, nie przypominające żadnych znanych obserwatorce nasion. Młodzieniec chwilę się im przypatrywał, powąchał je, po czym skrzywił się z obrzydzeniem. Nagle kilka gęsi, które przedostało się przez dziurę w płocie sąsiada, zaczęło biec w jego kierunku. Adam czym prędzej wsypał ziarna z powrotem do woreczka i czym prędzej się oddalił. W pośpiechu jednak upuścił jedno z nasion, co od razu zauważyła podglądająca go kupcowa. Kobieta niepostrzeżenie podniosła je z ziemi i rzuciła jednej z gęsi. Ta połknęła ziarenko i natychmiast padła martwa. Jak tylko żona kupca to zobaczyła, od razu wiedziała, jak wykorzystać to co widziała na swoją korzyść. Chwyciła więc martwą gęś za nogi i wybiegła z nią na ulicę, głośno krzycząc. Wkrótce zebrało się wokół niej spore grono gapiów, ciekawych, co mogło tak bardzo przerazić tę szanowaną w okolicy kobietę. Wśród tłumu znaleźli się też aptekarz, Anna i sam Adam. Gdy zauważyła go sprawczyni zbiegowiska, udała, że przejmuje ją zgroza i gniew.

- Ten człowiek to złoczyńca! - krzyknęła wskazując na Adama - Udaje niewiniątko, a w tajemnicy knuje by nas wszystkich zgubić! Sama widziałam, jak wymyka się, by zbierać trujące rośliny. Jeśli mi nie wierzycie, spytajcie go, jakie ziarno uśmierciło tę gęś.

Opowieść kobiety bardzo wstrząsnęła mieszkańcami miasteczka. Adam zaklinał się, że nigdy nie chciał nikogo otruć ani nie wyprodukował żadnej trucizny, jednak ludzie byli bardziej skłonni wierzyć oskarżeniom bogaczki niż słowom biedaka. Tak więc, choć młodzieńca starali się wybronić zarówno jego pryncypał, jak i ukochana, zdecydowano, że należy go czym prędzej wygnać z miasta. Jak powiedzieli, tak zrobili. Zasmucony Adam posłusznie oddalił się z miasteczka, nie mógł jednak zdobyć się na to, by samotnie ruszyć w podróż. Przysiadł więc przy drodze, pod tym samym dębem, który był świadkiem jego wielu potajemnych spotkań z Anną. Siedział tam aż do zmierzchu, nie wiedząc, co począć.

 - Co mam teraz zrobić? - żalił się głośno - Gdzie znajdę dach nad głową, kiedy wszyscy, których znałem odwrócili się ode mnie? Dokąd pójdę? Kto mi pomoże?

- Ja ci pomogę - usłyszał za sobą czyjś dobrze znany głos. Adam odwrócił się i zobaczył Annę prowadzącą cisawego konia. Dziewczyna podeszła do ukochanego i objęła go.

- Skoro nie możemy razem tu zostać, odejdę razem z tobą - powiedziała.

Adam próbował protestować, ale w głębi duszy cieszył się, że Anna chce mu towarzyszyć, więc nie trzeba go było długo przekonywać. Obydwoje wsiedli na konia i ruszyli przed siebie, w stronę głębokiego lasu.

- Co to były za ziarna, o których mówiła moja matka? - spytała Anna. 

- Te nasiona dostałem od pewnego czarodzieja, którego kiedyś spotkałem. - odpowiedział jej - Nie nadają się do jedzenia, ale podobno ich woń odstrasza groźne węże, a jeśli się je zasadzi, wyrastają z nich pędy, których liście mogą uleczyć każdą ranę.

Potem wyjął z kieszeni woreczek i dał go Annie.

- Weź je - powiedział - Może tobie przyniosą więcej szczęścia.

Anna nie sądziła, że ten podarek może jej się do czegoś przydać, ale podziękowała i schowała woreczek w zanadrze. 

Jechali tak dalej przez kilka godzin, aż w końcu poczuli zmęczenie i postanowili przenocować na małej polanie tuż obok strumienia. Anna położyła się na miękkim mchu i szybko zasnęła, natomiast Adam przysiadł pod rozłożystym świerkiem i pogrążył się w rozmyślaniach.

Nagle usłyszał cichy głos, przypominający nieco szum drzewa: 

- Adamie, Adamie, usłysz mnie! 

Młodzieniec rozglądał się, szukając tego, kto zwrócił się do niego po imieniu, jednak nie mógł dostrzec nikogo.

- Kto mnie woła? - zapytał w końcu.

- Twój przyjaciel, Adamie, Leśny Duch. Nie obawiaj się mnie - wiem o tym, jak wielka spotkała cię krzywda i chcę, żebyś wiedział, że masz we mnie przyjaciela i obrońcę. Słuchaj uważnie: gdy ty i twoja narzeczona dotrzecie do rozdroży, musicie pojechać w prawo. Po drodze którejś z was może natknąć się na Wodną Damę. Nie możecie słuchać niczego, co powie, bo jeśli dacie się jej zwieść, obydwoje będziecie tego żałować.

Adam wysłuchał tych słów ze zdumieniem, po czym podziękował Leśnemu Duchowi za radę. Chwilę później położył się na mchu i zapadł w sen. 

O świcie Anna obudziła się i zobaczyła obok siebie śpiącego Adama. Nie chcąc go obudzić odeszła cicho między drzewa, by umyć się w strumieniu. Jak tylko zanurzyła ręce w wodzie usłyszała jak jakaś kobieta, głosem, który brzmiał jakby dochodził gdzieś z głębiny woła do niej tak:

- Anno, Anno, posłuchaj mnie!

Anna rozejrzała się, ale nie zobaczyła nikogo.

- Kto mnie woła? - zapytała w końcu.

- Jestem Wodną Damą, Anno. Spodobała mi się twoja odwaga i oddanie więc chcę ci pomóc. Udzielę ci dobrej rady: gdy ty i twój ukochany dotrzecie do rozwidlenia dróg, pojedźcie w lewo. A jeśli natkniesz się gdzieś na Leśnego Ducha, nie słuchaj niczego co powie i nie wierz, że jest wam życzliwy. Będzie udawał przyjaciela, ale to tylko pozory. Trzymaj się z dala od niego, a wszystko będzie dobrze.

Anna wysłuchała tych słów ze zdumieniem, po czym podziękowała Wodnej Damie za radę i czym prędzej wróciła do miejsca, gdzie zostawiła Adama. Niedługo potem młodzieniec obudził się, po czym obydwoje wsiedli na konia i ruszyli w dalszą drogę.


Minęło południe, gdy dotarli do miejsca, gdzie krzyżowały się trzy drogi. Adam ściągnął cugle, by pojechać w prawo, ale wtedy powstrzymała go Anna.

- Zaczekaj chwilę. - powiedziała - Rano usłyszałam głos Wodnej Damy, która mówiła mi, że powinniśmy jechać w lewo.

- Czyli musimy jechać w prawo. - odparł Adam. - Duch Lasu, z którym rozmawiałem w nocy, ostrzegł mnie, bym nie słuchał niczego, co mówiłaby Wodna Dama, bo tylko sprowadziłbym nieszczęście na ciebie i siebie. Radził też, byśmy jechali w prawo.

- Ale Wodna Dama mówiła, że to Leśnemu Duchowi nie można ufać. - odrzekła Anna - Skąd mamy wiedzieć, które z nich kłamie?

Przez jakiś czas obydwoje zastanawiali się, jak rozwiązać tę zagadkę. Jednak, choć bardzo się starali, nie udało im się znaleźć odpowiedzi. W końcu Anna odezwała się do ukochanego tymi słowy:

- Skoro nie wiemy czyjej rady powinniśmy posłuchać, najlepiej będzie nie słuchać nikogo i pojechać prosto. Po co nam wsparcie duchów, skoro mamy siebie nawzajem? 

Adam przyznał jej rację i skierował konia drogą na wprost. Prowadziła ona w kierunku wysokich gór. Wiła się i pięła, a podróż nią była uciążliwa i męcząca. Adam i Anna stawali się coraz bardziej znużeni i zniechęceni, ale mimo to uparcie jechali naprzód. W pewnym momencie dotarli do miejsca, gdzie ścieżkę przecinał potok. Tam ich koń zatrzymał się i pochylił głowę, by się napić. Adam i Anna zsiedli z wierzchowca, a potem zaczęli się rozglądać. Obydwoje od razu poczuli, że ktoś ich obserwuje, choć nie byli w stanie nikogo dostrzec. Chcieli więc wyruszyć w dalszą drogę jak najszybciej i gdy ich koń ugasił już pragnienie, czym prędzej wskoczyli na jego grzbiet, by pognać przed siebie. Ale nie dane im było odjechać zbyt daleko. Jak tylko przekroczyli potok, zostali otoczeni przez zbójców. Było ich trzydziestu pięciu, wszyscy uzbrojeni po zęby. Wyciągnęli miecze i kazali dwojgu podróżnym zsiąść z konia, po czym zawlekli ich do ukrytej w lesie chaty, gdzie mieli kryjówkę. Tam otworzyli klapę w podłodze i zepchnęli swoich więźniów w dół, do ciemnej piwnicy. Potem zatrzasnęli drzwi, zostawiając w dole dwoje przerażonych jeńców.

- Posadź sobie mnie na ramionach - poprosiła Adama Anna. - Może uda mi się podsłuchać ich rozmowę.

Adam posadził sobie Annę na ramionach, a ta przyłożyła ucho do klapy w suficie i zaczęła nasłuchiwać. 

- Zdrowie naszych gości! - zakrzyknął jeden z głosów. - Dzięki nim zyskamy kilka radosnych dni i będziemy mogli spokojnie rabować!

- Mamy szczęście, że trafiła nam się od razu dwójka - dodał drugi.

- Ale dziewczyny trochę szkoda… - westchnął trzeci.

- A czemu miałbyś się nią przejmować?! - odezwał się czwarty - Myśl raczej o sobie i o tym ile skarbów uda ci się zdobyć dzięki niej i jej chłopcu!

Potem zbójcy zaczęli się przekrzykiwać nawzajem, tupać i podśpiewywać, tak, że niczego nie dało się już zrozumieć. Anna poprosiła więc Adama, żeby opuścił ją z powrotem na ziemię i powtórzyła mu to, co udało jej się podsłuchać. Żadne z nich nie wiedziało, co o tym myśleć - domyślali się tylko, że rozbójnicy mają wobec nich jakieś tajemne plany.

Niedługo potem ktoś uchylił klapę i spuścił w dół sznur, do którego przywiązany był koszyk. Gdy tylko Adam go chwycił, sznur został przecięty, a drzwi znów się zamknęły. W koszyku był bochenek chleba i butelka wody. Adam i Anna podzielili się tym skromnym posiłkiem, nie zdając sobie sprawy, że doprawiono go silnym środkiem nasennym. Jak tylko zjedli i się napili ogarnęło ich znużenie tak silne, iż mimo przerażenia natychmiast zapadli w głęboki sen. 

Nad ranem jeden ze zbójców otworzył wejście do piwnicy, spuścił w dół drabinę i wyniósł stamtąd uśpioną Annę, po czym znów zatrzasnął za sobą klapę w podłodze.

Gdy Adam obudził się i spostrzegł, że jest w swoim więzieniu sam, wpadł w wielką rozpacz. Krzyczał wniebogłosy, walił pięściami w ściany, błagał ze łzami w oczach, by ktoś powiedział mu, co się stało z Anną, ale odpowiadała mu tylko głucha cisza. W końcu, zrezygnowany usiadł na podłodze i ukrył twarz w dłoniach.

- O, Duchu Lasu - wyszeptał - jak źle zrobiłem, że cię nie posłuchałem!

W tym momencie nagle w piwnicy zrobiło się zupełnie jasno, tak, że Adam mógł bez problemu rozejrzeć się po pomieszczeniu - nie dostrzegł jednak nic przydatnego oprócz spróchniałej skrzyni w rogu. Za to, gdy po chwili znowu zapadła ciemność, znowu usłyszał ten sam głos, który przemawiał do niego nocą w lesie.

- Nic już nie jedz ani nie pij, - powiedział - a kiedy wrócą, udawaj, że śpisz.

***


W tym czasie Anna ocknęła się i spostrzegła, że leży na skalistym wzgórzu. Chciała się podnieść, ale jej nogi były związane w kostkach, a ręce na plecach. Przerażona zaczęła wołać o pomoc, jednak nikt jej nie słyszał. W końcu przestała krzyczeć i zrezygnowana osunęła się z powrotem na ziemię. Dziewczyna pomyślała o domu, który opuściła, o Adamie, który został sam, o ostrzeżeniu Wodnej Damy, które zignorowała i gorzkie łzy pociekły po jej policzkach.

- O, Wodna Damo - zaszlochała - trzeba było pójść za twoją radą!

Jak tylko wypowiedziała te słowa, krępujące ją sznury same się rozwiązały i opadły na ziemię. Chwilę później ten sam głos, który przemawiał do dziewczyny nad leśnym strumieniem, szeptem udzielił jej kolejnej rady:

- Pamiętaj o ziarnach - usłyszała Anna.

Nagle zza gór nadleciał ogromny, skrzydlaty wąż i gdy tylko zobaczył Annę, zanurkował w jej stronę. Dziewczyna próbowała uciekać, ale potwór był od niej szybszy. Dogonił ją bez trudu, owinął ogon wokół jej talii i uniósł swoją zdobycz w przestworza. Lecieli tak, aż dotarli do szczytu najwyższej z gór. Było tam wiele szczelin, z których niektóre były wejściami do pieczar.

Wąż wrzucił dziewczynę do jednej z jaskiń, po czym zbliżył się do swej ofiary i szeroko otworzył paszczę, by ją pożreć. Jednak w tym momencie poczuł od niej jakąś dziwną woń, która drażniła jego nozdrza tak bardzo, że musiał odwrócić głowę i odsunąć się.

- Co to za paskudny zapach?! - krzyknął rozwścieczony - Znosiłem tu wielu ludzi, mężczyzn i kobiet, młodych i starych, ale żaden nie śmierdział tak jak ty!

Usłyszawszy to, Anna przypomniała sobie słowa Wodnej Damy a także to, co Adam mówił jej o właściwościach nasion, które jej podarował i domyśliła się, że chroni ją to, co znajduje się w małym woreczku w jej kieszeni. Nie dała tego jednak po sobie poznać i powiedziała tylko:

- A jak mam pachnieć, skoro najpierw trzymali mnie w brudnej piwnicy, a potem leżałam godzinami na piaszczystym, pokrytym kurzem wzgórzu?! Jeśli masz aż tak wrażliwe nozdrza to zamiast narzekać daj mi się umyć.

Skrzydlaty wąż mocno uderzył ogonem w jedną ze ścian, a wtedy otworzyła się w niej szczelina, z której wypłynął strumień czystej wody. Anna najpierw ugasiła pragnienie, a potem opłukała twarz. Gdy skończyła, wąż znowu spróbował się do niej zbliżyć, jednak i tym razem musiał odsunąć się ze wstrętem.

- Widocznie moje ubranie też jest brudne - powiedziała Anna. - Przynieś mi coś, w co mogłabym się przebrać, wtedy się przekonamy.

Wąż nie był zachwycony tym życzeniem, ale czym prędzej wyleciał z jaskini pozostawiając dziewczynę samą. Anna tymczasem rozejrzała się po wnętrzu groty. Było usiane ludzkimi kośćmi, a także szczątkami ubrań, butów, zniszczonych wozów i skrzyń oraz mnóstwem innych pozostałości po poprzednich ofiarach potwora. Dziewczyna nie znalazła tam jednak niczego, co mogłoby pomóc jej w ucieczce, więc mogła tylko chodzić po grocie bezskutecznie próbując wymyślić jakiś plan.

Jakiś czas później skrzydlaty wąż powrócił, przynosząc najpiękniejszą suknię, jaką Anna kiedykolwiek widziała - ukradł ją jednej z praczek, która właśnie zajmowała się garderobą królowej, ale na widok potwora uciekła z krzykiem, zostawiając pranie na łaskę losu. 

- Przebieraj się! - ryknął.

- Nie mogę tego zrobić, gdy na mnie patrzysz - odrzekła Anna. - Zamknij oczy.

Gdy wąż zamknął ślepia, dziewczyna przebrała się w nową suknię, a woreczek z niezwykłymi ziarnami schowała do rękawa. Przez cały czas nuciła też cichą, monotonną melodię, aż w końcu, pod wpływem tej kołysanki, zmęczony potwór usnął. Anna usiadła pod ścianą, zastanawiając się, co może w tym momencie dziać się z jej ukochanym.


***


Tymczasem, wciąż uwięziony w piwnicy Adam postanowił skorzystać z otrzymanej rady. Kiedy znowu dostał chleb i wodę, bohenek wrzucił do spróchniałej skrzyni, a potem wylał na niego zawartość butelki. Potem położył się na ziemi i czekał, co się wydarzy.Jak tylko jeden ze zbójców zszedł do piwnicy po drabinie, Adam udał, że zmorzył go sen, równie kamienny jak wcześniej. Tak jak poprzednim razem, mężczyzna wziął go na plecy i wyniósł z piwnicy, a potem zaniósł na skaliste pustkowie. Zbójca położył Adama na tym samym wzgórzu, na którym dwa dni wcześniej zostawił Annę. Chciał wyjąć z torby sznur, by i jego związać, więc na chwilę się odwrócił. Adam wykorzystał ten moment i chwycił jeden z leżących wokół niego kamieni, po czym z uderzył nim rozbójnika tak mocno, że ten padł ogłuszony na ziemię. Wtedy młodzieniec zabrał powalonemu bandycie siekierę i sztylet, po czym przyłożył mu nóż do gardła.

- Gdzie jest Anna? - zapytał

- Nie żyje. Już jej nie pomożesz - odpowiedział

- Uwierzę jak zobaczę - odparł na to Adam - Co z nią zrobiłeś?!

- Zostawiłem tu dla skrzydlatego węża. Robimy to za każdym razem, jak uda nam się kogoś schwytać, inaczej nie da nam spokoju.

-  Jest tu skrzydlaty wąż?

- Zalągł się w górach kilka miesięcy temu. Dawniej było nas pięćdziesięciu, ale odkąd gad tu jest, pożarł już piętnastu. W końcu postanowiliśmy, że każdego, kogo napotkamy w tej okolicy, będziemy nie tylko okradać, ale także rzucać skrzydlatemu wężowi na pożarcie, żebyśmy sami nie musieli się go obawiać. Twoją Annę pewnie też już pożarł.

W tym momencie nadleciał skrzydlaty wąż. Pierwszy dostrzegł go rozbójnik i z krzykiem rzucił się do ucieczki. Wygłodniały gad jednak dogonił go bez trudu i połknął za jednym zamachem. Wtedy Adam zatknął siekierę za pas, po czym chwycił się mocno końca wężowego ogona i pozwolił zanieść się do legowiska potwora. Jak tylko dotarli do groty, Anna od razu zobaczyła, kogo tym razem przyniósł wąż. On sam również zauważył, że jakieś stworzenie się do niego przyczepiło i czym prędzej zrzucił je z ogona. Gdy zobaczył, że jest to człowiek, wybuchnął straszliwym śmiechem. Wtedy Anna, sądząc, że jej ukochany zaraz znajdzie się w paszczy potwora, głośno zawołała:

- Hej! Chcesz wiedzieć skąd naprawdę wziął się ten smród? Podleć, to ci powiem!

Gdy wąż odwrócił się w jej stronę, Anna rzuciła mu garść ziaren w oczy. Gad zawył z bólu, zacisnął powieki i zaczął miotać się po jaskini. Adam, widząc, że wąż już w ogóle nie zwraca na niego uwagi, wyjął zza pasa siekierę i z całej siły wbił ją w kark potwora. Potem wspólnie z Anną wypchnęli ogromnego gada z jaskini, a ten runął głową w dół ze szczytu góry i z głośnym hukiem spadł na ziemię, zabijając się na miejscu. 

Zakochana para odetchnęła z ulgą. Teraz byli już bezpieczni, jednak wciąż nie wiedzieli jak zejść z góry. Anna pokazała Adamowi źródło, które odsłonił dla niej skrzydlaty wąż. Obydwoje ugasili pragnienie i umyli twarze, po czym pomodlili się do Dehera, władcy gór, by ten pomógł im znaleźć wyjście i bezpiecznie przeprowadził ich przez swoje królestwo. 

Kiedy rankiem otworzyli oczy, spostrzegli, że strużka wody, która wypływała ze skalnej ściany, zmieniła się przez noc w rwący potok, a jego wody spływały głęboko do wnętrza góry. Adam i Anna najpierw podziękowali Deherowi za zesłanie im tego cudu, a potem rozejrzeli się za czymś, co mogłoby posłużyć im jako łódź. W końcu udało im się znaleźć dużą beczkę, w której obydwoje mogli się zmieścić. Zepchnęli ją więc do wody i wskoczyli do środka, a wtedy znaleźli się w ciemnym tunelu. Potok wił się i wił, a beczka kręciła się coraz szybciej i szybciej, ale mimo to nie przewróciła się. Ta szalona jazda w dół trwała niespełna godzinę, a potem nagle dwoje pasażerów oślepił blask słońca, a niosące ich wody uspokoiły się, jak tylko opuścili wnętrze góry.

Niedługo potem nurt strumienia zaniósł tę dziwną łódź do rzeki, a z kolei jej prąd zaprowadził Adama i Annę wprost do przystani w wielkim mieście. Tam obydwoje w końcu zeszli na ląd, po czym, ignorując zdumione spojrzenia, ruszyli w stronę rynku. Akurat był dzień targowy, więc przybysze długo przechadzali się pomiędzy straganami.

Traf chciał, że na ten sam jarmark wybrała się akurat jedna z pokojówek królowej. Gdy spostrzegła Annę, natychmiast rozpoznała, że ta ma na sobie sukienkę jej pani. Od razu wróciła więc do zamku, by powiedzieć jej, co zobaczyła.

Królowa natychmiast rozkazała sprowadzić złodziejkę. Gwardziści niebawem odnaleźli Annę i kazali jej iść ze sobą. Adam nie dał się jednak od niej odciągnąć, więc w końcu strażnicy i jego zabrali ze sobą. Tam obydwoje postawiono przed obliczem króla i jego żony, która natychmiast w stroju Anny rozpoznała swoją własną suknię. Od razu oskarżono więc dziewczynę o kradzież i spytano ją, co ma na swoje usprawiedliwienie.

- Nie ja ukradłam tę suknię - powiedziała Anna - Gdy porwał mnie skrzydlaty wąż, dawałam mu różne zlecenia. Poprosiłam o ubranie, a on przyniósł mi suknię, którą mam teraz na sobie. Nie pytałam, skąd ją wziął i nie zastanawiałam się nad tym.

- Jeszcze nikomu nie udało się przeżyć spotkania ze skrzydlatym wężem - odpowiedział król - Od dawna szukałem kogoś, kto mógłby pozbyć się tego potwora, ale nawet najsilniejsi i najodważniejsi z moich ludzi nie mogli temu podołać. Jak więc mogłaś wydostać się bez szwanku z jego jaskini?

Wtedy Anna opowiedziała całą historię, a Adam potwierdził, że mówi prawdę. Król nadal nie chciał im wierzyć, jednak wysłał swoich ludzi we wskazane miejsce. Ci znaleźli u stóp góry truchło skrzydlatego węża z siekierą wbitą w kark, tak jak mówili Adam i Anna. Potem udali się do miejsca, gdzie stać miał dom zbójców, a kiedy już tam dotarli, bandyci akurat powracali do kryjówki z łupami. Kilku z nich na widok gwardzistów od razu rzuciło się do ucieczki i przepadło w leśnej gęstwinie, większość jednak udało się pojmać i doprowadzić przed oblicze sądu. A kiedy wysłannicy króla powrócili do stolicy i opowiedzieli wszystko swojemu panu, nikt nie miał już wątpliwości, że Adam i Anna mówili prawdę. Wszyscy dziwili się ich sprytowi i odwadze i wychwalali ich jako bohaterów. 

W nagrodę za uwolnienie królestwa od groźnego potwora, król i królowa podarowali im na własność małą wyspę. Adam prędko znalazł na niej odpowiednie miejsce, by zasiać pozostałe ziarna. Nie trzeba było długo czekać, by puściły pędy, a wtedy ich lecznicze właściwości szybko dały o sobie znać. Adam wkrótce stał się sławny i wspólnie z Anną postarali się, by okolica, w której mieszkali, stała się miejscem, gdzie chorzy i ranni mogliby przychodzić po pomoc, a gdy zaczęli się tam zjawiać, zawsze ją otrzymywali.

Niedługo potem Adam i Anna ogłosili, że niedługo odbędzie się ich ślub i każdy, kto zechce świętować razem z nimi, jest zaproszony. Wieści szybko się rozniosły i kiedy w końcu nadszedł ten dzień, w którym młodzieniec założył błękitną szatę, a dziewczyna błękitną suknię, cały tłum gości zjawił się na wyspie. Wśród przybyłych znalazła się też osobliwie wyglądająca para - mężczyzna z zieloną brodą i kobieta o niebieskich włosach. Kiedy po zakończonej ceremonii goście po kolei podchodzili do młodej pary, by złożyć im życzenia, ci dwoje nie ruszyli się z miejsca, tylko stali pod ścianą uśmiechając się tajemniczo. W końcu Adam i Anna sami zwrócili się w ich stronę, by zapytać kim są i skąd przybyli.

- Nie poznajesz mnie, Adamie? - zapytał mężczyzna.

- Nie poznajesz mnie, Anno? - spytała kobieta.

Gdy przemówili, Adam natychmiast rozpoznał po głosie Leśnego Ducha, a Anna nie miała już wątpliwości, że stoi przed nią Wodna Dama.

- Od początku was obserwowaliśmy - powiedział Leśny Duch - Chcieliśmy sprawdzić, czy naprawdę szczerze się kochacie, dlatego przemawialiśmy do was osobno. Wielu pewnie nie podołałoby tej próbie, ale wy ufaliście sobie tak bardzo, że nie nie daliście się skłócić i tak się o siebie nawzajem troszczyliście, że mieliście siłę pokonać każdą przeszkodę. 

- Dlatego możecie być pewni, że macie w nas przyjaciół i zawsze chętnie przyjdziemy wam z pomocą - dodała Wodna Dama - Bądźcie szczęśliwi i niech wasza miłość prowadzi was przez życie aż do śmierci.

Powiedziawszy to, zniknęli w mgnieniu oka, ale jeszcze przez wiele godzin zarówno państwo młodzi jak i ich goście czuli w nozdrzach przyjemny zapach sosen, a w uszach brzmiał im delikatny szum strumienia.


poniedziałek, 22 lutego 2021

Illena i złoty orzeł

Żyła kiedyś pewna dostojna, bogata i mądra księżna, która znała wszelkie tajniki magii. Umiała czytać w gwiazdach, przemieniać siebie i innych, tworzyć rozmaite widziadła, leczyć rany i zsyłać choroby. Niechętnie jednak dzieliła się swoją wiedzą i rzadko korzystała z niej tak, by jej czary mogły się komuś przysłużyć. Całymi dniami siedziała zamknięta w swoim zamku i studiowała przeróżne księgi, szukając w nich sposobów na spełnienie swoich coraz to nowych zachcianek. Aż któregoś dnia udało jej się odkryć pradawne zaklęcie, które pozwalało przywoływać do siebie upiory i wydawać im rozkazy. Gdy przekonała się, jak wielka i straszliwa władza przypadła jej w udziale, przestała zważać na jakiekolwiek prawa i słuchać czyichkolwiek rad, czy napomnień. Czuła się już większą panią od samej królowej i gardziła zarówno biedniejszymi jak i równymi sobie. Jej serce stało się zimne jak lód - nikomu nie okazywała litości i okrutnie mściła się za każdą, nawet najdrobniejszą zniewagę. 

A kiedy wieści o jej niecnych postępkach w końcu dotarły do uszu królowej, ta zawrzała gniewem. Natychmiast odebrała księżnej tytuł i ziemię, a następnie wygnała ją z królestwa. Czarownica poprzysięgła władczyni zemstę i całymi dniami rozmyślała tylko o tym, jak mogłaby użyć swej mocy, by jak najdotkliwiej zranić nieprzyjaciółkę.

W końcu przypomniała sobie, że królowa miała dziecko - śliczną, dwuletnią córeczkę o kasztanowych lokach i dużych oczach. Czarownica wezwała więc najszkaradniejszego z podległych jej upiorów i rozkazała mu porwać królewnę, a potem wrzucić ją do morza w jego najgłębszej i najbardziej burzliwej części. Potwór natychmiast skierował się do zamku. Leciał szybciej niż wiatr i już po kilku minutach dotarł do celu. Był środek nocy, więc wszystkie bramy były szczelnie zamknięte, a stu wartowników pilnowało, by nikt nie mógł dostać się do środka. Upiorowi to jednak nie przeszkadzało - wystarczyło zmienić się w cień, przesuwający się po zamkowych murach, a potem niepostrzeżenie przecisnąć się przez szparę w drzwiach. Gdy znalazł się w pałacu przybrał na powrót swoją prawdziwą postać, a był tak odrażający, że gdy na jednym z korytarzy napotkał młodą pokojówkę, wystarczyło, by wyszczerzył do niej zęby, a dziewczyna natychmiast skonała ze strachu. Upiór dotarł w końcu do komnatki, gdzie spała mała królewna, chwycił uśpioną dziewczynkę i wyleciał z nią przez okno. Szybował z nią w przestworzach aż w końcu dotarł do morza i zatrzymał się w miejscu, które wskazała mu księżna. Już miał rzucić dziecko w głębiny, ale przyjrzał mu się dokładnie i przyszedł mu do głowy inny pomysł. “Cóż to za słodkie maleństwo.” pomyślał upiór. “A do tego pulchniutkie i delikatne. Czy zamiast tak po prostu je wyrzucić nie lepiej byłoby gdzieś je schować aż trochę podrośnie, a potem zjeść? W końcu rzadko zdarza się okazja, by schrupać królewnę.”. Im dłużej nad tym rozmyślał, tym mniej był chętny, by wypełnić co do joty rozkaz swojej pani. Upiór zawrócił więc i skierował się w stronę gór. Dotarł do pewnej doliny, gdzie, jak wiedział, ukryte było wejście do siedziby gnomów. Odnalazł je bez trudu i położył przed nim śpiące dziecko, po czym wrócił do swojej pani, by oznajmić jej, że wykonał zadanie. Tymczasem słońce wzeszło, a gnomy wyszły na powierzchnię ziemi. Gdy zobaczyły dziewczynkę, zachwyciły się jej urodą i czym prędzej zaniosły ją do swojej podziemnej siedziby. Jak tylko dziecko w końcu się obudziło, spostrzegło, że otacza je cały rząd małych, łysych stworków z długimi nosami. Od tej pory mała królewna mieszkała w podziemnej siedzibie gnomów, a te wspaniale się bawiły karmiąc ją, ubierając, rozśmieszając ją i obsypując prezentami. 

Tak minęło sześć lat. Przez ten czas dziewczynka urosła tak bardzo, że podziemne tunele zrobiły się dla niej za ciasne. Stała się też ciekawska i głośna, a gnomom coraz trudniej było jej upilnować. A kiedy któregoś dnia zasypała jeden z pokoi ziemią próbując wykopać korytarz prowadzący na zewnątrz, mieszkańcy podziemia uznali, że nie chcą już dłużej jej trzymać w swoim domu. Poczęstowali ją więc ciastkami doprawionymi proszkiem nasennym. Gdy dziewczynka zasnęła, gnomy wyniosły ją głęboko w las i zostawiły w miejscu, z którego sama nigdy nie byłaby w stanie wrócić do ich nory. Potem cichutko się oddaliły, uważając, by przypadkiem jej nie zbudzić. 

Dziewczynka obudziła się jakiś czas później i ze zdumieniem spostrzegła, że jest zupełnie sama w nieznanym miejscu. Z początku spodobał jej się las, którego nigdy dotąd nie widziała i biegała po okolicy starając się wszystkiemu przyjrzeć, dotknąć i powąchać. W końcu jednak zmęczyła się i zapragnęła wrócić do siedziby gnomów. Nie wiedziała jednak, gdzie ona się znajduje więc pozostawało jej tylko iść na oślep i liczyć na to, że w końcu uda jej się jakoś znaleźć właściwą ścieżkę. Kiedy tak szła przed siebie natknęła się na młodego mężczyznę w myśliwskim stroju z kołczanem na plecach i łukiem na ramieniu.

- Witaj, malutka - zwrócił się do dziewczynki - To nie jest miejsce na samotne spacery. Skąd się tu wzięłaś?

- Obudziłam się pod drzewem. - odpowiedziała - Gnomy zrobiły mi brzydki dowcip. Muszę je znaleźć i natrzeć im uszu!

- A jak ci na imię? - zapytał myśliwy.

- Nie wiem. Gnomy mi tego nie powiedziały, a mieszkałam z nimi odkąd byłam bardzo mała. Opowiadały, że ktoś zostawił mnie przed wejściem do ich nory

Myśliwy uśmiechnął się słysząc te słowa. “To mój szczęśliwy dzień” pomyślał i tak zwrócił się do dziewczynki: 

- Chętnie ci pomogę, ale najpierw musisz poznać pewną tajemnicę. Nadstaw uszko, a powiem ci ją szeptem.

Dziewczynka nadstawiła uszko, a mężczyzna nachylił się ku niemu, po czym odgryzł je i połknął. Natychmiast rozpoznał smak królewskiej krwi i zaśmiał się, uszczęśliwiony.

- Nareszcie cię znalazłem! - zawołał, po czym z myśliwego przemienił się w upiora (a był to ten sam upiór, który niegdyś porwał z pałacu małą królewnę). Następnie chwycił dziewczynkę w swoje szpony i zaniósł ją na szczyt najwyższej góry tak stromej, że nawet najzwinniejszym nie udałoby się wdrapać na jej czubek.

- Zaczekaj tu do rana - zaskrzeczał - Wrócę po ciebie, gdy zmoczy cię poranna rosa - wtedy będziesz najsmaczniejsza. To będzie wyborne śniadanie!

Upiór zarechotał i odleciał. Dziewczynka została sama na szczycie góry. Próbowała wołać o pomoc, ale z tej wysokości żadna żywa dusza nie mogła jej usłyszeć. Wkrótce zapadła noc, a biedne dziecko wciąż tkwiło w tym samym miejscu, płacząc z bólu, trzęsąc się ze strachu i szczękając zębami z zimna. Nagle dziewczynka dostrzegła na niebie jakiś lśniący punkt, który coraz bardziej się do niej przybliżał. Nie był to upiór, a wielki ptak, o ostrym dziobie i rozłożystych skrzydłach. Gdy był już blisko góry, można było poznać, że to piękny orzeł pokryty złotymi piórami, które lśniły w świetle księżyca.

Ptak zatoczył koło i wylądował obok dziewczynki. 

- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał orzeł.

- Przyniósł mnie tu wstrętny potwór, a rano wróci, żeby mnie zjeść! - zaszlochała dziewczynka.

- Jestem silny i szybki - odrzekł jej na to ptak. - Mogę wziąć cię na plecy i zanieść daleko stąd. Ale najpierw obiecaj mi, że gdy dorośniesz, przyjdziesz do mojego gniazda i zostaniesz moją żoną.

Dziewczynka złożyła obietnicę, bo co innego mogła zrobić? Złoty orzeł pomógł jej się wspiąć na swój grzbiet i kazał mocno objąć się za szyję. Gdy go posłuchała, ptak wzbił się w powietrze z dzieckiem na plecach. Lecieli tak, aż do wschodu słońca, kiedy spostrzegli, że upiór ruszył za nimi w pościg i już zaczął ich doganiać. Orzeł przyspieszył lot, ale zmora zrobiła to samo i tak ścigali się w powietrzu, aż w końcu, gdy przelatywali nad wielkim jeziorem byli już tak blisko siebie, że dziewczynka mogła poczuć na karku oddech jej prześladowcy.

Złoty orzeł był silny i nie bał się stoczyć walki z upiorem. Machał skrzydłami, dźgał rywala dziobem, wbijał szpony w jego oślizgłe ciało. Upiór nie był mu dłużny - to wystawiał pazury i drapał nimi ptaka, to z jego brzucha wysuwały się macki chcące opleść przeciwnika, to jego stopy przybierały kształt wielkich młotów i próbowały rozbić uciekinierom głowy. Gdy orzeł próbował uchylić się przed takim ciosem, dziewczynka zsunęła się z jego grzbietu i spadła wprost do jeziora. Na jej szczęście akurat przepływała tamtędy mała łódź rybacka. Płynący nią mężczyźni zobaczyli jak dziewczynka wpada do wody i od razu podpłynęli w to miejsce, aby ją stamtąd wyciągnąć. Podali małej wiosła i wciągnęli ją do swojej łodzi, a jeden z nich okrył dziecko swoją kurtką. 

Tymczasem orzeł i upiór dalej zaciekle walczyli w powietrzu. W końcu złotemu ptaku udało się rozedrzeć głowę przeciwnika na pół i zabić go. Gdy szczątki upiora pogrążyły się w jeziornej toni, orzeł odleciał i zniknął pomiędzy chmurami.

Rybacy patrzyli na to wszystko ze zdumieniem i zgrozą. Gdy minęło kilka chwil, zaczęli mocno uderzać wiosłami, by jak najszybciej zejść na brzeg, bo nie chcieli zostać na jeziorze ani chwili dłużej. Gdy wszyscy znaleźli się już na suchym lądzie, dziewczynka opowiedziała swoją historię, a mężczyźni zabrali ją do swojej wioski. Tam powtórzyli wszystko rodzinom i przyjaciołom, a ci wysłuchali ich z przejęciem i każdy chciał z bliska zobaczyć dziewczynkę. Jedna z kobiet miała zamiar opatrzyć ranę jaką zadały nieznajomej zęby upiora, ale gdy ta odgarnęła włosy okazało się, że odgryzione ucho odrosło, a po ukąszeniu została tylko cienka blizna.

Mieszkańcy wioski byli bardzo tym wszystkim zdumieni i nie wiedzieli co począć. Postanowili więc zaprowadzić dziewczynkę do miejscowego kapłana, który znany był w całej okolicy ze swej mądrości. Ten wysłuchał dziwnej opowieści, uważnie przyjrzał się nieznajomej, zastanowił się przez chwilę, a w końcu powiedział:

- - Niezwykłe rzeczy zdarzają się tylko niezwykłym osobom. Skoro wszyscy byliście świadkami dziwnej przygody tego dziecka to nie ma wątpliwości, że nie jest mu pisane spokojne i wypełnione pracą życie, takie, jakie wy wiedziecie. Spróbujcie raczej zebrać trochę pieniędzy i zabierzcie ją gdzieś, gdzie będzie mogła nauczyć się ujarzmić tę magię, która ją otacza i zapewnia jej dziwne przeżycia.Na pewno będzie z niej wspaniała czarodziejka. A jeśli chodzi o imię, to najlepszym będzie Illena - doskonale pasuje do dziewczynki, która spadła z nieba.

Mieszkańcy wioski posłuchali rad swojego kapłana i zawieźli dziewczynkę - zwaną odtąd Illeną - do miejsca, gdzie nauczano rzucania zaklęć, odczytywania znaków i odkrywania tajemnic. Dziewczynka uczyła się pilnie, a kiedy przestała już być dzieckiem nie było takiego czaru, którego by nie znała.  Gdy minęło dwanaście lat, Illena, tak jak przepowiedział jej kiedyś mądry kapłan, była już prawdziwą czarodziejką, dumną, silną i odważną. Była też jednak rozsądna i miała dobre serce, dlatego nigdy nie używała swojej mocy, by komukolwiek szkodzić, ale starała się przede wszystkim pomagać i chronić tych, którzy sami nie potrafili obronić się przed potworami, złymi czarami i innymi nieszczęściami. Szczególnie zaciekle tępiła upiory - żaden nie był w stanie się przed nią ukryć, oszukać jej przebraniem ani pokonać w walce. Nie wiedziała jednak, że w ten sposób znalazła sobie wroga w osobie wygnanej księżnej. Ta, choć minęło tyle czasu, w ogóle się nie zmieniła - wciąż otaczała się najbardziej odrażającymi z istot i nadal wzbudzanie w ludziach trwogi było jej największą radością. Ukryła się za górami, gdzie z pomocą magii zbudowała sobie wieżę z czarnego kryształu. Gdy odkryła, że wysyłane przez nią upiory zwalcza nieznana czarodziejka, natychmiast zapragnęła się jej pozbyć. Próbowała też dowiedzieć się jak najwięcej o pochodzeniu i przeszłości Illeny, ale dziwnym trafem ani jej magia, ani wróżby, ani posłańcy nie byli w stanie nic jej powiedzieć. “Jest w niej jakaś tajemnica” pomyślała. “Lepiej będzie nie walczyć z nią i nie zbliżać się do niej, ale znaleźć jakiś sposób, by przestała mi szkodzić”. W końcu wpadła na pewien pomysł. Kazała kilku upiorom przybrać ludzką postać i rozgłosić pewną plotkę. Wkrótce w różnych zakątkach królestwa ludzie zaczęli powtarzać sobie zasłyszaną nowinę, aż w końcu i jedna z dam dworu królowej powtórzyła jej zasłyszane już od paru osób słowa:

- Czarodziejka Illena przechwala się, że gdyby chciała, bez problemu odnalazłaby zaginioną królewnę. Ale gdy ktoś ją pyta, czemu tego nie zrobi, mówi, że szkoda jej czasu dla tak błahej sprawy.

Królowa, usłyszawszy to, wpadła w furię. Nie mogła znieść myśli, że ktoś jawnie szydzi z jej nieszczęścia i natychmiast kazała sprowadzić Illenę.

- Doszły mnie słuchy, że potrafisz zrobić to, czego od wielu lat nie udało się dokonać nikomu w całym królestwie - powiedziała jej - Wiem, co rozpowiadałaś i powinnam była surowo ukarać cię za tę zniewagę. Ale skoro odnalezienie zaginionej królewny to dla ciebie błahostka, rozkazuję ci sprowadzić ją tu w trzy miesiące. Jeśli ci się to uda, przebaczę ci wszystko. Jeśli nie, marny twój los.

Illena próbowała się tłumaczyć, ale królowa nie chciała nawet słuchać jej wyjaśnień. Powtórzyła tylko swoje życzenie i zabroniła jej wracać, aż nie znajdzie królewny. Potem kazała wyrzucić czarodziejkę za drzwi i poszczuć psami, gdyby próbowała zawrócić. Illena, chcąc nie chcąc, musiała spróbować rozwiązać tę zagadkę. Szybko jednak przekonała się, że łatwiej byłoby jej znaleźć diament w bagnie. Czarodziejka robiła co mogła - rzucała różne zaklęcia, obserwowała jak poruszają się  gwiazdy, patrzyła w wodę i w dym, ale nigdzie nie znalazła odpowiedzi. W końcu przypomniała sobie jak wiele lat temu jeden z nauczycieli opowiadał jej o srebrnym drzewie, rosnącym na środku pustyni, które znało odpowiedź na każde pytanie. Bez chwili wahania dosiadła więc swojego konia i wyruszyła w drogę. Podróż była długa i uciążliwa. Illena nie tylko musiała znosić skwar i zmęczenie, ale i przez cały czas towarzyszył jej bardzo dokuczliwy komar, którego nijak nie mogła się pozbyć. W końcu jednak udało jej się dotrzeć do samego środka pustyni, gdzie rosło srebrne drzewo. Było jeszcze piękniejsze niż się spodziewała - jego liście przypominały małe, misternie zrobione rzeźby, gałęzie lśniły tak, że patrząc na nie trzeba było mrużyć oczy, a kiedy głaskał je wiatr zamiast szumieć, brzęczały jak małe dzwoneczki. Illena usiadła pod drzewem, oparła się plecami o pień, zamknęła oczy i zadała swoje pytanie:

- Jak mogę odnaleźć zaginioną królewnę?

Wtedy jeden z liści spadł wprost na jej dłoń. Illena spostrzegła, że drobnymi literami zapisano na nim “Udaj się do Orlego Gniazda w pobliżu góry, z której kiedyś uciekłaś. Tam znajdziesz wszystko, czego szukasz”. Jak tylko dziewczyna odczytała te słowa, poczuła przeszywający ból w prawym uchu, po czym wypłynęła z niego strużka krwi. Jedna z czerwonych kropli spadła na srebrny liść, a wtedy Illena przypomniała sobie o złotym orle, którego kiedyś przyrzekła poślubić. Natychmiast wsiadła na konia i zawróciła. Ludzie, których spotykała po drodze niekiedy pytali ją o dziwną ranę, która nie chciała się goić. Czasem Illena opowiadała im o złotym orle, a wtedy zawsze słyszała w odpowiedzi tę samą radę:

- Musisz go znaleźć i zabić. Tylko tak się od niego uwolnisz.

Illena jednak, choć przerażała ją myśl o złożonej w dzieciństwie obietnicy, nie chciała skrzywdzić kogoś, komu zawdzięczała życie. Pragnęła tylko wypełnić swoją misję i odnaleźć tajemnicze gniazdo, bo wierzyła, że wtedy będzie wiedziała co robić.

Gdy dotarła we wskazane miejsce, zauważyła, że obok drogi leży złote pióro, długie jak jej ramię. Illena schyliła się, by je podnieść, a wtedy kawałek jej ucha oderwał się i upadł na ziemię. Było to bolesne, ale dzięki temu wiedziała, że jest na dobrej drodze. Jechała więc przed siebie, a rozrzucone tu i ówdzie złote pióra wskazywały jej drogę. Za każdym razem, gdy Illena brała jedno z nich do ręki traciła mały kawałek ucha. Gdy odpadło już całe, czarodziejka dotarła do pewnego zamku, który wyglądał na opuszczony. Nad wejściem wyryty był napis: “Witaj w Orlim Gnieździe. Wejdź i pytaj, ale nie czekaj na odpowiedź”. Brama była otwarta, więc Illena mogła wraz z koniem wkroczyć na dziedziniec. Tam na spotkanie wyszedł jej mężczyzna o jasnych oczach i ponurej twarzy. Przywitał ją uprzejmym ukłonem, ale nie odpowiedział na jej pozdrowienie. Illena wyjaśniła mu, co ją tu sprowadza i spytała, czy wie coś o zaginionej królewnie. Ten tylko wbił wzrok w ziemię pod jej stopami.

- A nie widziałeś gdzieś w okolicy złotego orła? - spytała Illena. Mężczyzna w odpowiedzi wskazał najpierw na bramę, a potem na niebo. Gdy Illena poprosiła go, by pozwolił jej zatrzymać się w zamku na kilka dni, skinął głową na znak, że się zgadza. Zaprowadził ją do środka, przygotował coś do zjedzenia, oprowadził po swoim domu i przez cały czas był dla niej uprzejmy, choć nie odezwał się ani słowem. Illena mówiła więc za dwoje i nawet nie zauważyła jak opowiedziała nieznajomemu całą swoją historię. Obydwoje bardzo szybko poczuli się tak dobrze w swoim towarzystwie, jakby znali się od dawna. Gdy późnym wieczorem Illena kładła się spać już niemal zapomniała o wszystkich swoich troskach i kłopotach.

Jednak w środku nocy obudziły ją jakieś żałosne jęki dochodzące jakby z podziemi. Były tak głośne, że Illena nie mogła już zasnąć tej nocy i ucichły dopiero o wschodzie słońca. W tym samym momencie czarodziejka zdała sobie sprawę, że jej ucho odrosło. 

Rankiem postanowiła wybrać się na przejażdżkę po okolicy i poszukać jakichś śladów królewny i orła. Próbowała namówić mężczyznę, by jej towarzyszył, ale ten tylko kręcił głową, więc w końcu wyruszyła sama. W okolicy nie znalazła jednak niczego, oprócz kilku złotych piór.

Drugiej nocy Illena znów usłyszała to samo zawodzenie. Tym razem było jeszcze głośniejsze i tak żałosne, że słuchając go, dziewczyna miała łzy w oczach. Tak jak ostatnio jęki ucichły o wschodzie słońca. Rano gdy Illena znów spotkała się z niemym gospodarzem, opowiedziała mu, co działo się w nocy. Ten zaprowadził ją do zamkowych podziemi i pokazał jej wnętrze lochu. Były tam trzy puste cele, otwarte na oścież. Ich widok przekonał Illenę, że rzeczywiście nikogo tam nie ma, ale wspomnienie tego, co działo się w nocy nie dawało jej spokoju. Tym razem spędziła cały dzień w zamku, a jej jedyny towarzysz robił co mógł, by umilić jej czas. 

Gdy trzeciej nocy usłyszała jęki, od razu wstała z łóżka, by sprawdzić, skąd dochodzą. Dźwięk zaprowadził ją do tego samego lochu, który pokazał jej wcześniej niemy gospodarz. Illena zajrzała do środka i zobaczyła trzy młode, piękne kobiety  przykute łańcuchami do ściany. Te błagalnie wyciągnęły  ręce w jej stronę prosząc o ratunek. Zdjęta litością Illena  bez wahania do nich podbiegła i dotknęła każdego z łańcuchów wypowiadając przy tym zaklęcie. Ale jak tylko kajdany opadły, jedna z dziewcząt przemieniła się w ziejącego ogniem byka, druga w węża o siedmiu głowach, a trzecia w pokrytego futrem człowieka z głową i skrzydłami nietoperza. Zanim Illena zdążyła cokolwiek zrobić, zęby z wszystkich siedmiu wężowych paszcz naraz wbiły się w jej ciało, a dziewczyna zemdlała z bólu. Wtedy kobieta-nietoperz wzięła ją na plecy, a byk z wężem na grzbiecie pobiegł przodem i swoim oddechem zamieniał w popiół każdą przeszkodę, jaką napotkał na swej drodze. Osobliwy orszak opuścił Orle Gniazdo i udał się prosto do kryształowej wieży, na jej najwyższe piętro.Tam czekała już księżna-czarownica ze specjalnie przygotowaną żelazną klatką. Trzy potwory wrzuciły Illenę do środka, a potem zamknęły ją na kłódkę. Wtedy młoda czarodziejka ocknęła się, księżna przemówiła do niej tak:

- Teraz wreszcie mam pewność, że nigdy więcej nie wejdziesz mi w drogę. Tutaj kończą się i twoje poszukiwania i twoje życie. To ja kazałam porwać córkę królowej. To ja skłoniłam jej matkę, by zleciła ci niemożliwą misję. To ja byłam komarem, który za tobą podążał. Miałam nadzieję, że zechcesz szukać królewny na dnie morza, gdzie leży od lat i utoniesz w czasie sztormu. Ale to nawet lepiej, że los sprowadził cię w te okolice. Teraz będziesz siedzieć w tej klatce tak długo, aż umrzesz z głodu. Jak myślisz, długo ci to zajmie? 

Powiedziawszy to, kobieta złośliwie się zaśmiała i wyszła wraz z trójką swoich towarzyszy zostawiając Illenę samą. Bezradna i zrozpaczona dziewczyna mogła tylko siedzieć skulona w swoim więzieniu, a było ono tak ciasne, że nie była w stanie ani się podnieść, ani nawet rozprostować nóg.

Aż tu nagle, nie wiadomo skąd, zjawił się złoty orzeł. Okna w wieży nie były na tyle duże, by mógł dostać się do środka, ale udało mu się wsadzić tam nogę i pazurem otworzyć kłódkę, na którą zamknięta była żelazna klatka. Wtedy Illena czym prędzej z niej wyskoczyła i wdrapała się na grzbiet ptaka. Już mieli razem odlecieć, ale nagle do sali wbiegł byk i, widząc uciekinierów, skoczył do okna, po czym zaczął zionąć na nich ogniem. Płomienie dosięgły orlich skrzydeł i boleśnie je oparzyły. Orzeł robił co mógł, by nie spaść, ani nie upuścić Illeny, ale nie minęło wiele czasu, aż musiał obniżyć lot i w końcu obydwoje upadli na ziemię. Na ich szczęście wylądowali wewnątrz pewnego uroczyska. Gdy Illenie udało się podnieść, natychmiast podbiegła do miejsca, gdzie, jak się jej zdawało, upadł orzeł. Jednak zamiast ptaka znalazła tam człowieka z poparzonymi ramionami, w którym rozpoznała jasnookiego mężczyznę z Orlego Gniazda. A ponieważ w uroczysku nie można kłamać, a wszelkie złe czary tracą swoją moc, ten przemówił do niej po raz pierwszy.

- Najdroższa Illeno, wybacz mi, że chciałem cię oszukać. Przez moją klątwę nie mogę mówić, gdy jestem w swoim zamku, a po przekroczeniu jego progu, przemieniam się w złotego orła. Miało to trwać do dnia, w którym córka królewskiej krwi urodzi moje dziecko. Ty byłaś pierwszą, do której udało mi się zbliżyć. Od razu wiedziałem kim jesteś, bo twoje ciało otacza świetlista łuna, której ludzkie oczy nie widzą, ale orle dostrzegają bez problemu. Tak bardzo pragnąłem uwolnić się od klątwy, że skorzystałem z okazji i wymusiłem na tobie obietnicę. Ale jak tylko znów cię ujrzałem, dotarło do mnie, jak niesprawiedliwie i okrutnie wtedy postąpiłem. Twoja rana zagoiła się, gdy postanowiłem zwolnić cię z przysięgi. Nie zasługujesz na to, by być uwiązana do kogoś takiego, a ja za bardzo cię kocham, bym mógł cię do tego zmuszać. Wybacz mi. Jeśli chcesz, zaniosę cię do pałacu twojej matki, a potem już więcej mnie nie zobaczysz.

Illena była tak zaskoczona, że nie wiedziała, co powiedzieć. Smutek, radość i gniew mieszały się w jej umyśle, nie pozwalając jej myśleć jasno. W końcu dotknęła skóry mężczyzny w miejscu oparzeń i wyszeptała zaklęcie, które sprawiło, że natychmiast zniknęły. Potem wzięła go za rękę i wyprowadziła poza granice uroczyska, gdzie znów przybrał postać orła. 

- Zabierz mnie z powrotem do zamku - poprosiła i usiadła mu na grzbiecie. 

Orzeł wzbił się w niebo, a wtedy siedząca mu na grzbiecie czarodziejka spostrzegła w dole ścigającą ich księżną.

- Leć szybciej! - zawołała - Musimy dotrzeć do zamku przed nią. Nie możemy dać się zaskoczyć po raz drugi.

Orzeł posłuchał jej i zaczął szybciej machać skrzydłami, by jak najprędzej dotrzeć do celu. Illena i jej towarzysz razem schronili się w Orlim Gnieździe. Po przekroczeniu progu zamku orzeł znów przybrał ludzką postać. Obydwoje już mieli biec po miecze i tarcze, gdy nagle dał się słyszeć donośny huk. To księżna swoją mocą wybiła dziurę w murze. Teraz stała tam z ogniem w oczach i wściekłym grymasem na twarzy. Illena podeszła do niej i, patrząc jej w oczy, powiedziała:

- Kazałaś mnie utopić, a ja nawet nie zmoczyłam stóp. Próbowałaś mnie spalić, a ja nawet nie poparzyłam dłoni. Chciałaś zagłodzić mnie na śmierć, a jednak stoję przed tobą, silna i gotowa do walki. Co zrobisz teraz?

Gdy czarownica zrozumiała, co znaczą te słowa wpadła w taką wściekłość, jak jeszcze nigdy w życiu. Zaczęła przeraźliwie krzyczeć, a z jej ust wyleciał snop iskier. Gdy dotknęły ziemi zmieniły się w wielkiego lwa z płonącą grzywą, który z głośnym rykiem ruszył na Illenę. Ta zagwizdała, a z jej oddechu wyłonił się ogromny biały niedźwiedź. Dopadł lwa, otworzył paszczę, a wtedy wypłynął z niej strumień zimnej wody i zgasił płomienie na głowie wielkiego kota. Powalony zwierz przemienił się w chmarę szerszeni, które zaatakowały niedźwiedzia, ale ten przeistoczył się w chmurę dymu, przez co cały rój udusił się w kilka chwil. Wtedy czarownica tupnęła, przez co w ziemi utworzyła się szczelina. Wypełzły z niej fioletowe płomienie i zaczęły sunąć w stronę Illeny, aż w końcu otoczyły ją ciasnym pierścieniem. Ale nie były w stanie jej przerazić, więc nie mogły zrobić jej krzywdy. W końcu Illena przemieniła się w piorun i uderzyła swoją przeciwniczkę z taką siłą, że została z niej tylko kupka popiołu. 

Illena znów wsiadła na grzbiet złotego orła i razem wzbili się w powietrze. Tym razem polecieli prosto do miasta, gdzie stał pałac królowej. Widok wielkiego ptaka z człowiekiem na grzbiecie, którego złote skrzydła niemal dotykały dachów domostw był tak niezwykły, że aż wszyscy wybiegli na ulicę, by mu się przyjrzeć. Jak tylko zorientowali się, że orzeł podąża do pałacu, również się tam udali, żeby popatrzeć, co się stanie. Kiedy złoty wierzchowiec Illeny  wylądował przed samym wejściem, także i mieszkańcy tej rezydencji wybiegli na zewnątrz rzucić na niego okiem. Królowa również wyszła na dziedziniec, a wtedy czarodziejka zsiadła z orlego grzbietu.

- Odnalazłam zaginioną królewnę - powiedziała Illena.

- Więc gdzie ona jest? - zapytała królowa.

- Stoi przed tobą, wasza wysokość - powiedział orzeł - Światło, którego nie widzisz otacza i twoją postać i postać twej córki Illeny. Wiele przeżyła i wiele wycierpiała, by móc do ciebie wrócić, ale teraz już nic jej nie grozi. Nie każ jej dalej tułać się po świecie i przyjmij z powrotem swoje dziecko.

Królowa nie mogła uwierzyć własnym uszom, ale w końcu dotarło do niej, że bogowie naprawdę wysłuchali jej próśb i zwrócili jej utraconą córkę. Przyjęła Illenę z otwartymi ramionami, a wszyscy zgromadzeni zaczęli głośno wiwatować na cześć królewny. W tym całym zamieszaniu nikt nawet nie zauważył jak złoty orzeł odleciał w nieznane.

Radosne czasy nastały teraz w królestwie. Królowa pragnęła, by wszyscy byli tak szczęśliwi jak ona sama, kazała więc otworzyć więzienia, obdarować ubogich, odświętnie przystroić miasta, bić w dzwony i śpiewać pieśni dziękczynne. W jej pałacu co chwilę organizowano uczty, bale i inne uroczystości, a wszyscy obecni zachwycali się królewną, jej urodą, szlachetnością i odwagą.

Mimo to Illena nie czuła się szczęśliwa. Wprost przeciwnie - choć miała teraz wszystko, czego mogłaby zapragnąć, nie mogła pozbyć się osobliwej melancholii, która ciągle czaiła się gdzieś w jej duszy i za nic nie dawała się przegnać. Minął rok, a to dziwne uczucie nie zniknęło. 

Tymczasem wszyscy przywykli już do królewny, a ministrowie i doradcy jej matki coraz częściej zaczęli napomykać o tym, że należałoby wydać ją za mąż. Królowa długo opierała tym sugestiom, bo bardzo nie chciała po raz kolejny rozstawać się z córką, w końcu jednak zgodziła się przynajmniej z nią o tym porozmawiać. Znalazła Illenę w ogrodzie, siedzącą przy fontannie. Przysiadła się do niej i zaczęła opowiadać o różnych znanych jej panach, królach i książętach, którzy z pewnością byliby chętni ubiegać się o jej rękę, gdyby tylko zechciała rozejrzeć się za kandydatem na męża. Gdy Illena wysłuchała słów matki, nagle dotarło do niej, co tak naprawdę przez ten cały czas ciążyło jej na sercu. Tym, co tak jej doskwierało, była tęsknota, a jej przyczyną - miłość.

- Wiem, że każdy z nich mógłby wiele dokonać i wiele poświęcić, aby mnie zdobyć - powiedziała w końcu - Ale jest też na świecie ktoś, kto kocha mnie tak bardzo, że był gotów ze mnie zrezygnować, by dać mi szczęście. A ja nie chcę nikogo innego.

Niedługo potem Illena pożegnała się z matką i udała się do Orlego Gniazda. Brama była tym razem zamknięta. Królewna próbowała pukać, ale nic to nie dawało.

- Złoty orle, złoty orle, wpuść swoją królewnę! - zawołała Illena, a wtedy brama otworzyła się na oścież. Królewna wbiegła do środka, a jasnooki mężczyzna także wybiegł jej na spotkanie. Obydwoje przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, by w końcu paść sobie w ramiona.

Zakochani pobrali się w uroczysku i zamieszkali razem w Orlim Gnieździe. Niektóre dni spędzali w zamku, a inne poza nim, na ziemi lub w powietrzu. Wspólne życie nie było łatwe, ale miłość i nadzieja dodawały obojgu sił i pomagały zachować cierpliwość. Aż w końcu, kiedy trzy lata później urodził im się synek, jego ojciec wydał okrzyk radości na widok dziecka i wtedy wiadomo już było, że klątwa straciła swoją moc. Niedługo potem Illena wraz rodziną udała się do pałacu swej matki, by zamieszkać tam już na zawsze. Wszyscy czworo żyli razem przez wiele lat, a kiedy w końcu umarli, jeszcze długo powtarzano w królestwie opowieść o zaginionej królewnie i złotym orle.