wtorek, 13 października 2020

Królewna z kuchni, królewna z kurnika i królewicz z chlewu

Żył sobie kiedyś pewien król, który miał troje małych dzieci - dwie dziewczynki i chłopca. Na całym świecie nie znalazłbyś równie ślicznych i miłych stworzonek. Ojciec bardzo je kochał, a one kochały jego. Król długo żył spokojnie, ciesząc się zdrowiem, dobrobytem i towarzystwem swoich bliskich. Jednak szczęście nie mogło trwać wiecznie. Pewnego dnia do stolicy dotarła wieść, że władca sąsiedniego królestwa, który dotąd żył w przyjaźni z tutejszym monarchą, na czele wojska zjawił się na granicy i pragnie podbić jego ziemię. Król, dowiedziawszy się o tym, natychmiast wyruszył bronić swojego kraju, a za nim podążyli wszyscy rycerze, łucznicy i piechota. Przez pewien czas wojna przebiegała po jego myśli, a wrogi monarcha mógł tylko zgrzytać zębami ze złości po kolejnej przegranej bitwie. Potem jednak niespodziewanie los się odmienił i nieprzyjacielska armia, jakby wspierały ją jakieś nieznane moce, zaczęła wychodzić z każdej potyczki zwycięsko, nie tracąc nawet jednego żołnierza. W końcu doszło do bitwy, która zakończyła się zwycięstwem najeźdźców. Poległo w niej wielu dzielnych rycerzy dobrego króla, zginął i on sam, przebity mieczem przez jednego z żołnierzy wroga. Gdy jego nieprzyjaciel dowiedział się o tym, wiedział już, że odniósł zwycięstwo, a ziemia, którą najechał, należy do niego. Ale nawet to było dla niego za mało. Jeszcze nie zdołał opaść bitewny kurz, gdy żołnierze otrzymali rozkaz, by niezwłocznie udać się do zamku poległego króla. Armia wdarła się do pałacu grabiąc wszystko, co wpadło im w ręce i mordując każdego, kto stanął im na drodze. Ich przywódca nie tylko ich przed tym nie powstrzymywał, ale z radością przyglądał się rzezi. Od tej pory kazał też się tytułować Panem Dwóch Królestw.

Jedynymi mieszkańcami zamku, których nie zabito była trójka królewskich dzieci. Zwycięski władca kazał bowiem swoim żołnierzom je porwać, wsadzić na wóz wraz z resztą łupów i zawieźć do swojej stolicy. Zwycięska armia tryumfalnie maszerowała przez podbitą ziemię wyśpiewując pieśni ku czci swojego pana. Kiedy w końcu dotarli do jego zamku, na spotkanie pochodu wyszła żona ich króla wraz z pięciorgiem dzieci. Dwóch braci i trzy siostry przyglądali się z zaciekawieniem, jak słudzy ich ojca wypakowują te wszystkie wspaniałe rzeczy, które przywieziono z podbitego królestwa, a gdy dowiedzieli się, że część z tych skarbów mają otrzymać w prezencie, nie posiadali się z radości. W końcu słudzy ściągnęli z wozu troje dzieci, kazali im podejść do królowej i klęknąć u jej stóp.

- A to jest mój dar dla ciebie - zwrócił się Pan Dwóch Królestw do swej żony - Ci troje są dziećmi króla, którego pokonałem. Ty zdecyduj, co z nimi zrobić, a ja spełnię każde twoje życzenie.

Królowa spojrzała z ukosa na trójkę swych jeńców, po czym powiedziała:

- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli zatrzymamy je w pałacu i każemy im pracować. Tak będą dla nas najbardziej użyteczni, a wszyscy zobaczą, że nie ma na tym świecie większego od ciebie pana, skoro usługują ci nawet królewny i królewicze. 

Królowi bardzo spodobał się ten pomysł.

- Niech tak będzie - powiedział i natychmiast spełniono życzenie jego żony. Troje dzieci zabrano do zamku, przebrano w zgrzebne stroje i skierowano do pracy. Starszej z królewien kazano pomagać w kuchni, młodszą wysłano do kurnika, a ich braciszek musiał odtąd pasać świnie. Ich życie stało się nędzne i smutne - chodzili w łachmanach i żywili się resztkami, obarczano ich najgorszą robotą, a pięcioro dzieci złego króla dokuczało im i bezlitośnie z nich drwiło, przy każdej możliwej okazji. Lata mijały, a udręka całej trójki była tak wielka, że w końcu zapomnieli, kim są i skąd pochodzą. Kiedy dorośli, zdawało im się już, że zawsze służyli w tym zamku i nigdy nie zaznali lepszego losu. Ale ich miłość do siebie nawzajem nigdy nie osłabła i nawet w najtrudniejszych chwilach zawsze znajdowali w sobie oparcie. 

W końcu i w tym królestwie nastały złe czasy. Nagle zaczęła je pustoszyć zaraza tak straszliwa, jakiej nikt przedtem nie widział. Na tę chorobę nie było żadnego lekarstwa, bardzo szybko się rozprzestrzeniała, a każdy, kogo dotknęła, umierał w męczarniach. Blady strach padł na mieszkańców krainy i nawet w królewskim pałacu na stałe zagościł niepokój, choć wciąż było tam bezpiecznie. Król, usłyszawszy co się dzieje, wezwał do zamku uczonych i astrologów z całego kraju, po czym kazał im jak najszybciej odnaleźć sposób, by zaradzić katastrofie. Jednak ci, choć pracowali w pocie czoła przez wiele dni i nocy, zarówno w obawie przed zarazą jak i przed gniewem swojego pana, przez długi czas nie byli w stanie dokonać żadnego odkrycia. W końcu jednak jeden z uczonych stanął przed obliczem króla i oznajmił:

- Taką chorobę wywołują przeklęte rośliny. Ktoś z twoich poddanych musiał się natknąć na takie zielsko i pozwolić mu zatruć swoje ciało, a potem jego przypadłość przeszła też na innych i rozprzestrzenia się do tej pory.

- Ale jak to powstrzymać? - dopytywał się król.

- Tego nie wiem. W żadnej z ksiąg nie udało mi się odnaleźć odpowiedzi. 

- Więc módl się, by odkrył to ktoś mądrzejszy od ciebie! - krzyknął rozgniewany  władca i kazał wyrzucić nieszczęsnego mędrca za bramy zamku. Następnie oznajmił pozostałym, co zaszło i ostrzegł, że jeśli w ciągu trzech dni nie odkryją, jak zakończyć zarazę, wszyscy podzielą los uczonego. Strach dodał wszystkim sił do pracy i wieczorem trzeciego dnia jeden z astrologów miał już gotowe rozwiązanie zagadki.

- Przyczyną zarazy jest przeklęty krzak róży, który wyrósł pośrodku Czerwonej Drogi. Gwiazdy mówią, że jeśli dziecko królewskiej krwi zetnie ten krzew o zmierzchu, zaraza ustanie - powiedział królowi. Usłyszawszy to, władca spochmurniał się i odprawił astrologa skinieniem ręki. Choć ulżyło mu, że jego problem można rozwiązać w tak łatwy sposób, obawiał się posłać którekolwiek ze swoich dzieci w podróż przez ziemie opanowane przez zarazę. Słyszał też, że wielu wędrowców przepadło bez wieści na Czerwonej Drodze, by nigdy już nie powrócić. W końcu król postanowił opowiedzieć o wszystkim żonie. Królowa wysłuchawszy słów swego małżonka, chwilę się zastanowiła, po czym odezwała się tymi słowy:

- A czy nasi synowie i córki to jedyne królewskie dzieci, które znajdziesz pod swoim dachem? Czyżbyś zapomniał, że służy nam jeszcze troje? Poślij jedno z nich - z pewnością będzie mogło wykonać to zadanie, a jeśli nie wróci, zawsze będzie można znaleźć nową służbę.

Król posłuchał rad żony i natychmiast kazał wezwać pomywaczkę. Dano jej do ręki siekierę i posłano na Czerwoną Drogę z poleceniem ścięcia przeklętego krzewu. Choć dziewczyna bała się iść tam sama, nie mogła sprzeciwić się rozkazom króla. Pożegnała więc siostrę i brata, uściskała ich po raz ostatni, wysłuchała ich rad i przestróg, po czym wyruszyła w podróż. Przez kilka dni nie działo się nic, a potem do stolicy dotarły radosne wieści - chorzy w całym królestwie nagle wrócili do zdrowia i nikt już nie musiał obawiać się zarazy. Cieszyli się poddani, cieszył się król i jego rodzina, cieszył się też świniopas i dziewczyna z kurnika, oczekujący z nadzieją powrotu siostry. Dni jednak mijały, a ta wciąż się nie pojawiała i niecierpliwość jej rodzeństwa wkrótce zmieniła się w niepokój. Pozostali jednak cieszyli się tylko, że kłopoty minęły: król i królowa wrócili do swoich zwykłych zajęć, ich córki znów bawiły się na wesołych przyjęciach, starszy syn znów znikał na całe dnie szukając okazji, by dowieść swej waleczności, a młodszy wciąż uganiał się za spódniczkami. Za to nikt nie zdawał się przejmować losem tej, która miała ich wszystkich ocalić.

Jakiś czas później na królestwo spadło nowe nieszczęście. Zaczęły nawiedzać je gwałtowne burze i huragany, które niszczyły wszystko na swojej drodze. Dni były czarne od chmur, a noce jasne od błyskawic. Nawałnica zrywała dachy z domów, wiatr porywał ze sobą ludzi i bydło, pioruny podpalały lasy. Król ponownie kazał wezwać do siebie uczonych i astrologów. Choć niezwykle trudno było czytać z zachmurzonego nieba, już po trzech dniach jeden z wróżbitów stanął przed obliczem władcy i oznajmił: 

- Twój pierworodny syn podczas polowania trafił strzałą w stojącą przy Czerwonej Drodze kapliczkę Yleny i wytrącił klejnot z dłoni bogini. Kamień potoczył się do dołu i leży tam do tej pory. Jak tylko wróci na swoje miejsce, niebo znów się uspokoi. Ale klejnot trzeba umieścić w kapliczce o północy i musi zrobić to dziecko królewskiej krwi.

Król najpierw przeklął w duchu brawurę i nieostrożność syna, a potem po raz kolejny opowiedział o wszystkim żonie. Ta poradziła posłać na Czerwoną Drogę tę królewnę, która zajmowała się kurami. Pouczono ją, co ma robić i zakazano wracać, dopóki nie wykona zadania.

- Nie martw się o mnie - powiedziała dziewczyna bratu, gdy ten żegnał ją ze łzami w oczach - Na pewno uda mi się wykonać zadanie, a kto wie, może dowiem się też, co przydarzyło się naszej siostrze.

Jednak, choć dziewczyna się uśmiechała, twarz miała bladą, a serce pełne trwogi.

Niedługo po jej odejściu nawałnica ustała, wicher przestał wiać, a niebo się rozpogodziło. Znów w królestwie zapanowała radość. Było jasne, że i tym razem rozkaz króla został wykonany. Ale dziewczyna wciąż nie wracała. Tak jak poprzednio wszyscy w zamku szybko zapomnieli o zaginionej służącej a życie toczyło się jak dawniej. Tylko młody świniopas wciąż pamiętał i o niej, i o pomywaczce, którą wcześniej wysłano w podróż. Jego niepokój rósł z każdym dniem, a tęsknota stawała się nie do zniesienia. Nie mógł już ani spać, ani pracować. Aż w końcu którejś nocy po kryjomu opuścił zamek i ruszył na poszukiwanie sióstr. 

Po długiej wędrówce, świniopas w końcu dotarł do Czerwonej Drogi. Spacerując po niej za dnia dostrzegł szczątki przeklętego krzewu i kapliczkę Yleny, w której znów znajdował się drogocenny kamień. Przez kilka godzin młodzieniec chodził po okolicy szukając jakiegoś śladu zaginionych sióstr lub kogoś, kto wiedziałby coś o ich losie. Jednak nic więcej nie znalazł, nikogo też nie napotkał. W końcu zawrócił i udał się do ostatniej wioski, którą minął po drodze. Próbował pytać jej mieszkańców o Czerwoną Drogę i swoje dwie siostry, ale nikt nie chciał z nim rozmawiać.

- Nie zawracaj mi głowy! - mówił pewien chłop - Muszę obsiać pole i nie mam czasu zajmować się problemami obcych.

- Spieszę się na targ - powiedział jego sąsiad, pchający właśnie taczkę wypełnioną miotłami. - Lepiej zapytaj kogoś innego.

- Lepiej zająłbyś się czymś pożytecznym - ofuknęła go kobieta, która przędła przy studni - Daleko nie zajdziesz, włócząc się tylko i nakłaniając przyzwoitych ludzi do gadania o głupotach.

Młody wędrowiec widząc, że wszyscy są zbyt zajęci i zbyt nieuprzejmi, by mu pomóc, przestał zadawać im pytania i zaczął szukać kogoś, kto nie miałby aż tyle na głowie.

W końcu, na obrzeżach wioski, napotkał siwego starca, który siedział na zwalonym pniu drzewa i patrzył w niebo. Gdy zobaczył nieznajomego młodzieńca, uśmiechnął się przyjaźnie i skinął mu ręką na powitanie.

- Witaj! Nie zechciałbyś się do mnie przysiąść? Nie mam tu przyjaciół, a bardzo rzadko zjawia się tu ktoś nowy.

Chłopak, chętnie zajął miejsce na pniu obok staruszka. 

- Co cię tu sprowadza?

- Chciałem odnaleźć Czerwoną Drogę - wyjaśnił chłopak - I dowiedzieć się, co dzieje się z ludźmi, którzy nią chodzą.

- Nikt nie chodzi tą drogą, jeśli nie musi, a nocą ludzie omijają ją szerokim łukiem i nie mają nawet odwagi, by spojrzeć w jej stronę. Tylko ja czasem spaceruję wieczorami w jej pobliżu, ale zawsze wracam zanim na dobre zapadnie zmrok.

- Czy widziałeś tam moje siostry? - spytał młodzieniec. - Obydwie służą w pałacu króla. Wysłano je tam, gdy w królestwie źle się działo i od tej pory słuch po nich zaginął.

- Nie widziałem ich - odrzekł starzec - A jeśli miały nieszczęście znaleźć się na tej drodze w porze, gdy przemierza ją Czarny Powóz, ty także już ich nie zobaczysz. Kto go ujrzy, ten jest zgubiony.

- O jakim powozie mówisz?

- O tym, który co noc, zaprzężony w sześć czarnych koni bezszelestnie przejeżdża przez Czerwoną Drogę. Powozi nim człowiek w czerwonym kubraku. Nigdy nic nie mówi, a jego twarz zawsze kryje maska. Konie są szybsze od wiatru, ale jeśli drogą przechodzi akurat jakiś człowiek, kocz natychmiast się przed nim zatrzyma, a drzwi szeroko otworzą. Wtedy nikt, nie ważne jak mądry i uparty by nie był, nie będzie w stanie oprzeć się pokusie, by wejść do środka. A gdy tylko się tam znajdzie, drzwiczki się zatrzasną, woźnica popędzi konie i powóz z prędkością strzały popędzi wprost do Krainy Umarłych. Wszyscy z okolicy o tym wiedzą, choć nikt nigdy o tym nie mówi.

- Więc moje siostry nie żyją? - spytał wstrząśnięty młodzieniec.

Dopóki ich serca wciąż biją, a krew krąży w ich żyłach, twoje siostry nie należą do tamtego świata, lecz nadal są równie żywe jak ty i ja - odrzekł starzec - Ale same nigdy stamtąd nie wrócą, gdyż brama otworzy się ponownie tylko przed tym, który przekroczył ją nie odrywając stóp od ziemi. Sam widzisz, że ani ty, ani ja nic nie możemy zrobić. 

Młodzieniec nie tracił jednak nadziei i cały dzień chodził po okolicy próbując znaleźć jakiś sposób, by nie odrywając stóp od ziemi dotrzeć tam, gdzie zmierza Czarny Powóz. Słońce już chyliło się ku zachodowi, gdy dotarł na skraj największego pola i rozmyślania pochłonęły go do tego stopnia, że nawet nie zauważył jak wszedł w kretowisko. Wtedy przyszedł mu do głowy pewien pomysł; zebrał trochę ziemi z pola i nasypał jej sobie do butów. “W ten sposób zawsze będę miał ziemię pod stopami” pomyślał. Tak przygotowany udał się w kierunku Czerwonej Drogi i spacerował po niej w tę i z powrotem, czekając na zapadnięcie nocy. Minęła już północ, a nadal nic się nie wydarzyło. Nagle jednak tuż przed kapliczką zatrzymał się okazały powóz, choć jeszcze chwilę temu cała okolica tonęła w ciszy i nie słychać było ani turkotu kół, ani tętentu końskich kopyt. Tak jak wspominał starzec, kocz ciągnęło sześć czarnych koni, a powoził nim człowiek ubrany na czerwono w masce na twarzy. Gdy młody świniopas przyglądał się tej osobliwej karocy, drzwiczki nagle się otworzyły. Wtedy, jakby jakaś mgła przesłoniła umysł młodzieńca i poczuł, że nie jest już w stanie myśleć o niczym innym, niż przejażdżka Czarnym Powozem. Wszedł więc do środka i usiadł, a drzwiczki natychmiast się za nim zatrzasnęły. Zamaskowany woźnica popędził konie, a te ruszyły z kopyta i gnały tak szybko, że ktoś, kto patrzyłby na nie z boku, nie byłby w stanie stwierdzić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Czarny Powóz dotarł w końcu do końca Czerwonej Drogi, a wtedy otworzyła się przed nim niewidzialna brama prowadząca do Krainy Umarłych. Jak tylko powóz ją przekroczył, zatrzymał się, a drzwiczki otworzyły się na oścież. Wtedy siedzący w środku młodzieniec odzyskał władzę w nogach i jasność myśli. Natychmiast wyskoczył z powozu, a ten jakby rozpłynął się w powietrzu. Przybysz mógł teraz dobrze przyjrzeć się temu osobliwemu miejscu, w którym się znalazł. A było na co patrzeć, bo takiej krainy nikt żywy jeszcze nie widział. Rosły tam, jak i tutaj, trawa, drzewa i kwiaty, ale nie przypominały one naszych roślin. Były całkiem czarne, ale gdy przyglądało im się dokładnie można było dotrzeć małe światełko we wnętrzu każdej. Niedaleko bramy było coś, na kształt miasta a w nim domy umarłych. I one w niczym nie przypominały tych, w których mieszkają żywi. Umarli budowali je bowiem ze swych wspomnień i niespełnionych marzeń, które w tej krainie stawały się widoczne. Domy z takiego budulca były tak rozmaite jak dusze ich mieszkańców i wciąż zmieniały kolory i kształty. Nawet niebo wciąż przybierało coraz to nowe barwy, choć w tym świecie nie było ani dnia, ani nocy. Za to nie trzeba się było obawiać burz, deszczu ani wiatru, gdyż nieboskłon przypominał lśniącą, nieruchomą kopułę ze szklanych cegieł. Młodzieniec rozglądał się z zaciekawieniem, patrząc na te wszystkie dziwy i niemal już zapomniał, po co przybył w to miejsce. Nagle usłyszał jakiś znajomy głos, wołający go po imieniu. Odwrócił się i zobaczył młodszą ze swoich sióstr, machającą do niego zza rogu. Natychmiast do niej podbiegł, a ta rzuciła mu się na szyję. Gdy brat spytał ją o ich drugą siostrę, odpowiedziała:

- Zaprowadzę cię do niej. Odkąd tu jest, ciągle chodzi po okolicy i próbuje namówić każdego, kogo napotka, by opowiadał jej o swoim życiu i śmierci. Pewnie jest gdzieś w pobliżu. 

Wkrótce rzeczywiście natknęli się na starszą z sióstr, która akurat rozmawiała z pięcioma kapłankami, które niegdyś zabił demon za to, że nie chciały mu służyć. Na widok brata z początku bardzo się ucieszyła, potem jednak ogarnął ją wielki smutek, gdyż sądziła, że teraz wszyscy troje są uwięzieni w tej dziwnej krainie.

- Nie musimy zostawać tu na zawsze - uspokoił ją brat - Znalazłem sposób, by dotrzeć tu nie odrywając stóp od ziemi, więc w każdej chwili będziemy mogli stąd wrócić.

- Ale jeszcze nie teraz! - wykrzyknęły naraz obydwie siostry.

- Najpierw musisz poznać naszych krewnych - powiedziała starsza.

- A i my nie możemy zostawić ojca bez pożegnania - dodała młodsza. Słowa te bardzo zdumiały i zaciekawiły młodzieńca więc chętnie zgodził się spędzić jeszcze trochę czasu w Krainie Umarłych. Siostry zaprowadziły go w miejsce, gdzie zgromadzeni byli wszyscy ich zmarli przodkowie. Był to ogromny tłum, złożony z samych dostojnych i prawych osób, których dzieje można by było opisać w stu grubych księgach, a i tak nie starczyłoby tam miejsca na wszystko, co warte wspomnienia. A na ich czele stał król, zmarły ojciec trojga żywych gości w Krainie Umarłych. Gdy zobaczył syna, natychmiast wyszedł mu naprzeciw. Jak tylko młodzieniec spojrzał mu w oczy, rozpoznał go i powróciły do niego wszystkie szczęśliwe wspomnienia z dzieciństwa. Ojciec i syn, płacząc ze wzruszenia, padli sobie w ramiona.

Zmarły król wiedział już od córek, jaki los spotkał jego dzieci i bardzo nad tym ubolewał. Z rozrzewnieniem wspominał swoje utracone królestwo i żałował, że nie mógł zostawić go w spadku. 

 - Nie wiem, jak mógłbym wam pomóc, dzieci - powiedział ze smutkiem - Nie chcę odsyłać was tam, gdzie czeka was tylko niedola i pragnąłbym, byście odzyskali królestwo, które powinno należeć do nas. Wiem jednak, że sami nie bylibyście w stanie tego zrobić, a bardzo trudno będzie wam znaleźć kogoś, kto mógłby i chciałby wam w tym pomóc.

 - Ojcze - zapytał młodzieniec - skoro twoje królestwo było tak silne, a lud aż tak ci oddany, jak wrogi król zdołał tak łatwo zwyciężyć?

- Nie wiem - odrzekł zmarły król - Ale pamiętam, że w czasach, gdy jeszcze uważałem go za przyjaciela, dużo mówił o pewnej czarownicy, która mieszkała w dworku między trzema jeziorami. Mówił, że gdyby tylko udało mu się zdobyć jej przyjaźń, wszystkie jego pragnienia mogłyby się ziścić. Słyszałem też, że niedługo po tym, jak rozpoczęła się wojna między nami, owa czarownica nagle zmarła, a wtedy mój wróg zdołał tak szybko zwyciężyć.

- Więc ta kobieta też jest w tej krainie? - spytała starsza córka.

- Tak - odparł jej ojciec - I mieszka tam, za tą łąką usianą czarnymi kwiatami. Jeśli chcecie, idźcie tam i spytajcie ją o jej dzieje. Może ona zdoła wam pomóc.

Rodzeństwo wspólnie udało się do miejsca, które wskazał im ojciec. Stał tam dom czarownicy - chwilami przypominał wieżę, chwilami krąg z błękitnych płomieni a chwilami kryształową kopułę. Jak tylko goście zbliżyli się do jej siedziby, czarodziejka dostrzegła ich, a gdy zauważyła, że ci nadal żyją, wybiegła, by bliżej się im przyjrzeć.

 - Czego żywi ludzie mogą chcieć ode mnie? - spytała. 

 - Opowiedz nam, jak umarłaś - poprosiła starsza z sióstr.

 - Pewien król w jakiś sposób dowiedział się, że udało mi się zdobyć trzy przedmioty, których pragnął i szukał od dawna. Jednym z nich jest pas, dający noszącemu szczęście i chroniący go przed kłopotami. Drugi to czarodziejska muszla, która pomaga znaleźć rozwiązanie dla każdego problemu. Wystarczy tylko przyłożyć do niej ucho, by usłyszeć którąś z jej niezawodnych rad. Trzecim jest zaś hełm, chroniący tego kto go nosi od ran i ciosów. Te trzy cuda przez lata były bezpiecznie ukryte w moim domu tak, by nikt nie mógł ich wykorzystać do niecnych celów. Gdy ów król zjawił się w moich progach, od razu poznałam, że to zły człowiek i choć oferował mi złoto, klejnoty, a nawet tytuł księżnej, nie chciałam oddać mu ani jednego z moich trzech skarbów. Jego groźby też nie mogły mnie do tego skłonić. W końcu, którejś nocy ten niegodziwy człowiek wszedł przez uchylone okno do mojego domu, ukradł pas, muszlę i hełm, a potem zabił mnie we śnie. Od tego czasu jestem tutaj. 

Troje przybyszów opowiedziało jej swoje dzieje, a czarownica ze smutkiem pokiwała głową.

- Wiedziałam, że tak to się skończy - powiedziała - Bodajbym nigdy nie znalazła tych trzech skarbów! Ale widzę, że jesteście dobrzy i prawi, więc jeśli wam uda się odnaleźć to, co mi zrabowano, będziecie mogli to zachować. Złodziej z pewnością ukrył wszystkie trzy przedmioty w swoim zamku. Jeśli je zdobędziecie, z pewnością przyniosą wam szczęście. 

Brat i dwie siostry opuścili dom czarownicy i wrócili do doliny. Tam powiedzieli krewnym, że spotkanie ich było wielkim szczęściem i nigdy ich nie zapomną, ale chcieliby już wrócić do swojego świata.

- Chodź z nami! - poprosiła ojca młodsza z jego córek - Teraz, gdy znów jesteśmy razem myśl o rozstaniu jest dla mnie nie do zniesienia. Zamieszkaj z nami w świecie żywych!

- Nie mogę. Tutaj jest miejsce umarłych, tak jak miejsce żywych jest na ziemi, którą oświetla słońce - odrzekł zmarły król - Ale dam wam na drogę swoje błogosławieństwo. Tam dokąd idziecie nabierze ono wielkiej mocy i pozwoli wam znaleźć bezpieczne schronienie. O resztę będziecie już musieli zatroszczyć się sami. Bądźcie przezorni i dbajcie o siebie nawzajem, a los będzie wam sprzyjał.

To rzekłszy, po raz ostatni uściskał swoje dzieci, a potem królewna z kuchni, królewna z kurnika i królewicz z chlewu ruszyli w drogę powrotną. Brama do świata żywych sama otworzyła się przed tym, który przybył tu nie odrywając stóp od ziemi, a on ujął swoje siostry za ręce, by wspólnie mogli ją przekroczyć. Gdy znów znaleźli się na Czerwonej Drodze, najpierw udali się do wioski, by podziękować staremu człowiekowi za pomoc. Jak już się z nim pożegnali udali się w kierunku ich dawnego królestwa. Gdy tak szli przed siebie, nie wiadomo jak (być może błogosławieństwo, które dostali na drogę miało z tym coś wspólnego) odnaleźli drogę, która wiodła do letniego pałacyku ich ojca. Budynek był od dawna opuszczony, okna zabito deskami, a w drzwiach wciąż było widać ogromne dziury od uderzeń toporów. Ale jak tylko troje wędrowców stanęło w progu, wrota otwarły się przed nimi na oścież, a wszystkie światła w środku zapłonęły jak dawniej. Z początku trochę ich to wystraszyło, ale po chwili, czując, że nie jest to zły znak, śmiało weszli do środka. Wnętrze pałacyku wydawało się zdemolowane i kompletnie wyczyszczone ze wszystkich przydatnych i wartościowych rzeczy, a jednak, gdy rozglądali się wokół i próbowali doprowadzić pokoje do porządku znajdowali tu i ówdzie jakieś porzucone przedmioty - a to grzebień, a to talerz, a to jakiś pierścionek czy łańcuszek, a to parę trzewików lub spodni. Gdy złożyli to razem okazało się, że mają tu wszystko, co było im potrzebne, a nawet więcej. Potem wszyscy troje wyszli do ogrodu. Większość roślin już dawno zdziczała, ale przybysze od razu dostrzegli jabłoń i gruszę, uginające się pod ciężarem owoców. Podeszli do drzew, by coś z nich zerwać, a wtedy podbiegł do nich piękny, biały koń i zaczął trącać młodszą siostrę łbem w ramię. Ta podała mu jabłko, a rumak od razu obłaskawił się na tyle, że pozwolił się głaskać i dosiadać każdemu z trójki rodzeństwa, a gdy ci w końcu poszli spać, krążył wokół pałacyku, jak pies pilnujący domu. Gdy rano brat i dwie siostry zbudzili się i przymierzyli znalezione poprzedniego wieczora stroje, spostrzegli, że dziewczęta wyglądają w nich jak prawdziwe królewny, a młodzieniec - jak prawdziwy królewicz.

- Gdybyśmy teraz zjawili się w królewskim pałacu, pewnie nikt by nas nie poznał - powiedziała ze śmiechem młodsza królewna, przeglądając się w lusterku - Wszyscy biliby nam pokłony i prawili komplementy. Byłoby śmiesznie patrzeć na ich miny!

- Więc jedźmy tam! - odpowiedział jej brat - Przecież i tak musimy znaleźć pas, muszlę i hełm, o których mówiła czarownica. Od początku wydaje mi się, że to dlatego właśnie ten pałacyk sam się przed nami otworzył i podarował nam te wszystkie rzeczy. Już czas wykonać nasze zadanie!

- Lepiej nie jedźmy tam razem - odrzekła starsza z królewien - Wątpię, że samo przebranie wystarczy, by ustrzec nas od kłopotów, a jeśli wszyscy naraz znajdziemy się w potrzebie, nie będzie miał kto nam pomóc. Poza tym mamy tylko jednego konia, a on przecież nie uniesie całej trójki. 

Brat i siostra przyznali jej rację i postanowili poczekać na stosowny moment, by jedno z nich mogło pojechać do stolicy. Tak się złożyło, że nie minął tydzień, a dziewczęta, spacerując po jednej ze ścieżek natknęły się na wędrujących grajków. Gdy ci zobaczyli dwie piękne panny, natychmiast wyjęli skrzypce, fujarki i bębny po czym zaczęli na nich grać najpiękniej jak potrafili. Siostry nagrodziły ich brawami i spytały, dokąd się wybierają.

- Do króla, szlachetne panie! - odrzekli muzykanci - Dotrzemy tam jeszcze dziś wieczorem i będziemy grać dla jego żony, synów, córek i wielu gości, a potem wrócimy z kieszeniami pełnymi złota! - To rzekłszy, pokłonili się pięknie swoim słuchaczkom i ruszyli w dalszą drogę. Dziewczęta wiedziały już, że w zamku szykuje się jakaś uroczystość.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                              

Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, starsza z sióstr założyła złotą suknię i klejnoty, których nie powstydziłaby się nawet królowa, a twarz zakryła woalem. Tak przebrana dosiadła konia i udała się do zamku. Właśnie świętowano tam urodziny starszego z dwóch królewiczów i pałac był pełen znakomitych gości. Dziewczyna w złotej sukni bynajmniej nie zdawała się odstawać od pozostałych, jednak jedynie ona miała woal na twarzy i tylko ona nie próbowała przypochlebić się księciu. Stała tylko z boku i zdawała się nad czymś głęboko rozmyślać. Być może to właśnie wydało się w niej królewiczowi tak niezwykłe, dość, że sam do niej podszedł i spróbował z nią porozmawiać.

- Czemu kryjesz swoją twarz? - zapytał.

- Nie zainteresowałaby cię, gdybyś ją zobaczył.

- Jak ci na imię?

- Moje imię do niczego ci się nie przyda.

- Chciałbym cię poznać.

- A każda panna w tej sali chciałaby poznać ciebie, więc czemu marnujesz czas na mnie?

- Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś takiego jak ty.

- Takie jak ja można znaleźć nawet w kuchni.

Gdy dziewczyna spostrzegła, że natrętny młodzieniec wcale się nie zniechęca, pomyślała, że być może książę mógłby jej pomóc odnaleźć to, czego szuka.

- Mógłbyś coś dla mnie zrobić? - zapytała.

- Jeśli w zamian odrzucisz zasłonę z twarzy i obdarzysz mnie dobrym słowem, zrobię wszystko. 

- To pokaż mi szczęśliwy pas twojego ojca. 

Gdyby książę wiedział, o jakim pasie mówi dziewczyna, z pewnością nigdy nie zgodziłby się spełnić jej prośby. Ale król tak bardzo obawiał się zdrady, że nawet własnej rodzinie nie powiedział jakie moce mają jego trzy niezwykłe skarby. Jego pierworodny syn bez wahania zabrał więc nieznajomą do komnaty ojca i otworzył skrzynię, w której ukryty był czarodziejski pas.

- Jaki piękny! - wykrzyknęła dziewczyna - Proszę, pozwól mi go przymierzyć! 

Królewicz natychmiast podał dziewczynie pas i pomógł jej go zapiąć. W tym samym momencie dały się słyszeć głosy nawołujące solenizanta, a ten słysząc je, natychmiast wrócił do sali biesiadnej. Dziewczyna natychmiast zrozumiała, że to czarodziejski pas uwolnił ją od towarzystwa księcia, schowała go więc do kieszeni i wymknęła się z zamku. Dosiadła białego konia i ruszyła w drogę powrotną.

Gdy najstarszy syn króla spostrzegł, że nieznajoma odjeżdża, dosiadł swojego rumaka i ruszył za nią. Dziewczyna prędko spostrzegła, że ktoś ją ściga i bardzo się przelękła. Przewiązała się więc magicznym pasem i zjechała ze ścieżki licząc na to, że między drzewami trudniej będzie ją doścignąć. Królewicz ze wszystkich sił starał się nie zgubić jej tropu jednak dzięki magii i sprytowi dziewczyny w końcu musiał się poddać i wrócić do swego zamku. Tymczasem królewna z kuchni zdołała bezpiecznie dotrzeć do leśnego pałacyku, gdzie siostra i brat już na nią czekali. Wszyscy troje wspólnie zachwycali się pięknym pasem, który przywiozła i dziwili się jego niezwykłej mocy.

Minęło trochę czasu i zaczęła zbliżać się Noc Chochlików. Tego wieczora co roku w królewskim pałacu organizowano maskaradę i wielu gości przybywało, by wziąć udział w zabawie. Tym razem to młodsza siostra, przebrana za rajskiego ptaka i w masce na twarzy, pojechała do zamku. Bramy pałacu były szeroko otwarte i nietrudno było jej wmieszać się w tłum gości. Dziewczyna weszła do sali balowej. Bawili się tam wszyscy oprócz króla, który dawno już odkrył utratę magicznego pasa, a teraz siedział tylko w komnacie i biadał nad swą stratą. Nie miał pojęcia jak mogło się to stać, gdyż starszy z jego synów, obawiając się gniewu ojca, ukrył przed nim całą swoją przygodę z zakwefioną damą.

Gdy nieznana nikomu dziewczyna weszła do sali, młodszy brat następcy tronu natychmiast ją zauważył. Podszedł do niej, chwycił za rękę i poprosił do tańca. Gdy wirowali w takt muzyki, wywiązała się między nimi rozmowa:

- Skąd się tu wzięłaś?

- Weszłam przez otwartą bramę.

- Gdzie mieszkasz?

- W domu rodzinnym.

- Chciałbym, abyś została ze mną na dłużej.

- Możesz mieć każdą, więc cóż ci po mnie?

- Choćbym szukał tysiąc lat, nie znajdę drugiej takiej jak ty.

- Więc może powinieneś częściej zaglądać do kurnika?

Książę był zły, że nieznajoma drwi sobie z niego. Gdy skończyli tańczyć, nie próbował jej już więcej zagadywać. “Poczekam, aż zabawa się skończy.” pomyślał. “Wtedy postaram się, by nikt nam nie przeszkadzał i jakoś skłonię ją do mówienia”. Tymczasem sama dziewczyna wymknęła się ukradkiem z sali i cicho chodziła po korytarzach zastanawiając się, gdzie też może być ukryta czarodziejska muszla. Nagle przypomniała sobie, że kiedyś, dawno temu udało jej się zajrzeć do skarbca, a tam wśród wielkich, okutym złotem kufrów i cennych, misternie rzeźbionych szkatuł, dostrzegła jedno proste, drewniane pudełeczko, kompletnie niepasujące do pozostałych. Niewiele myśląc pobiegła zobaczyć, czy nadal tam jest. Znalazła skrzyneczkę i bez trudu zdołała ją otworzyć. Tak, jak przypuszczała, w środku była muszla. Dziewczyna schowała ją do kieszeni, po czym wybiegła na dziedziniec, by dosiąść konia i wrócić do swojego pałacyku. 

Zdawało jej się, że nikt nie zauważył jej zniknięcia, nie wiedziała jednak, że młodszy syn króla dostrzegł zza uchylonej kotary, jak przekracza zamkową bramę. Ujrzawszy to, zbiegł do stajni, osiodłał swojego rumaka i ruszył w pościg. 

Książę gonił dziewczynę przez las i choć ta robiła co mogła, by go zmylić, w końcu doścignął uciekinierkę, chwycił ją wpół i wsadził na swojego konia. Ta próbowała mu się wyrywać i wzywała na pomoc bogów, rodzeństwo, a nawet zmarłego ojca. Nic to jednak nie dało. Porywacz uniósł swoją ofiarę i zabrał ją do pewnej myśliwskiej chaty ukrytej głęboko w kniei. Chciał tam ukryć ją przed wszystkimi, gdyż z natury był zazdrosny i samolubny. Gdy obydwoje znaleźli się w środku, zaczął czule do niej przemawiać, przekonywać, że zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i nakłaniać, by zechciała wyrzec się dla niego świata i oddać mu serce. Jednak ani słodkie słówka księcia, ani jego obietnice, ani jego groźby nie mogły sprawić, by dziewczyna spojrzała na niego łaskawym okiem. Gdy próbował ją objąć, wyrywała się i drapała, gdy chciał ją pocałować, pluła mu w twarz. W końcu zniecierpliwiony syn króla zamknął dziewczynę w dużej skrzyni, która stała w rogu izby, a sam udał się do miasta. Tam zapukał do drzwi pewnej starej lichwiarki, która, mimo późnej pory, wciąż siedziała przy stole i liczyła pieniądze.

- Mam dla ciebie zadanie - powiedział jej - Ale nikomu nie wolno ci o tym mówić. Jeśli się sprawisz, sowicie cię wynagrodzę.

Starucha chętnie przystała na propozycję księcia, a ten zaprowadził ją do myśliwskiej chaty. Tam dał jej do ręki klucz od skrzyni i powiedział:

- W kufrze, który zobaczysz, gdy wejdziesz do izby, ukryta jest pewna dziewczyna. Wypuść ją stamtąd i dopilnuj, by na krok nie ruszyła się z chaty, dopóki nie wrócę. - rozkazał tej jędzy, po czym wrócił do swojego pałacu. Starucha otworzyła skrzynię i wypuściła z niej dziewczynę. Ta od razu zaczęła ją prosić, by pozwoliła jej odejść, ale jej łzy nie mogły wzruszyć twardego serca lichwiarki.

- Siedź cicho i nie marudź - powiedziała tylko - Nie wiem, czego książę od ciebie chce i nie obchodzi mnie to. Chcę tylko dostać to, co mi obiecał i nie próbuj mi w tym przeszkadzać, bo mnie popamiętasz!

Wtedy dziewczyna przypomniała sobie, co zmarła czarownica mówiła o właściwościach czarodziejskiej muszli. Przytknęła więc ją sobie do ucha i natychmiast usłyszała cichutki głosik, który mówił:

- Kobieta, która cię pilnuje, jest przewrotna i chciwa. Jeśli uwierzy, że wzbogaci się, gdy ci pomoże, nie zawaha się zdradzić księcia, któremu służy.

Dziewczyna posłuchała rady muszli i spróbowała zjednać sobie pilnującą jej staruchę. Opowiadała jej o swoim rodzeństwie, które musiało bardzo martwić się jej zniknięciem, o uroczym pałacyku, w którym mieszkała i niby mimochodem wspomniała kilka razy o różnorakich skarbach, jakie często pojawiały się znikąd w różnych jego zakamarkach. 

- A dużo ty tego do tej pory zebrałaś? - spytała starucha.

- Sporo - odpowiedziała dziewczyna - Mogę cię tam zaprowadzić, z pewnością starczyłoby i dla ciebie.

Tak jak przewidziała muszla, starucha nie zastanawiała się długo. Pomyślała, że przecież nie wie, ile książę chce jej zapłacić, a skarby dziewczyny mogą być dużo więcej warte. Poszła więc drogą wskazaną przez dziewczynę i niedługo obie dotarły do jej pałacyku. Wtedy stara jędza odepchnęła swoją przewodniczkę i chciała czym prędzej wbiec do środka. Jednak, gdy już miała przekroczyć bramę, nagle z jednego z balkonów odłamał się kawałek balustrady i spadł starej kobiecie na głowę, zabijając ją na miejscu. W tym samym momencie pojawili się brat i siostra młodej dziewczyny. Wracali właśnie z lasu, gdzie całą noc szukali zaginionej, odkąd jej koń wrócił bez jeźdźca. Gdy zobaczyli siostrę stojącą na progu i martwą staruchę leżącą u jej stóp, od razu zapytali, co takiego się stało. Dziewczyna opowiedziała im całą swoją przygodę i pokazała im muszlę, która wybawiła ją z kłopotów. Rodzeństwo wspólnie pochowało starą kobietę i ukryło oba czarodziejskie przedmioty w swoim domu.

Minęło trochę czasu i tym razem to młodzieniec postanowił wyruszyć do zamku. Gdy dowiedziały się o tym jego siostry, zaczęły go namawiać, by został z nimi i się nie narażał.

- Wiecie, że muszę jechać - odrzekł im na to - Nic nie zdziałamy, dopóki czarodziejski hełm wciąż jest w rękach naszych wrogów. Skoro wam się poszczęściło, to i mnie uda się wrócić cało i zdrowo.

Widząc, że ich brat nie zamierza odpuścić, dziewczęta zaczęły namawiać go, by chociaż zabrał ze sobą któryś z magicznych przedmiotów.

- Weź ze sobą pas! - prosiła starsza siostra.

- Weź ze sobą muszlę! - nalegała młodsza.

- Wy będziecie potrzebować ich bardziej. Kto wie, czy synowie króla nie będą was tu szukać? Nie martwcie się o mnie, lepiej myślcie o tym, co zrobić z hełmem, gdy już go wam przyniosę. 

Następnego dnia u bram królewskiego zamku zjawił się nieznany nikomu błędny rycerz w lśniącej zbroi. Zanim jeszcze zdołał dotrzeć do wrót, dostrzegły go przez okno trzy królewskie córki. Widok nieznajomego podniecił ich ciekawość, więc choć ich ojciec, po utracie dwóch cudownych skarbów, stanowczo zabronił wpuszczać kogokolwiek do swego pałacu, po cichu wprowadziły przybysza bocznym wejściem do środka. Królewnom bardzo spodobał się tajemniczy rycerz, były więc dla niego uprzejme i traktowały go jak najważniejszego i od dawna oczekiwanego gościa. Szybko jednak stały się zazdrosne o siebie nawzajem. Rzucały sobie nawzajem wściekłe spojrzenia i każdej się zdawało, że pozostałe dwie starają się odebrać jej kawalera. W końcu trzy siostry odeszły na bok i zaczęły sobie nawzajem ubliżać i sprzeczać się o to, która z nich powinna zalecać się do przybysza.

- Niech sam wybierze - powiedziała w końcu najstarsza - Na razie wydaje się nieczuły, ale jest pewien sposób, by wyznał, która z nas mu się najbardziej podoba. Matka pokazała mi kiedyś pewien napój, który sprawia, że nikt nie jest już w stanie zachować dla siebie żadnej tajemnicy. Wypróbujmy go i zakończmy ten spór.

Pozostałe dwie siostry zgodziły się na to i natychmiast pobiegły do komnaty matki, przynieść tajemniczy napój. Nalały go do kielicha i podały rycerzowi. Ten ujął naczynie i, udając, że jest zaszczycony i onieśmielony towarzystwem królewien, zapytał je o niezwykły hełm.

- Pewnie jest w zbrojowni, bo gdzie miałyby być hełmy? - odrzekła średnia królewna.

- Chciałbym go zobaczyć - odrzekł młodzieniec, ale królewny nie chciały go tam puścić. Zaczęły usilnie prosić go, by jeszcze trochę został i napił się z nimi, zapewniając, że sprawi im tym ogromną przyjemność. Ich gość słuchał tych pochlebstw i przymileń w milczeniu, uśmiechając się pod nosem. Zachęcony przez królewny napił się nieco z kielicha, który mu podały. Z początku nie powiedział nic, potem jednak przyjrzał się twarzom wszystkich trzech dam i wybuchnął gromkim śmiechem. Gdy zaskoczone królewny spytały, co go tak rozbawiło, odpowiedział im tak:

 - Śmieję się, bo kiedyś gardziłyście mną i szydziłyście ze mnie, a teraz, gdy zjawiam się w piękniejszym stroju, nagle zaczęłyście mi nadskakiwać jak przekupki na jarmarku.

Trzy królewny były bardzo zdumione i oburzone słowami młodzieńca.

- Za kogo ty się uważasz?! - krzyknęła pierwsza - Myślisz, że córki wielkiego króla można bezkarnie obrażać?!

- Jesteś głupi i niewdzięczny - fuknęła druga - Jest wielu mężczyzn, którzy oddaliby wszystko, by zasłużyć na względy którejś z nas, a ty zachowujesz się, jakbyś miał na zawołanie całe tuziny lepszych!

Trzecia królewna przez chwilę milczała, po czym odezwała się tymi słowy:

- Wydaje mi się, że widzę cię po raz pierwszy, a ty twierdzisz, że ja i moje siostry wiele razy sprawiłyśmy ci przykrość. Czyżbyśmy spotkali się już wcześniej?

W tym momencie rycerz wziął kolejny łyk zgubnego napoju, co tak mocno zamroczyło jego umysł, że zupełnie zapomniał o niebezpieczeństwie i ostrzeżeniach sióstr. Śmiejąc się opowiedział trzem królewnom całą swoją historię - wyznał nawet, gdzie ukryte są pas i muszla, których zniknięcie tak poruszyło ojca dziewcząt. Gdy skończył jeszcze chwilę chichotał sam do siebie, po czym zasnął. 

Jak tylko zamknął oczy, królewny pobiegły do komnat ojca i opowiedziały mu o wszystkim. Król natychmiast rozkazał pojmać przybysza i wtrącić go do lochu. Jak tylko drzwi do celi zatrzasnęły się, biały koń, na którym przyjechał młodzieniec, zerwał się z postronka i uciekł z miasta, po czym zniknął w lesie i nikt nie był już w stanie go znaleźć. Zaraz potem król wysłał swoich żołnierzy na poszukiwanie obydwu sióstr swego więźnia Jednak choć okolice ich pałacyku zostały dokładnie przetrząśnięte nie udało się natrafić choćby na ślad dziewcząt. Gdy król się o tym dowiedział, zrozumiał, że to moc pasa i muszli, które wykradły mu jego dawne służące, chroni je przed nim. Postanowił więc, że ich brat doświadczy jego gniewu za całą trójkę. 

Następnego dnia w całym mieście ogłoszono, że jeden ze sług Pana Dwóch Królestw dopuścił się kradzieży i zdrady, został jednak schwytany, a następnego dnia w południe kat obetnie mu ręce, a potem powiesi. Mieszkańcy stolicy tłumnie stawili się wyznaczonego dnia na placu, gdzie ustawiono szafot i szubienicę, przybył też i sam Pan Dwóch Królestw wraz z rodziną. Pojmanego młodzieńca doprowadzono na miejsce kaźni. Na oczach wszystkich kat odrąbał mu toporem najpierw prawą, a potem lewą dłoń. Jednak zanim zdążył zarzucić skazańcowi sznur na szyję, dał się słyszeć krzyk:

- Zatrzymaj się! Ten człowiek jest niewinny i możemy to udowodnić!

Wszyscy odwrócili się słysząc te słowa i dostrzegli dwie piękne, wytwornie odziane młode kobiety jadące na białym koniu. Były to dwie siostry skazanego, które przybyły mu na ratunek. Na oczach wszystkich, wspięły się na szafot, gdzie leżały dwie odcięte ręce ich brata. Starsza siostra podniosła jego prawą dłoń, młodsza - lewą. Obydwie podeszły do brata i przyłożyły odcięte kończyny na swoje miejsce, a te na powrót złączyły się z ciałem młodzieńca. Ujrzawszy ten cud, kat i zgromadzeni na placu ludzie bardzo się zdumieli i wiedzieli już, że w żyłach tej trójki musi płynąć królewska krew. Wtedy starsza z sióstr odwróciła się w stronę zebranych i przemówiła:

- Nazwaliście mojego brata złodziejem i zdrajcą, bo tak mówił o nim ten, którego nazywacie Panem Dwóch Królestw, choć nie zasługuje na to, by władać choćby jednym. Ale w rzeczywistości słowa oskarżenia odnoszą się właśnie do niego, a nie do tego, którego śmierć przyszliście tu oglądać. To wasz król jest złodziejem, gdyż skradł trzy czarodziejskie przedmioty i zdradziecko zabił kobietę, która nie chciała mu ich wydać. Jest też zdrajcą, bo jak inaczej nazwalibyście kogoś, kto najpierw nazywa innego króla swoim przyjacielem, a potem napada na jego królestwo, pozbawia go tronu i życia, uprowadza jego dzieci, a w końcu posyła je na pewną śmierć? Los pozwolił nam jednak powrócić, by ujawnić prawdę i naprawić wyrządzone zło. Sami zdecydujcie, komu chcecie wierzyć. 

Gdy zły król usłyszał tę mowę, wpadł w wielki gniew i rozkazał swoim gwardzistom natychmiast nadziać całą trójkę na halabardy. Wrażenie jakie słowa dziewczyny wywarły na zebranych było jednak tak wielkie, że gdy ci się zjawili, ciżba natychmiast zagrodziła im drogę. Królowa kazała katu zrobić użytek ze swego topora, ten jednak klęczał już przed swą niedoszłą ofiarą i błagał o wybaczenie. Widząc, że lud odwrócił się od niego, król bez wahania porzucił swoją rodzinę i rzucił się do ucieczki. Chciał dobiec do miejsca, gdzie ukrył zaczarowany hełm i włożyć go, by w ten sposób uchronić się przed gniewem tłumu. Jednak jak na złość nie mógł go nigdzie znaleźć, a gdy przez okno zobaczył, jak troje dzieci jego dawnego przyjaciela zmierza w kierunku zamku, wyjął zza pasa sztylet i wbił go sobie w serce. A gdy upadł na ziemię, z najwyższej półki spadł hełm, którego szukał i upadł tuż obok. Na nic jednak nie mógł już się przydać umarłemu, więc gdy służba znalazła go tuż obok ciała, bez wahania złożyła go u stóp tego, który miał tego dnia zginąć. Ten jednak nie chciał jej przyjąć dopóki nie pozwolono mu podzielić się władzą z siostrami.

Niedługo potem odbyła się uroczysta koronacja. Na głowy trojga dawnych służących włożono korony i oddano im cześć jako nowym władcom zarówno kraju ich przodków jak i tego, którym niegdyś władał niegodziwy król. Dawna królowa i jej dzieci zostali wygnani tam, gdzie nikomu już nie mogli szkodzić. Nowi władcy zadbali też o to, by zasługi tych, którzy okazali im wsparcie nie zostały zapomniane. Zacnego starca, który niegdyś pomógł młodemu królowi odnaleźć siostry, obdarowali licznymi skarbami i uczynili swoim doradcą. Rozkazali też, by na dziedzińcu ich nowego zamku postawiono pomnik czarownicy, która przez wiele lat strzegła czarodziejskich przedmiotów. Pas, muszla i hełm na zawsze zostały w rękach nowych władców i jeszcze wiele razy służyły pomocą królowi i królowym. Także ich wierny, biały koń zamieszkał na stałe w królewskiej stajni, a traktowano go tam lepiej niż jakiegokolwiek rumaka na świecie.  

Brat i dwie siostry panowali wspólnie nad dwoma królestwami przez wiele lat, a każdy dzień był dla nich szczęśliwszy od poprzedniego. 



czwartek, 23 lipca 2020

Wesele upiora


Najniezwyklejsze obrazy to nie te wiszące na ścianach, a te, których nie widać. Maluje się je myślą lub słowami, a potem chowa głęboko w ludzkim umyśle. Czasem są nieruchome, ale często postacie przedstawione na nich poruszają się, mówią, radują się albo cierpią. Wiele z nich jest niepowtarzalna. Zdarzają się jednak takie, które podróżują z głowy do głowy, a niekiedy przybierają też inną, widoczną formę. Jeden z nich spróbuję dziś tutaj odtworzyć.
Jest środek nocy. Młoda kobieta ukradkiem wymyka się z domu. Prawdopodobnie ma na sobie pelerynę z kapturem zakrywającym jej twarz i ostrożnie przemyka się pomiędzy drzewami. Jej serce kołacze z podniecenia, ale i z obawy. Jeśli będzie miała szczęście, nikt znajomy jej nie rozpozna w ciemności, nikt jej nie zatrzyma i nie zapyta: "Dlaczego wybrałaś się na nocny spacer ubrana w błękitną suknię i obwieszona swoimi najlepszymi klejnotami?". Gdyby coś takiego się stało, być może nie umiałaby się wytłumaczyć. Być może jej przygoda skończyłaby się dokładnie w tym momencie, a ona sama do końca życia rumieniłaby się na wspomnienie feralnej nocy. Gdyby tak się stało, dziewczyna nie miałaby już drugiej szansy, a powód jej działań z dnia na dzień zniknąłby tak, jak znikają nawet najpiękniejsze sny, gdy już otworzy się oczy. Czy to najgorsze co może ją spotkać? Kto wie.
        Nikt jej nie widział. Nikt nie zatrzymał. Dziewczyna zaczyna czuć się nieco pewniej. Przystaje by złapać oddech. Mimo otaczających ją ciemności jest już w stanie dostrzec w oddali cel swej wędrówki. Ściany opuszczonego od dawna budynku (dworu, świątyni, czy choćby nawet stodoły) bynajmniej nie wyglądają zachęcająco, dla naiwnej, zakochanej dziewczyny wszystko jest piękne. Nic nie jest w stanie jej powstrzymać: ani obawa przed przyłapaniem, ani ciemność, ani zimny wiatr, ani pleśń i pajęczyny, które na pewno zobaczy jak tylko zajrzy przez uchylone drzwi. Wszystko inne przestanie się liczyć jak tylko przed oczyma wyobraźni stanie jej ten, dla którego zdecydowała się porzucić wszystko, co do tej pory było dla niej ważne. Prawdopodobnie kilka razy się potknie o jakiś wystający korzeń lub niechcący wdepnie w błotnistą kałużę. W końcu jednak dotrze na miejsce. On już tam na nią czeka. Stoi tuż przed wejściem i tajemniczo się uśmiecha. "Już myślałem, że nie przyjdziesz" mówi. Ona rumieni się, albo reaguje śmiechem. Słowa nie są tu potrzebne. Wystarczy zdjąć płaszcz i pokazać się w ślubnym stroju. Teraz nie ma już odwrotu.
       Mężczyzna prowadzi pannę młodą do środka. Kobieta jest nieco zaskoczona - spodziewała się cichej ceremonii, a jednak oczekiwało ich tu około dwudziestu osób. "To moi przyjaciele" tłumaczy jej narzeczony. Podobno nie chcieli zostawić go samego w tak uroczystym dniu. Spojrzenia i dziwne uśmiechy tych nieoczekiwanych gości nieco niepokoją dziewczynę, jednak wystarczy nieco mocniejszy uścisk dłoni ukochanego, by znów poczuła się pewnie. Przecież tak naprawdę liczą się tylko oni, a gdy ślub w końcu się odbędzie i tak już nie trzeba będzie utrzymywać tego w tajemnicy. Narzeczeni podchodzą do miejsca, gdzie ma odbyć się ślub. Być może jest to posąg życzliwej Nazelii, taki, jaki zawsze stoi w miejscach, gdzie odbywają się śluby. Ale może tam też stać ozdobny łuk weselny, albo nawet zwykły słup z bukietem czerwonych róż przywiązanym na czubku. Niektórzy uważają te kwiaty za okrutne rośliny, które swój kolor zawdzięczają przelanej w ich pobliżu niewinnej krwi. Być może mają rację.
Ceremonia przebiega w niemal całkowitej ciszy. Pradawny zwyczaj każe zawierać małżeństwo poprzez pocałunek. Państwo młodzi patrzą sobie w oczy, a ich twarze są tak blisko siebie, że niemal stykają się nosami. Goście obserwują ich w skupieniu. Nikt nie ziewa, nie szepcze, nie chichocze pod nosem. Ta uroczysta atmosfera jest wręcz nienaturalna. Pannę młodą przechodzi mimowolny dreszcz. Stara się nie odrywać wzroku od narzeczonego. Ten uśmiechem dodaje jej otuchy. "Tym pocałunkiem biorę cię za żonę". "Tym pocałunkiem biorę cię za męża". Wargi obojga stykają się ze sobą.
W tym momencie przedstawienie się kończy. Aktorzy zdejmują kostiumy i pokazują swoją prawdziwą twarz. Znikają "przyjaciele", a ich miejsce zajmują uśmiechające się złośliwie ohydne stwory, których ciała zdają się być zrobione z pulsującego czarnego płynu. Panna młoda odruchowo odwraca się w stronę oblubieńca, jednak z przerażeniem dostrzega, że i on się przemienił. Nie zważając na jej krzyki upiór chwyta swoją małżonkę za kark i rzuca nią w stronę grupy gości. Ci rzucają dziewczynę na stojący z boku stół i rozrywają jej ubranie. Rozpoczyna się uczta. Ostre jak brzytwy zęby rozrywają na strzępy ciało ofiary, która nie jest już w stanie nawet jęczeć. Jeden z upiorów wbija swoje szpony między piersi dziewczyny i wyrywa jej serce. Podaje panu młodemu pulsujący kawałek ociekającego krwią mięsa, a ten pożera je łapczywie. Pozostali przepychają się, by zdobyć dla siebie choć kawałek. Jeden obgryza szyję, drugi chrupie palce oderwane od stóp, trzeci zlizuje z podłogi krew, która spływa z rozszarpywanego ciała. Nawet ślubny strój znika w paszczach oprawców. Ostre zęby bez problemu miażdżą złote łańcuszki i twarde kamienie. Gdy ta noc się skończy jedynymi pozostałościami biesiady będą porzucone buty, kępka włosów i parę kawałków wyssanych doszczętnie kości.
Wesele upiora jest jak koszmarny sen, który wciąż powraca w coraz to innej formie. Niemal każdy się z tym kiedyś zetknął - czy to w jakimś tanim, podrzędnym teatrzyku, czy to patrząc na dziwne malowidło, czy to słuchając jednej tych z historii, które nocami opowiada się półgłosem. Nie ważne ile razy by to krytykowano, czy wyśmiewano, zawsze powróci. Nawet jeśli ktoś uznałby taką scenę za głupią, a nawet śmieszną i tak prędzej czy później obudzi się w środku nocy ze snu, w którym ujrzał złośliwe uśmiechy upiorów.
Miłość i śmierć łączą się nie tylko w koszmarach. Sny nie zawsze są tylko snami, a rzeczywistość potrafi przybrać zaskakujące formy i oszukiwać tak zmyślnie, jak upiór udający człowieka.

niedziela, 19 lipca 2020

Opowieść o czterech dzbanach

        Joanna i Daniel byli kochającym się rodzeństwem, dziećmi wielkiego króla. Ich matka od dawna nie żyła, a ojciec, po latach żałoby, poślubił pewną próżną i samolubną kobietę, której zależało tylko na władzy i bogactwach. Nowa królowa choć nie miała ani niezwykłych zdolności, ani bystrego umysłu, ani dobrego serca, przyniosła ze sobą coś, dzięki czemu  zdolna była zdobyć nieomal wszystko. Skarbem tym była cedrowa laska z głową sępa wyrzeźbioną na czubku, którą jej pradziad przywiózł niegdyś z dalekiego kraju za trzema pustyniami. Wystarczyło nocną porą trzy razy uderzyć tym kijem w podłogę, by zjawiły się demony gotowe służyć radą i udzielić pomocy. Choć kobieta wiedziała, że przyjaźń z tymi istotami narazi ją na wiele pokus i może do reszty zniechęcić ją do wszystkiego co dobre, często wzywała je do siebie i chętnie słuchała wszystkiego, co miały jej do powiedzenia. To właśnie dzięki radom i wsparciu demonów udało jej się uwieść króla i skłonić go do małżeństwa. Z początku, gdy nowa królowa wprowadziła się do pałacu, była zadowolona z odmiany swego losu i nie dawała nikomu powodów, by się na nią uskarżać. Z czasem jednak dworskie życie zaczęło ją nudzić, a otaczający ją przepych do reszty jej spowszedniał. Zdawało jej się, że wciąż ma wszystkiego za mało i nawet najmniejszą niedogodność odczuwała jako zniewagę. Zachowywała się wyniośle i opryskliwie zarówno w stosunku do służby, jak i  przyjaciół czy rodziny. Stała się zazdrosna o każdego, komu król poświęcał choć trochę uwagi. Była zła, gdy słuchał próśb poddanych, naradzał się z ministrami, czy zajmował się swoimi dziećmi zamiast prawić jej komplementy i obsypywać prezentami. Jej rozgoryczenie rosło z każdym dniem, a z nim i niechęć do pasierbów. Nie mogła znieść ich widoku i robiła co mogła, by uprzykrzyć im życie. Sama myśl o tym, że mieszkają pod tym samym dachem i mogą cieszyć się ludzką miłością i życzliwością była dla niej torturą. Nawet gdy promienie słońca padały na twarz Daniela lub Joanny, ich macocha czuła się okradana ze światła i ciepła. W końcu do tego stopnia znienawidziła tych dwojga, że zapragnęła ich śmierci.

       Demony, które królowa wciąż do siebie przyzywała, dostrzegły to jako pierwsze i, swoim zwyczajem, starały się rozbudzić jej złe skłonności i zaczęły podpowiadać jej różne sposoby na to, by raz na zawsze pozbyć się dzieci.

            - Otruj je. – szeptał jeden

            - Uduś je we śnie. – namawiał inny

            - Zepchnij je z wieży. – podpowiadał następny

           - Wrzuć je do rozpalonego pieca. – syczał kolejny. A królowa pilnie słuchała, jednak, choć jej nienawiść do pasierbów rosła z każdym dniem, nie miała odwagi by skorzystać z tych rad. Na próżno demony przypochlebiały się jej, na próżno malowały przed nią obrazy wspaniałego życia jakie ją czeka gdy już pozbędzie się dzieci. Żadne namowy nie mogły jej skłonić do zrobienia czegoś, co ściągnęłoby na nią gniew króla, a złe duchy nijak nie były w stanie skłonić jej, by odrzuciła lęk. Aż w końcu jeden z demonów, dużo przebieglejszy od innych, widząc, że tylko strach powstrzymuje królową przed zabiciem pasierbów, poradził jej tak:

          - Nienawidzisz tych dzieci i chcesz, by zniknęły, ale obawiasz się, że jeśli zrobisz im krzywdę, król cię ukaże, a lud potępi. Musisz jednak wiedzieć, że ludzie są głupi i słabi, a chociaż łatwo przychodzi im ocenianie innych, zawsze znajdą usprawiedliwienie dla własnych występków. Wystarczy dobry pretekst, by ci, których gniewu się obawiasz, nie tylko pozwolili ci robić co zechcesz, ale jeszcze z radością ci w tym pomogli. Jeśli teraz zrobisz najmniejszą krzywdę dzieciom króla, nazwą cię potworem, ale jeśli uwierzą, że chcą tego bogowie, sami rozerwą je na strzępy.

           - Ale jak mam ich przekonać? – spytała kobieta.

        - Wystarczy ich porządnie nastraszyć. – odpowiedział demon – Już ja się postaram, by trwoga zaślepiła im umysły i serca, a gdy zaczną szukać ratunku, postaraj się, by usłyszeli to, co najbardziej ci odpowiada.

         Królowa z ochotą przystała na ten pomysł, a demon natychmiast zabrał się do pracy. Zaczął od pałacu i sprawił, że wszystkich jego mieszkańców zaczęły dręczyć senne koszmary i co  noc słychać było krzyki kogoś, kto nagle obudził się zlany potem.  Niedługo później myszy zjadły niemal wszystko ze spiżarni, osie w powozach połamały się, a miecze rycerzy stały się kruche i tępe. W końcu dach stajni zawalił się, zabijając dziesięć rumaków. Gdy plotki o tym, że królewski pałac został przeklęty zaczęły krążyć po okolicy, zadowolony demon postanowił zająć się także miastem. Co chwilę wybuchały pożary, woda we wszystkich studniach stała się gorzka i cuchnąca, a na końcu pojawiła się czarna mgła, która sprawiła, że dni były ciemne jak noc, a żadne światło nie było w stanie jej rozproszyć. Przerażeni mieszkańcy miasta pobiegli do najwspanialszej świątyni w królestwie, by błagać bogów o ratunek. Na spotkanie wyszła im pewna kapłanka, dawna przyjaciółka królowej. Wysłuchała skarg i próśb zebranych ludzi i obiecała im, że wstawi się za nimi w swoich modlitwach. Ale jej wiara nie była wcale tak silna, więc gdy tylko odeszli udała się do siebie, by zastanowić się jakie korzyści mogłaby z tej sytuacji wyciągnąć. A tam czekał już na nią list od królowej z obietnicami hojnej nagrody w zamian za pomoc w realizacji jej planu. Skuszona wizją przyszłego bogactwa kapłanka stanęła następnego dnia przed ludem zgromadzonym w świątyni i powiedziała im tak:

          - Bogowie przemówili do mnie i wyjawili mi swoją wolę. Jeśli chcemy odzyskać ich łaskę i uwolnić się od trapiących nas plag musimy przekonać króla, by udowodnił swoją wiarę i miłość jaką żywi do poddanych poświęcając swoje dzieci. Tylko taka ofiara sprawi, że odzyskamy opiekę bóstw.

           Wieść o obwieszczeniu kapłanki rozniosła się po okolicy z szybkością strzały. Z początku ludzie reagowali na nią ze zdumieniem i zgrozą, jednak z biegiem czasu wszyscy zaczęli się przekonywać do pomysłu złożenia ofiary z dzieci dla ich dobra. Zaczęli więc schodzić się tłumnie pod zamek, aż straż i rycerzy zaczęło to niepokoić.

           - Czego chcecie? – spytali stojącego przed bramą tłumu.

          - Niech król wyda dzieci! – odpowiedziano im. Wartownicy czym prędzej pobiegli do sali tronowej, by o wszystkim opowiedzieć swemu panu. Król zdumiał się i przeraził, nie chciał jednak wydać dzieci. Rozkazał tylko pilnować ich dzień i noc, a sam postanowił zwołać radę, by wspólnie znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Ale dni mijały, a nikt nie był w stanie mu pomóc. Tylko tłum stojący pod bramą robił się coraz liczniejszy i coraz bardziej wściekły.

         Nikt jednak nie był tak rozgniewany i zniecierpliwiony jak królowa. Na próżno, udając szczerą troskę o poddanych, lała fałszywe łzy, rwała włosy z głowy i błagała męża, by spełnił żądanie kapłanki.

          - Zlituj się nad nami! – szlochała – Nie odtrącaj swoich poddanych, nie stawiaj swojego szczęścia wyżej niż ich życie! Pozwól im wypełnić wolę bogów!

          Tak powtarzała, a wtórowały jej dwórki, służba, rycerze, a nawet królewscy ministrowie. Jednak król był nieprzejednany.

          - Bogowie nie są tak okrutni. – mówił – I nie wierzę, by zabicie niewinnych dzieci mogło kogokolwiek ocalić.

          Widząc, że król w żaden sposób nie daje się przekonać, rozwścieczona królowa zamknęła się w swojej komnacie. Gdy zapadła noc, trzy razy uderzyła w podłogę cedrową laską, by wezwać demona, który miał ułatwić jej pozbycie się pasierbów.

          - Król jest uparty. – powiedziała mu – W żaden sposób nie mogę go zmusić, by był mi posłuszny. Jak tak dalej pójdzie, ta wściekła tłuszcza w końcu zabije i nas!

            Demon podał jej butelkę z czarnego szkła, wypełnioną niebieskawym płynem.

            - To rozwiąże twój problem. – powiedział – Już jedna kropla tego płynu zamroczy umysł i pozbawi sił. Podaj to mężowi, a nie będzie ci już przeszkadzał.

          Królowa przyjęła podarek i udała się do komnaty męża. Król siedział zatroskany przy oknie i patrzył przez nie na miasto. Obok niego na parapecie stał talerz z nietkniętym posiłkiem i kielich wciąż pełen wina.

          - Powinieneś coś zjeść. – słodkim głosem powiedziała królowa. – Wtedy poczujesz się lepiej i może uda ci się wpaść na jakiś dobry pomysł. – A mówiąc to niepostrzeżenie wlała kila kropel fatalnego eliksiru do naczynia z winem. Król niechętnie zabrał się do jedzenia, ale z nadmiaru trosk nie był w stanie nic przełknąć.

            - Napij się chociaż. – zachęcała go żona – Nie mogę patrzeć jak się męczysz.

           Król wziął do ręki puchar i chwilę się w niego wpatrywał, jednak ponieważ królowa wciąż nalegała, w końcu upił parę łyków. Natychmiast zakręciło mu się w głowie, oczy zaczęły go piec jakby patrzył prosto w słońce, a w uszach zabrzmiał mu ogłuszający hałas, przypominający bijące dzwony i uderzenia pioruna jednocześnie. Sam już nie wiedział kim jest i gdzie się znajduje. Królowa przyglądała mu się z zaciekawieniem zastanawiając się, czy łyk mikstury rzeczywiście wystarczy, by jej plan w końcu się powiódł. Nie musiała długo czekać – już po chwili do komnaty wpadł jeden z wartowników.

         - Wasza wysokość – powiedział - stojący pod drzwiami grożą, że rozwalą wrota, jeśli nie zgodzisz się na ich żądania!

          A król, któremu zdawało się, że to jacyś żebracy przyszli prosić go o jałmużnę, bezmyślnie odpowiedział:

            - Dajcie im czego chcą.

       Królowa uśmiechnęła się tryumfująco i kazała wartownikowi czym prędzej pobiec i powtórzyć rozkaz pozostałym. Gwardziści, nie zwlekając ani chwili, czym prędzej pobiegli po dzieci, które akurat bawiły się w ogrodzie i wyprowadzili je na zewnątrz, gdzie czekał już rozszalały tłum. Brata i siostrę natychmiast pochwycono, a następnie zaciągnięto na plac przed świątynią. Zamierzali zabić swoje ofiary w miejscu, gdzie pierwszy raz usłyszeli polecenie poświęcenia ich, gdyż wydawało im się, że w ten sposób bogowie szybciej ich zauważą i chętniej nagrodzą.

           Nagle, nie wiadomo skąd zjawiły się dwa wielkie ogniste ptaki ze złotymi dziobami. Ich skrzydła miotały kolorowe iskry, gdy zaczęły krążyć tuż nad dachami domostw. Był to tak niezwykły widok, że wszyscy zapomnieli o tym, dlaczego się tu znaleźli i tylko stali w miejscu patrząc jak urzeczeni w niebo. Ogniste ptaki obniżyły swój lot, zatoczyły koło nad placem i nagle zanurkowały w dół, ku otoczonym przez tłum dzieciom. Jeden z nich wziął na plecy Joannę, drugi zaś Daniela. Ptaki wzbiły się wraz z dziećmi w przestworza i szybowały tak przez wiele godzin, aż w końcu wylądowały w pewnym lesie. Tam pomogły małym jeźdźcom zejść na ziemię, po czym wskazały im głowami, gdzie mają dalej iść, a potem odleciały w dal. Brat i siostra pomachali swoim wybawcom na pożegnanie, po czym wzięli się za ręce i ruszyli przed siebie. Szli tak niezbyt długo, ale i niezbyt krótko, aż w końcu ścieżka zaprowadziła ich do małego dworku ukrytego w kniei. Dzieci zapukały do drzwi i natychmiast wyszła im na spotkanie piękna dama w aksamitnej sukni. Bardzo się zdziwiła na widok gości, jednak chętnie zaprosiła ich do środka. Rodzeństwo opowiedziało jej swoją historię, a gdy skończyli, dama, która była mądrą czarodziejką, powiedziała tak:

- Mieliście dużo szczęścia. Ogniste ptaki, które was tu sprowadziły spotyka się niezwykle rzadko. Nikt nie wie na pewno skąd przybywają i dokąd odlatują, ale mówi się, że przysyłają je bogowie wtedy, gdy ktoś chce popełnić jakąś zbrodnię w ich imieniu. Skoro was uratowały, możecie być pewni, że ktoś nad wami czuwa i ma co do was wspaniały plan.

Potem czarodziejka zabrała dzieci na piętro i przygotowała im kąpiel. Woda w której miały się myć, była jednak zaczarowana – jak tylko Daniel i Joanna się w niej zanurzyli, ich skóra i włosy ściemniały, tak że stali się do siebie zupełnie niepodobni. Czarodziejka zrobiła to, bo obawiała się, że macocha dzieci będzie próbowała je odszukać Od tej pory mieszkali we troje.

 A trzeba wspomnieć, że w owej damie zakochał się pewien rycerz i często, pod takim, czy innym pretekstem odwiedzał ją w jej dworze. Odkąd pojawiły się tam dzieci z całej siły starał się z nimi zaprzyjaźnić, by w ten sposób zaleźć drogę do serca ich opiekunki. Często opowiadał całej trójce o swoich podróżach i niezwykłych przygodach jakie przeżył. Z czasem Joanna i Daniel bardzo go polubili, a i czarodziejka zaczęła patrzeć na niego łaskawym okiem. Niepokoiła ich tylko jedna rzecz – jak tylko słońce zaczynało zachodzić rycerz natychmiast wynajdywał jakiś pretekst, by jak najszybciej wyjść. Choć widać było, że robi to niechętnie zawsze opuszczał leśny dwór przed zapadnięciem zmroku, jakby bał się, że jeśli zostanie tam za długo, wydarzy się coś strasznego. Dzieci wiele razy próbowały go o to pytać, jednak rycerz zbywał je za każdym razem. Czarodziejka też nie chciała o tym rozmawiać i tylko całymi nocami wertowała swoje księgi. I tak mijały im dni i tygodnie.

Któregoś wieczora, podczas zabawy w lesie Daniel, goniąc skaczącą po drzewach wiewiórkę stracił z oczu swoją siostrę i biegnąc przed siebie oddalił się od dworu. Gdy chłopiec przystanął zmęczony, zorientował się, że nie wie, gdzie jest i jak wrócić. Zaczął wołać o pomoc, ale nikt go nie słyszał. Przerażony Daniel biegał po lesie na oślep licząc na to, że jakoś uda mu się znaleźć drogę powrotną. Robiło się jednak coraz ciemniej i ciemniej, aż w końcu nawet odróżnienie drzew w tym mroku stało się zadaniem ponad siły. Chłopiec usiadł więc na ziemi i starał się nie rozpłakać, ale gdy tylko pomyślał o czających się w lesie zwierzętach trząsł się ze strachu. Aż tu nagle zza drzew wyłonił się ogromny wilk. Podszedł do przerażonego chłopca, polizał go po ręce jak pies po czym położył się przed nim zachęcając, by wsiadł mu na plecy. Daniel po chwili wahania dosiadł wilka, a ten zaniósł go z powrotem do dworu. Pierwsza dostrzegła ich stojąca w oknie Joanna, która całą noc czekała na powrót brata. Jak tylko zobaczyła wyłaniające się zza drzew postacie zawołała radośnie:

- Chodź zobaczyć! Wilk przyniósł nam z powrotem Daniela!

Dziewczynka i czarodziejka wybiegły na zewnątrz, ale wilka już nie było. W jego miejscu stał rycerz, który tak często ich odwiedzał, z Danielem na plecach. Tak właśnie dama i dzieci przekonali się, że mężczyzna był wilkołakiem. Poprzedniego dnia były jego urodziny, więc błąkał się po lesie w postaci wilka, ale w pozostałe dni roku po zachodzie słońca przemieniał się w bestię. Dlatego właśnie tak bardzo zależało mu, by nikt go wówczas nie widział. Teraz jednak nie było rady – musiał wszystko wyznać. Widząc, że czarodziejka jest mu wdzięczna za uratowanie Daniela i, mimo że poznała już jego tajemnicę, wciąż darzy go taką samą sympatią i nie odwraca się od niego ze wstrętem, nabrał odwagi, by poprosić ukochaną o rękę. Ta jednak odmówiła.

- Kocham cię, ale nie mogę cię poślubić. – powiedziała – Bałabym się, że i dzieci, które mogłabym urodzić, byłyby wilkołakami.

Rycerza bardzo zasmuciła ta odpowiedź, ale nie zmieniła jego uczuć. Wciąż często odwiedzał czarodziejkę i jej podopiecznych, a wszyscy zachowywali się tak, jakby nic się nie wydarzyło.

Minęło trochę czasu i zdarzyło się, że Joanna, spacerując po ogrodzie, usłyszała cichy, syczący głosik, który mówił:

- Pomóż mi, pomóż mi, nie mogę stąd wyjść!

Dziewczynka rozejrzała się i zobaczyła, że coś się porusza między gałęziami różanego krzewu. Podeszła bliżej i zobaczyła uwikłaną w różanych pędach kobrę. Choć Joanna zawsze bała się węży, zrobiło jej się żal stworzonka, które i tak było już poranione kolcami. Podeszła więc do krzewu, delikatnie rozchyliła jego gałęzie i pozwoliła stworzonku owinąć się wokół swojej dłoni. Kobra zaczęła ocierać się głową o palce Joanny, a gdy dziewczynka odłożyła ją na ziemię, ta podziękowała jej za pomoc i powiedziała:

- Powiedz, czego najbardziej pragniesz, a pomogę ci spełnić twoje życzenie.

Joanna zastanowiła się nad odpowiedzią. W leśnym dworze było jej dobrze, ale bardzo tęskniła za ojcem i wiedziała, że jej brat czuje to samo. Potem pomyślała o czarodziejce i jej ukochanym, którzy pomimo łączącej ich miłości nie mogli się pobrać. Następnie powróciły do niej wspomnienia o rodzinnym zamku i nieszczęściach, jakie ostatnio na niego spadały. Po namyśle powiedziała więc:

- Chciałabym, żeby wszyscy, których kocham byli szczęśliwi.

- Chodź za mną – padła odpowiedź.

Kobra zaprowadziła Joannę w głąb puszczy do starej studni, wyschniętej już od dawna.

- Zajrzyj do środka. – poradziła dziewczynce.

Joanna podeszła do studni i zauważyła, że zamiast liny zwisa z niej sznurkowa drabinka. Zajrzała do środka i zobaczyła, że pod studnią jest korytarz wypełniony bladym światłem.

- Dokąd to prowadzi? – zapytała.

- Do pewnego zaczarowanego miejsca, gdzie znajdziesz największy ze wszystkich skarbów. – odpowiedziała kobra. Dziewczynka już miała zejść w głąb studni, jednak jak tylko postawiła stopę na pierwszym stopniu drabiny opuściła ją cała odwaga. Wystraszyła się panującej wewnątrz ciemności i doszła do wniosku, że sama nie może tam wejść. Pobiegła więc z powrotem do dworku prosić przyjaciół, by jej towarzyszyli. Gdy Daniel, czarodziejka i jej ukochany usłyszeli o tajemniczym miejscu, bardzo się zdumieli, ale i zaciekawili. Od razu zgodzili się towarzyszyć Joannie i następnego dnia całą czwórką udali się do studni i zeszli po drabinie na jej dno. Znaleźli się w podziemnym korytarzu, który wił się i zdawał ciągnąć w nieskończoność. Cała czwórka bez chwili wahania ruszyła przed siebie. Nie potrzebowali pochodni, gdyż  drogę opromieniał im blask latających pod sklepieniem świetlików. Szli tak bardzo, bardzo długo, aż wszystkim zaczęło doskwierać znużenie. W końcu dotarli do końca tunelu. Nie trafili jednak na żaden tajemny skarbiec, ale na skalną ścianę. Gdy spojrzeli w górę, dostrzegli zamknięte wrota, były jednak za wysoko, by ktokolwiek z czworga wędrowców mógł je otworzyć. Nawet zaklęcia czarodziejki nie były w stanie im pomóc. Zarówno dzieci, jak i ich opiekunowie zaczęli już myśleć, że cała wyprawa była na próżno. Przebywali jednak w podziemiach tak długo, że nie zdawali sobie sprawy, która jest godzina i, że za chwilę zajdzie słońce. Wystarczyło poczekać tylko kilka minut, by rycerz przybrał postać wilkołaka, a po tym jak nagle urósł i wyrosły mu ostre pazury mógł bez trudu wspiąć się po ścianie i wnieść swoich towarzyszy. Gdy wszyscy znaleźli się pod drzwiami, te same się przed nimi otworzyły. Znaleźli się w ogromnej sali, całej z zielonego marmuru, gdzie podłoga była z masy perłowej. Pod sufitem latały świetliki, a było ich tak wiele, że choć nie było tam żadnych okien ani lamp, cała komnata tonęła w świetle. Były tam też wielkie stosy pięknych, różnokolorowych muszli, tak dużych, że dzieci mogłyby nosić je na głowach niczym kapelusze. Na samym środku sali stały cztery wielkie dzbany napełnione wodą: biały, czarny, niebieski i czerwony. Oczekiwała ich tam kobra. Leżała zwinięta w pierścień, ale jak tylko zobaczyła stojącą w drzwiach Joannę, uniosła głowę, wyprostowała się i stanęła na czubku ogona. Nagle wąż przemienił się w piękną nimfę, która uprzejmie zaprosiła całą czwórkę do środka.

- Witajcie. – powiedziała – Jestem strażniczką tego miejsca. Przez wiele lat pilnowałam, by nikt nie odnalazł tej komnaty, gdyż ukryta jest w niej potężna magia, a znajduje się ona w tych oto dzbanach. Są one pełne wody i nieważne ile byście nie zaczerpnęli, nigdy jej nie ubędzie. Każda z nich ma zaś inną niezwykłą właściwość.

Następnie nimfa-strażniczka dotknęła białego dzbana i rzekła:

- Na tego, kto napije się wody z tego dzbana, spłyną błogosławieństwa.

Potem dotknęła czarnego.

- Gdy wodę z tego dzbana rozleje się pod czyimiś stopami, na tę osobę spadnie przekleństwo.

Dotknęła niebieskiego.

- Jeśli wodą z tego dzbana natrzecie sobie powieki, będziecie mogli zobaczyć wszystko, co zechcecie.

Na koniec dotknęła dzbana czerwonego.

- A umycie rąk w wodzie z tego dzbana da każdemu z was nadludzką siłę. Wszystkie cztery dzbany chciałam podarować Joannie, ale skoro nie chciała tu przyjść bez swoich przyjaciół,  do was także będą od dziś należały. Korzystajcie z nich mądrze, a przyniosą wam szczęście.

 Dzieci były zachwycone tym co usłyszały, ale towarzyszący im rycerz-wilkołak nie wierzył słowom nimfy-strażniczki, więc zapytał ją wprost:

- To brzmi wspaniale, ale skąd mamy wiedzieć, że to nie oszustwo lub podstęp?

Nimfa, zamiast odpowiedzieć, podniosła jedną z leżących na ziemi muszli i nabrała do niej, niczym do kielicha, wody z białego dzbana, a następnie podała ją wilkołakowi.

- Wypij to, – powiedziała – a zobaczysz, że nie kłamię.

Wilkołak niepewnie chwycił muszlę i podniósł do ust. Jak tylko upił pierwszy łyk, jego futro i pazury zniknęły, a on sam z powrotem stał się człowiekiem.

- Teraz nikt już nie zobaczy w tobie potwora. – powiedziała nimfa z uśmiechem – Możesz już bez obaw spacerować po mieście o zachodzie słońca, a kiedy gdzieś cię zaproszą, nie będziesz musiał uciekać pod byle pretekstem. Skoro już widzisz jaką moc ma błogosławiona woda, czy możesz wątpić w to, co mówię o pozostałych?

Rycerz, który nie był już wilkołakiem, podziękował nimfie z pokorą i nikt już nie wątpił, że wszystkie cztery dzbany mają niezwykłą moc. Wtem spod sufitu sfrunęły w dół świetliki, a ich rój otoczył całą czwórkę jak lśniący mur. Gdy w końcu odleciały, rycerz, czarodziejka i dzieci zauważyli, że znów znajdują się w leśnym dworze, a razem z nimi przeniosły się tam też i cztery dzbany.

Minęło trochę czasu i Daniel zaczął się zastanawiać nad tym, co mógłby zrobić przy pomocy magicznych przedmiotów. W końcu któregoś dnia, rozmawiając z siostrą, odezwał się do niej tymi słowy:

- Tak wiele złego spotkało nas przez macochę. Jestem pewien, że gdyby nie ona, ojciec nie pozwoliłby nas zabrać z zamku i nie musielibyśmy się teraz ukrywać. Skoro teraz możemy unieść każdy ciężar, zobaczyć cały świat i sprowadzić na kogoś przekleństwo, musimy się na niej zemścić!

Ale Joanna nie chciała skorzystać z dzbanów w tym celu.

– To prezent od dobrej nimfy – powiedziała– i nie byłaby zadowolona, że używamy go do krzywdzenia innych.

Chłopiec próbował przekonać siostrę, a gdy ta nadal nie chciała mu pomóc, postanowił wyjawić swój plan czarodziejce. Jednak jej również nie spodobał się pomysł Daniela.

- Zemsta tylko wydaje się dobrym rozwiązaniem. – powiedziała dama – Ani nie da ci szczęścia, ani nie naprawi wyrządzonych krzywd. Nie powinieneś wykorzystywać magii w ten sposób.

Chłopiec wysłuchał swej opiekunki, ale wciąż uważał, że należy w jakiś sposób ukarać złą królową. Wciąż obmyślał coraz to nowe plany i sposoby, by odpłacić się macosze pięknym za nadobne. Kiedy więc we dworze znów pojawił się rycerz, chłopiec opowiedział mu całą swoją historię i podzielił się z nim pomysłami, na które ostatnio wpadł.

- Wszyscy mi mówią że nie powinienem się mścić. – dodał – Ale może moglibyśmy chociaż spłatać jej jakiegoś figla? Gdybyśmy użyli tylko kilku kropel wody z czarnego dzbana pewnie nie zrobilibyśmy jej krzywdy, ale za to moglibyśmy narobić jej kłopotów.

Po namyśle rycerz zgodził się pomóc Danielowi. Po cichu zakradli się do miejsca, gdzie czarodziejka ukryła cztery dzbany i natarli sobie powieki wodą, która pozwalała wszystko widzieć. Dzięki temu dowiedzieli się, którędy przemieszczają się kupieckie karawany i postanowili po kryjomu przyłączyć się do jednej z nich. Przebrani za cudzoziemskich kupców udali się do stolicy niosąc ze sobą kilka butelek wody zaczerpniętej z czerwonego dzbana i jedną, którą wcześniej zanurzyli w czarnym. Skierowali się w kierunku placu targowego i ustawili przy straganach z klejnotami. Czekając na pojawienie się królowej przysłuchiwali się rozmowom przekupek.

- Że też królowej chce się chodzić z całą świtą kupować te swoje cacka. – powiedziała jedna - Jakbym ja miała tyle służby, leżałabym tylko na tapczanie, a pokojówki i lokaje i tak przynosiliby mi wszystko, czego bym tylko zechciała.

- Za często tu przychodzi. – odpowiedziała druga – Król nigdy nie wyzdrowieje, jeśli wrota pałacu nadal będą zamknięte dla wszystkich, a jego żona całymi dniami będzie się włóczyć po mieście.

- To król choruje? – wtrącił się Daniel.

- Ano, tak mówią. – odpowiedziała przekupka – Na ciele albo na duszy, różnie ludzie gadają. Nikt nie wie na pewno, bo królowa nie chce nikogo wpuścić, choć sama często opuszcza swój pałac.

 Ledwo kobieta skończyła mówić, dały się słyszeć okrzyki nakazujące wszystkim zejść z drogi nadchodzącej grupie. Daniel i jego towarzysz odwrócili się w tamtą stronę i dostrzegli grupę pałacowej służby otaczającą swoją panią. Jak tylko zobaczyli, że zjawił się orszak królowej, zaczęli głośno zachwalać swój towar:

- Kupujcie eliksir siły! – krzyczeli wniebogłosy – Wystarczy zamoczyć w nim dłonie, a nawet największy mocarz nie będzie w stanie wam dorównać!

Aby pokazać, że mówią prawdę pokazali wszystkim, co potrafi zrobić Daniel po umyciu rąk magiczną wodą. Wkrótce wokół nieznanych kupców zebrał się tłum gapiów. Nawet królowa oderwała wzrok od drogich błyskotek, by popatrzeć na małego chłopca, który jedną ręką podnosił konia, a drugą podrzucał w powietrzu wóz z sianem.

- Pokażcie mi tę miksturę. – powiedziała.

Daniel posłusznie do niej podszedł, trzymając w rękach otwartą butelkę z przeklętą wodą. Nagle udał, że potknął się o coś, potrząsnął ręką i kilka kropel płynu znalazło się na butach królowej.

– Ty niezdarny prostaku! Zniszczyłeś moje nowe pantofelki! – krzyknęła rozgniewana i już chciała kazać zakuć obydwu kupców w dyby, gdy nagle spostrzegła, że na jej rękach nie ma już pierścieni, ani bransolet, które włożyła przed wyjściem, a w dłoniach trzyma garści piasku. W tej samej chwili z jej szyi i uszu posypały się na ziemię grudki węgla.

- Złodzieje! Okradli mnie! – krzyczała przerażona

Królowa była wściekła, że sobie z niej kpią, ale nie mogła nic na to poradzić, więc tylko klęła i tupała nogami ze złości. W tym całym zamieszaniu Daniel i jego towarzysz zdołali wymknąć się niepostrzeżenie.

Po powrocie do zamku królowa zajrzała do swoich szkatuł i spostrzegła, że tam także nie ma już biżuterii, tylko miał i piach. To samo zobaczyła, gdy zajrzała do skarbca – za sprawą przeklętej wody, całe jej złoto zamieniło się w piasek, a wszystkie klejnoty w węgiel. Królowa widząc, że ma do czynienia z jakąś nieznaną magią, po raz kolejny użyła magicznej laski, by poradzić się demonów. Jednak nawet one nie były w stanie wyjaśnić jej, kto, jak i dlaczego rzucił na nią czary. Rozczarowana kobieta w złości połamała magiczną laskę, a jej szczątki spaliła w kominku. Od tej pory nie mogła już liczyć na wsparcie złych duchów.

Tymczasem w leśnym dworze Joanna i czarodziejka czekały zaniepokojone na powrót dwóch uciekinierów, którzy tak nagle odeszli bez słowa. Dzięki wodzie z niebieskiego dzbana wiedziały, że udali się do stolicy i już chciały ruszać za nimi, gdy zobaczyły przez okno jak Daniel wraz z rycerzem biegną leśną ścieżką w stronę dworu. Gdy już dotarli na miejsce, opowiedzieli o swojej przygodzie i o tym, co usłyszeli na targu. Gniew obydwu dam na wieść o stanie króla natychmiast zniknął, a jego miejsce zajęła troska i chęć poznania prawdy. Joanna natychmiast zaproponowała użycie magicznych płynów. Czarodziejka natarła sobie powieki wodą z niebieskiego dzbana, wzięła głęboki oddech i powiedziała:

- Król nie choruje, ale eliksir, który podała mu żona sprawił, że stracił rozum. Choć nic mu nie dolega wierzy, że znajduje się już na łożu śmierci, a patrząc w lustro, zamiast swojej twarzy widzi siwego starca. Opatrznie rozumie wszystko, co usłyszy – złe wieści go cieszą, a dobre martwią. Wszyscy zaczęli już wątpić, że wasz ojciec kiedykolwiek wyzdrowieje.

- Przecież mamy dzban z błogosławioną wodą! – wykrzyknęła Joanna  - Ona na pewno mogłaby go uzdrowić. Musimy tam iść!

Wszyscy zgodzili się z nią i postanowili jak najszybciej udać się do króla. Tym razem także postanowili udawać cudzoziemców więc w swoją podróż wyruszyli w przebraniach. Dotarli do pałacu z zamiarem podania choremu błogosławionej wody.

Królowa, by nikt nie dowiedział się, co tak naprawdę dolega królowi, kazała wartownikom pilnować wszystkich wejść do zamku dzień i noc i surowo zabroniła im wpuszczać kogokolwiek do środka. Choć czarodziejka i jej towarzysze robili co mogli, by przekonać straże, i ich odpędzono od drzwi grożąc bronią. Przyjaciele już zaczęli wątpić, że uda im się dostać do zamku, gdy nagle Daniel wpadł na pewien pomysł.

- Chodźcie za mną. – powiedział – Znam jedno miejsce, gdzie będziemy mogli dostać się niezauważeni.

Zabrał towarzyszy na tyły zamkowych murów, tam, gdzie tylko cienka ściana dzieliła ich od ogrodu.

- Wciąż mam trochę wody z czerwonego dzbana. – powiedział Daniel, zwracając się do rycerza. – Gdybyś jej użył i podniósł ten mur, nikt by nie zauważył, że dostaliśmy się do środka.

Rycerz opłukał ręce w wodzie, którą podsunął mu chłopiec i bez trudu podniósł mur, dzięki czemu cała czwórka mogła dostać się do ogrodu. Czarodziejka, prowadzona przez dzieci udała się w stronę komnat króla. Gdy ktoś ją zaczepiał, mówiła, że jest tu na polecenie królowej, a wtedy nikt już nie zadawał jej pytań. W końcu cała trójka stanęła przed drzwiami komnaty króla. Tam jednak również postawiono straż.

– Jestem uzdrowicielką zza morza, ten mężczyzna to mój służący, a dzieci to moi uczniowie. – przedstawiła się czarodziejka. – Przynoszę cudowny napój, który wyleczy waszego króla.

- Królowa zabroniła nam kogokolwiek wpuszczać. – odpowiedziano jej. Usłyszał to stary ochmistrz więc podszedł zobaczyć, co się dzieje. A gdy zobaczył przybyszów i dowiedział się co przynoszą, powiedział tak:

- Jeśli ta dama naprawdę potrafi pomóc królowi, jego żona będzie nam wdzięczna. A skoro nikt tutaj nie potrafi wyjaśnić, skąd ta choroba się wzięła i jak ją wyleczyć, nie wolno nam odprawiać nikogo, kto może wiedzieć coś, czego my nie wiemy.

Po namyśle gwardziści zgodzili się z ochmistrzem i otworzyli przed przybyszami drzwi do komnaty króla. Chory leżał w łóżku i patrzył tępo w sufit, bredząc coś od rzeczy. Gdy uzdrowicielka do niego podeszła zaczął jej ubliżać, gdyż widział w niej ohydnego upiora. Czarodziejce udało się go jednak tak uspokoić zaklęciami, że chory w końcu wypił łyk błogosławionej wody. Magiczny płyn sprawił, że król natychmiast odzyskał zdrowie i zmysły, był jednak zbyt osłabiony, aby wstać. Kazał więc całej czwórce udać się do sąsiedniej komnaty i tam czekać na dalsze rozkazy po czym wezwał służbę, by pomogła mu się podnieść i ubrać.

Tymczasem do królowej dotarły już wieści o tajemniczej uzdrowicielce i jej towarzyszach, którzy w jakiś sposób dostali się do pałacu. Ta, obawiając się, że nieznajomi odkryją prawdziwą przyczynę choroby króla i zaszkodzą jej planom, natychmiast wezwała straże i kazała im niezwłocznie zabić intruzów. Gwardziści wpadli do sali, w której przebywali przybysze z zamiarem nadziania ich na halabardy, a ich pani weszła razem z nimi, by osobiście się przekonać, że wykonają polecenie. Rycerz dobył miecza, a czarodziejka starała się chronić dzieci za pomocą zaklęć, jednak podjudzani przez królową wartownicy przyparli całą czwórkę do ściany. Nagle do Sali wpadł król i zaczął domagać się wyjaśnień, zaś królowa robiła wszystko, by go zagłuszyć, krzycząc, że nieznajomi rzucili na niego urok.

Wtem zawiał wiatr, roznosząc zapach leśnych ziół, a przez otwarte okna wleciał rój świetlików. Bijący od nich blask na chwilę oślepił wszystkich zebranych, a gdy przetarli oczy spostrzegli, że zjawiła się nimfa-strażniczka. Stanęła między gwardzistami, a królem i bez słowa podniosła ręce ku górze. Natychmiast wszyscy wartownicy przywarli do ściany i znieruchomieli jak kamienne posągi. Nimfa nisko się skłoniła przed królem.  

- Najjaśniejszy panie – powiedziała mu – wybacz, że zjawiłam się bez zapowiedzi i zaatakowałam twoich żołnierzy, ale tylko w ten sposób mogłam uratować moich przyjaciół. Przybywam, by pomóc ci zobaczyć prawdę i zwrócić ci to co utraciłeś.

Powiedziawszy to, nimfa podeszła do dzieci i położyła ręce na ich czołach, a obydwoje natychmiast odzyskali swój dawny wygląd. Król bardzo się uradował widząc je żywe, a królowa wydała okrzyk rozpaczy czując, że właśnie wybiła jej ostatnia godzina. Nimfa jednak nie zwróciła na to uwagi i tylko strzepnęła ręce, przez co strażnicy odkleili się od ściany i mogli stanąć u boku swego władcy. Nimfa wzięła Joannę i Daniela za ręce po czym przemówiła tymi słowy:

- Źli ludzie wmówili wam, że bogowie pragną śmierci tych dwojga. – powiedziała nimfa – Ale to właśnie za sprawą tych bogów dzieci ocalały, a w ich rękach znalazły się cztery dzbany, które przez wiele lat czekały, aż znajdzie się ktoś godny takiego daru. Woda z niebieskiego dzbana pozwoliła im dowiedzieć się o chorobie króla, woda z czerwonego – dotrzeć do niego pomimo przeszkód, woda z białego dzbana przywróciła mu zdrowie, a dzięki wodzie z dzbana czarnego to królestwo nie będzie już nękane przez demony. Wszystkie cztery znajdują się teraz w królewskim skarbcu i mam nadzieję, że będziecie mądrze z nich korzystać. Pamiętajcie, że jeśli kiedykolwiek ich magia zostanie użyta do niecnych celów, dzbany z powrotem znajdą się w podziemnej sali, a ta znów zamknie się na wiele lat.

Gdy nimfa skończyła, dzieci podbiegły do ojca, a ten czule je uściskał. Służba i wartownicy przyglądali się temu w milczeniu, oszołomieni tym co widzieli, zdumieni tym co usłyszeli i wstydząc się swoich dawnych słów i czynów.

Gdy to się działo królowa, korzystając z zamieszania, wymknęła się z sali tronowej i uciekła do skarbca. Gdy tylko otworzyła drzwi, olśnił ją blask złota i klejnotów, które zdążyły już wrócić do dawnej postaci. Pośrodku, tak jak powiedziała nimfa, stały cztery dzbany. Królowa rozejrzała się i uśmiechnęła się do siebie. „Skoro moje kosztowności powróciły, być może uda mi się ukryć w którejś ze skrzyń, by później uciec z częścią złota i diamentów” pomyślała. Skierowała się więc w stronę największego z kufrów, jednak biegnąc, przez nieuwagę potrąciła czarny dzban, a woda z niego wylała się i przemoczyła na wylot jej buty i pończochy. Natychmiast wnętrzności królowej przeszył straszliwy ból, a jej wspaniały strój przemienił się w łachmany. Twarz kobiety poszarzała i pokryła się zmarszczkami, jej włosy zaczęły wypadać, a zęby kruszeć i gnić. Jak tylko to spostrzegła, z krzykiem wybiegła ze skarbca, a usłyszawszy jak skrzekliwy i nieprzyjemny stał się jej głos wpadła w jeszcze większą rozpacz. Ze spuszczoną głową, by nikt nie zauważył jej szpetoty, nie rozpoznana przez nikogo wybiegła z zamku, patrząc jak jej ciało się wykrzywia, a skóra pokrywa wrzodami. Gnała tak przed siebie, aż dotarła do bram miasta gdzie upadła wyczerpana w błotnistą kałużę. A gdy leżała zemdlona przejechał po niej wóz naładowany gnojem i taki był koniec tej niegodziwej kobiety.

Tymczasem w zamku wszyscy cieszyli się z cudownego ozdrowienia króla. Wdzięczny ojciec ze łzami w oczach dziękował nimfie-strażniczce za uratowanie jego dzieci, a czarodziejce i rycerzowi za opiekę nad nimi. Ze zdumieniem wysłuchał ich historii, a gdy usłyszał o wszystkich niecnych postępkach królowej zawrzał gniewem i już chciał wzywać kata, ale powstrzymała go przed tym nimfa.

- Twoja żona została już ukarana. – powiedziała – A jej magicznej laski i tak nikt nie zdoła już użyć. Nie musicie już martwić się o to co było. Lepiej patrzcie w przyszłość i zadbajcie o to, by nigdy więcej zło nie tryumfowało w waszym królestwie.

Powiedziawszy te słowa nimfa zniknęła tak nagle i niespodziewanie, jak się pojawiła.

Niedługo potem rycerzowi i czarodziejce wyprawiono huczne wesele, a król i jego dzieci świętowali razem z nimi do białego rana. Mówiono, że było to najradośniejsze wydarzenie w historii królestwa i nawet jeśli było w tym trochę przesady, goście z pewnością bawili się tak dobrze jak nigdy przedtem. Po zakończeniu biesiady, młoda para przeniosła się do nowego pałacu, który dostali od króla w prezencie ślubnym. A ponieważ czarodziejka nie obawiała się już dotyku swojego męża, nie minęło wiele czasu i urodziła im się prześliczna córeczka. A gdy dziewczynka dorosła, królewicz Daniel pojął ją za żonę, dzięki czemu wszyscy naprawdę stali się rodziną. I tak właśnie spełniło się życzenie Joanny.