środa, 30 lipca 2025

Okręt ze szkarłatnym żaglem

Po morzach i oceanach pływał niegdyś pewien okręt. Był cały z ciemnego drewna, a na jego maszcie powiewał ogromny, szkarłatny żagiel. Żeglarze z wielu krajów opowiadali o nim mrożące krew w żyłach historie, a wypływając w morze modlili się, by nigdy nie dostrzec go na horyzoncie. Okręt ów należał bowiem do najbardziej krwiożerczego z korsarzy, których kiedykolwiek oświetlały promienie słońca i księżyca. Zebrał on wokół siebie bandę podobnych sobie rozbójników i wraz z nimi wypłynął w morze, gdzie prędko zyskał ponurą sławę i stał się postrachem żeglarzy. Już sam widok szkarłatnego żagla wystarczył, by załoga każdego statku wpadła w popłoch i rzuciła się do ucieczki. Bardzo rzadko zdarzało się jednak, by ktoś zdołał umknąć, a ci, którym się to nie udało, nie mogli liczyć na to, że kiedykolwiek wrócą do swoich domów i rodzin.

Pewnej nocy piraci postanowili splądrować statek, przewożący drogocenne skarby, a także wielu podróżnych. A wśród nich była też pewna młoda czarodziejka, która w momencie, gdy zbójcy wtargnęli na pokład, twardo spała. Obudziły ją dopiero odgłosy walki i krzyki mordowanych. Dziewczyna od razu domyśliła się, co się dzieje, ale, choć ledwo trzymała się na nogach z przerażenia, dość szybko zdołała obmyślić plan. Wiedziała, że nie ma jak uciec, a sama nie będzie w stanie walczyć z całą bandą. Gdyby natomiast udało jej się ukryć, z pewnością poszłaby na dno razem ze splądrowanym statkiem. Po namyśle postanowiła więc przemienić się w drogocenny klejnot. Tak też zrobiła i w tej postaci leżała na podłodze licząc na to, że ktoś ją odnajdzie i zapragnie zachować piękny naszyjnik, którym się stała.

Chwilę po tym jeden z piratów - wysoki, młody mężczyzna, którego kompani zwykli nazywać Orkanem - zajrzał do tej kajuty. Gdy zobaczył leżący na podłodze wisior z wielkim rubinem, natychmiast go podniósł i (choć obyczaj jego załogi kazał składać wszystkie łupy razem, by potem równo się nimi podzielić) schował go do kieszeni, po czym dołączył do swoich, nie mówiąc nikomu o swej zdobyczy.

Orkan ukrył klejnot pod swoim posłaniem i sądził, iż to wystarczy, by mieć pewność, że nigdy nikt go nie zobaczy. Ale kiedy nocą twardo zasnął, naszyjnik sam stoczył się na podłogę i przybrał postać dziewczyny. Czarodziejka ostrożnie otworzyła drzwi, rozejrzała się uważnie, a gdy przekonała się, że nikt jej nie widzi na palcach wybiegła na pokład. Z pomocą czarów w mgnieniu oka wspięła się na maszt, licząc, że wypatrzy na horyzoncie jakiś ląd. Nie zobaczyła jednak niczego, prócz migoczącego w świetle księżyca morza, które zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Chcąc nie chcąc musiała więc w końcu zejść i wrócić do swojej kryjówki. 

Od tej pory co noc przechadzała się po korytarzach i pokładzie, a o świcie powracała do kajuty i znów przemieniała się w wisior.

Niedługo później piraci natknęli się na kolejny bezbronny okręt, który mogli obrabować. Nie wiedzieli jednak, że tym statkiem płynął też pewien młody czarodziej, który już wcześniej miał okazję używać swoich umiejętności w walce. Ten, jak tylko zobaczył co się święci, śmiało wybiegł na spotkanie wroga. Już chwilę później zdumieni piraci przekonali się, że jakaś dziwna siła nie pozwala im walczyć: co chwilę któryś z nich uderzał w jakąś niewidzialną ścianę, ręce, w których trzymali broń, poruszały się zupełnie inaczej niż by chcieli, a deski, po których stąpali, nagle stały się śliskie niczym lód. Prędko zorientowali się, czyja to sprawka, a wtedy wpadli w taką wściekłość, że zapomnieli, po co się tam znaleźli i przestali troszczyć się o łupy. Gotowi byli wyrzec się wszystkiego, byle tylko rozprawić się z człowiekiem, który tak ich upokorzył; nie było to jednak łatwe, gdyż ten zdawał się zgadywać ich myśli i przez długi czas żadnemu z piratów nie tylko nie udało się go zranić, ale nawet się do niego zbliżyć.

W końcu jednak jeden z korsarzy (ten sam, który ukrywał w swej kajucie rubinowy wisior) zakradł się czarodziejowi za plecy i ogłuszył go, po czym zawlókł na pokład własnego statku. Rozwścieczeni piraci chcieli porąbać nieprzytomnego mężczyznę na kawałki swoimi mieczami, jednak okrutny kapitan miał inny pomysł.

- Przynieście żelazny łańcuch i przywiążcie go do masztu! - rozkazał - Niech kona powoli z głodu i pragnienia w palących promieniach słońca!

Zachwyceni tym pomysłem piraci od razu wykonali rozkaz i kiedy młody czarodziej się ocknął, był już mocno skrępowany i całkowicie bezsilny. Jego oprawcy otoczyli go kołem i długo z niego szydzili, a ich obelżywe słowa przeplatały się z wybuchami drwiącego śmiechu. Jeniec jednak wciąż dumnie milczał i, choć następne godziny były dla niego udręką, nie wydał z siebie ani słowa skargi. 

Gdy zapadła noc, ukryty pod posłaniem Orkana wisior znów zmienił się w dziewczynę, a ta wymknęła się z kajuty i cicho weszła na pokład. Dostrzegła mężczyznę przywiązanego łańcuchem do masztu i poczuła, jak serce ściska jej się z żalu. Od razu do niego podbiegła, chcąc przekonać się, czy nie jest aby za późno, żeby mu pomóc. Czarodziej tak osłabł, że nawet nie uniósł głowy, gdy usłyszał, że ktoś się do niego zbliża. Kiedy jednak poczuł jak, chłodna, miękka dłoń dotyka jego policzka, z trudem otworzył oczy, a wtedy zobaczył przed sobą zatroskaną twarz dziewczyny.

- Jesteś żywą istotą, czy przywidzeniem? - zapytał.

- Jestem równie prawdziwa jak ty - odpowiedziała - I pragnę ci pomóc, choć sama nie jestem wolna. 

Od tej pory zakradała się do niego co noc, przynosiła mu jedzenie i wodę, ocierała mu pot z twarzy i szeptała mu do ucha magiczne słowa, które miały uśmierzyć jego ból i pomóc mu zasnąć. Wiele razy próbowała go uwolnić, ale żadne z jej zaklęć nie zdołało rozerwać grubego łańcucha. 

Żaden z korsarzy nie domyślił się prawdy, ale wszyscy dziwili się, że przywiązany do masztu jeniec tak długo pozostaje przy życiu. Jednocześnie, choć czarodziejka bardzo starała się, by nikt jej nie zauważył, wśród załogi zaczęły krążyć opowieści o dziwnej postaci, która nocami przechadza się po statku. Większość piratów była jednak pewna, że tylko widmu udałoby się niepostrzeżenie dostać na pokład i tak długo nie zostać przez nikogo przyłapanym.

W końcu plotki o zjawie dotarły do uszu kapitana. Ten od razu przypomniał sobie, że ostatnimi czasy zapasy wyczerpują się szybciej niż zwykle, a potem pomyślał o człowieku, którego sam kazał przykuć do masztu. Był pewien, że jeniec sam nie dałby rady się uwolnić - musiał więc mieć na statku jakiegoś sprzymierzeńca. Kapitan postanowił sam się o tym przekonać i nocą udając, że schodzi pod pokład, ukrył się za stojącymi przy nadbudówce skrzyniami - a zrobił to tak zręcznie, iż z pewnością nikt nie zdołałby go zauważyć. Nie musiał długo czekać, by zobaczyć jak drobna postać w długiej, białej koszuli podbiega na palcach do masztu niosąc miskę w jednej ręce, a kubek w drugiej. Kapitan śledził ją wzrokiem, dopóki znów nie zeszła pod pokład. Wtedy cicho wyszedł ze swej kryjówki i udało mu się dostrzec, jak dziewczyna znika w jednej z kajut, jednak z powodu ciemności nie był pewien, gdzie konkretnie się skryła. W końcu postanowił zaczekać z poszukiwaniami do rana, wrócił więc do siebie i poszedł spać.

Niedługo potem Orkan zbudził się nagle z koszmarnego snu. Kiedy się rozejrzał, ze zdumieniem zauważył, że spod jego posłania wystaje złoty łańcuszek. Przyszło mu do głowy, że zdarzało się to już wcześniej, choć zawsze przed snem upewniał się, iż jego skarb jest dobrze ukryty. Potem przypomniał sobie plotki o dziwnej istocie, która miała nawiedzać statek i zaczął się zastanawiać, czy klejnot nie jest może przeklęty. Podrzucił więc cichaczem wisior do jednej ze skrzyń w miejscu, gdzie piraci składowali łupy, po czym znów położył się spać, przekonany, że jego tajemnica jest zupełnie bezpieczna. 

Następnego ranka kapitan zgromadził całą załogę na pokładzie. Na ich oczach podszedł do przykutego do masztu jeńca, a gdy przekonał się, że ten nadal żyje i jest w dobrym zdrowiu, przytknął mu miecz do gardła. 

- Kto cię żywi? - zapytał.

- Nikt - odpowiedział czarodziej.

- Gdyby tak było, już dawno byłbyś trupem. 

- Widocznie Mieyr ulitował się nade mną - odrzekł młodzieniec patrząc korsarzowi prosto w oczy - A skoro bóg mórz wspiera twoich wrogów, to powinieneś raczej zacząć martwić się o siebie, bo los pewnie już wkrótce przestanie ci sprzyjać.

Usłyszawszy to, kapitan gniewnie zazgrzytał zębami, po czym powiedział:

- A mnie się wydaje, że to nie bóg cię wspomaga, a bogini. I kiedy już ją znajdę, to zobaczymy, kto z nas ma większą władzę. 

Po czym odwrócił się, by przemówić do swojej załogi.

- Wiem, że jeden z was dopuścił się zdrady - powiedział - Ale wszyscy przekonacie się, że przede mną nic się nie ukryje. Wkrótce znajdę winowajcę, a im dłużej mi to zajmie, tym mniej będę miał dla niego litości!

Potem kazał przeszukać wszystkie kajuty na statku, ale nie udało mu się natrafić na żaden ślad intruza. Wściekły kapitan nie mógł znieść myśli, że ktoś po raz kolejny zdołał mu się wymknąć, jednak nie mógł już zrobić nic, więc tylko klął i złorzeczył, a niemal każdy przedmiot, który stanął mu na drodze albo ciął mieczem, albo kopał z całej siły. Przyglądający się temu piraci, przezornie starali się trzymać od niego z daleka i żaden z nich nie pozwolił sobie nawet na drwiący uśmiech; później jednak szeptali między sobą, że ich przywódca musiał postradać zmysły. 

Orkan przez cały czas stał z boku, błogosławiąc w myślach moment, w którym postanowił pozbyć się klejnotu, dzięki czemu udało mu się nie wpaść w tarapaty. Jednak kiedy zapadła noc, ciekawość długo nie dawała mu zasnąć i w końcu postanowił znów zakraść się do składowiska skarbów. Otworzył drzwi akurat w momencie, gdy czarodziejka wychodziła z kufra, w którym przeleżała cały dzień. Pomimo panującego mroku pirat od razu zorientował się, że nie jest to żadna zjawa, a prawdziwa kobieta z krwi i kości. 

- To ty żywisz tego czarodzieja? - zapytał.

- Tak, to ja - odpowiedziała.

- A kim jesteś?

- Jestem skradzionym rubinem.

Jak tylko Orkan pojął znaczenie tych słów, roześmiał się, po czym wyciągnął ręce w stronę dziewczyny, mówiąc:

- W takim razie należysz do mnie!

- Skoro tak obawiałeś się przyznać, że schowałeś naszyjnik, pomyśl co by się stało, gdyby wyszło na jaw, że ukrywasz kobietę - odrzekła na to czarodziejka - Ale gdybyś to ty przejął władzę na statku, mógłbyś robić, co ci się żywnie podoba.

Młodemu piratowi spodobała się ta myśl, ale tylko wzruszył ramionami.

- I co z tego? - burknął - To nie ja tu rządzę i raczej się to nie zmieni. 

- Mogłabym ci w tym pomóc - odpowiedziała - Jeśli pozbędziemy się kapitana, żadne z nas nie będzie się musiało niczego obawiać. Wystarczy udowodnić, że jesteś od niego silniejszy, a wszyscy podążą za tobą.

Orkan zastanowił się chwilę nad słowami dziewczyny.

- Naprawdę możesz to zrobić? - zapytał.  

- Sama nie dam rady - odpowiedziała czarodziejka - ale gdyby udało mi się uwolnić mojego przyjaciela z łańcuchów, już nikt nie zdołałby nas powstrzymać. Powiedz mi tylko, gdzie znajdę klucz.

- Kapitan go ma - odpowiedział Orkan - Zawsze nosi wszystkie klucze przy sobie i nie rozstaje się z nimi nawet we śnie. 

- Zaprowadź mnie do niego - poprosiła dziewczyna - a nie pożałujesz.

Po czym znów zmieniła się w naszyjnik. Orkan zrozumiał, czego oczekuje od niego czarodziejka i po chwili wahania podniósł klejnot z ziemi i zaniósł do kajuty kapitana. Wsunął wisior przez szparę w drzwiach, a wtedy ten zmienił się z powrotem w dziewczynę. Czarodziejka podkradła się do koi, gdzie spał kapitan, a gdy dostrzegła wystający spod jego poduszki pęk kluczy, delikatnie go stamtąd wyciągnęła, starając się, by nie wydały najmniejszego dźwięku. Ale kapitan tylko udawał że śpi i kiedy dziewczyna miała już odejść, poderwał się, chwycił ją mocno za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Czarodziejce udało się jednak przemienić w węgorza i wyślizgnąć z jego rąk. Kiedy opadła na ziemię, przybrała postać psa, chwyciła pęk kluczy w zęby i co sił w łapach pobiegła uwolnić swojego przyjaciela. Kapitan od razu rzucił się za nią w pogoń, ale zanim zdążył ją dogonić, ta, zmieniwszy się znów w kobietę, odnalazła właściwy klucz.    

Nie minęła chwila, a czarodziej mógł wreszcie strząsnąć z siebie żelazny łańcuch. Wtedy obydwoje przemienili się w myszy i ukryli się w szparach pomiędzy deskami pokładu. Wściekły kapitan próbował ich wypatrzeć chodząc na czworakach, ale małym stworzonkom łatwo było go zmylić. 

Nagle nocne niebo rozświetliły błyskawice, zawiał potężny wiatr, zaczął lać deszcz, a wzburzone morze zaryczało jak zbudzony ze snu drapieżnik. Huk grzmotów prędko obudził całą załogę i wszyscy od razu wybiegli na pokład chcąc ratować swój okręt przed sztormem. Nie wiedzieli jednak, co robić i jak rozdzielić zadania między siebie, gdyż ich oszalały od gniewu przywódca zdawał się nie zauważać grożącego im niebezpieczeństwa i nie zwracał uwagi na wołania swoich ludzi. Wciąż biegał po pokładzie jak szaleniec na oślep rąbiąc mieczem deski pod stopami. 

W końcu niemal udało mu się rozpłatać jedną z myszy. Ta w ostatniej chwili uchyliła się przed ciosem miecza i wyskoczyła z kryjówki. Biegła, ślizgając się po mokrych deskach, a kiedy rozpoznała jednego z mężczyzn, rzuciła mu się pod nogi i przemieniła się w rubinowy wisior. Ale trzymający się burty Orkan bynajmniej nie ucieszył się na widok klejnotu. Był przekonany, że czarodziejka go oszukała i bał się gniewu zdradzonego kapitana równie mocno, jak szalejącego sztormu. Kiedy dostrzegł przedmiot, od którego wszystko się zaczęło, zbladł i wzdrygnął się, jakby patrzył na coś odrażającego. “Lepiej byłoby, gdybym nigdy go nie znalazł!” pomyślał i w złości wyrzucił naszyjnik do morza. 

Kiedy Orkan odwrócił się, zobaczył stojącego przed sobą czarodzieja, który wpatrywał się w niego z ogniem w oczach, po czym wskazał na niego dwoma palcami i głosem niemal tak donośnym jak wiatr i grzmoty zawołał:

- Nie postawisz stopy na lądzie, dopóki ja jej tam nie sprowadzę!

W tej samej chwili pirat, do którego skierowane były te słowa, przemienił się w mątwę, a kiedy potężna fala zakołysała statkiem, stoczył się wprost do morza. 

Czarodziej przez chwilę patrzył w ślad za nim, po czym sam skoczył do wody. Wściekły kapitan próbował go zatrzymać chwytając za włosy, ale poślizgnął się, wypadł za burtę i na wieki przepadł w morskiej otchłani.  

Tymczasem rubinowy wisior długo spadał w dół, aż w końcu trafił do Podmorskiego Królestwa i zaczepił się o gałąź jednego z korali na obrzeżach miasta. Tam znalazła go morska panna, której zielone loki niemal sięgały stóp. Zachwyciła się nim, włożyła go i wróciła do domu, gdzie czekało na nią pięciu starszych braci.

- Gdzie byłaś tak długo? - zapytali ją. 

- Spacerowałam wśród koralowców - odpowiedziała - I znalazłam piękny naszyjnik.

Najstarszy z braci przyjrzał się klejnotowi, po czym pokręcił głową i niezadowolonym tonem zapytał:

- Próbujesz nas nabrać, czy naprawdę nie widzisz, że to człowiek?

Po czym ściągnął wisior z szyi siostry, palcem nakreślił na nim tajemny znak i już po chwili stała przed nim ubrana na biało dziewczyna. Wtedy pozostali czterej zerwali się na równe nogi, podbiegli do nieznajomej i zapytali:

- Który z nas ma pojąć cię za żonę?

- Żaden - odpowiedziała dziewczyna - Chcę wrócić na ląd.

Ale bracia nie chcieli jej słuchać, zamknęli ją w jednym z pokoi i nakazali siostrze strzec jej jak oka w głowie. Czarodziejka próbowała się opierać, ale prędko przekonała się, że jej czary nie mają żadnej mocy w Podmorskim Królestwie. 

Jej strażniczka wydawała się bardzo zadowolona z jej przybycia i od razu zaczęła wypytywać ją o jej historię i krainę, z której pochodzi. Gdy czarodziejka spostrzegła, że nie ma się z jej strony czego obawiać, nieco się uspokoiła i prędko oswoiła się z nią na tyle, że sama zaczęła zadawać pytania:

- Jak to możliwe, że mogę tu swobodnie mówić i oddychać, choć jesteśmy tak głęboko pod wodą?

- To zasługa czarów tego miasta - wyjaśniła morska panna - Dopóki tu będziesz, nic ci nie grozi, ale nie zdołasz stąd wypłynąć bez pomocy kogoś z nas, a moi bracia zbyt długo czekali, aż morze przyniesie któremuś z nich narzeczoną, by pozwolić ci odejść. 

- Ale dlaczego twoi bracia nie poszukają sobie żon wśród kobiet z tego miasta?

- Bo żadna z naszych kobiet nie może poślubić podobnego sobie mężczyzny. Gdyby któraś to zrobiła, stałaby się odrażająco brzydka i już nigdy nie mogłaby rzucić żadnego czaru. Nie ma tu nikogo, kto nie pragnąłby pojąć kobiety z lądu za żonę, albo któregoś z waszych mężczyzn za męża. 

Gdy czarodziejka to usłyszała, wpadła w rozpacz, bo zwątpiła, że kiedykolwiek uda jej się stamtąd wydostać. Widząc jej łzy morska panna zamilkła i spuściła wzrok. Po chwili namysłu powiedziała:

- Żal mi cię. Spróbuję znaleźć jakiś sposób, byś mogła wrócić do swoich, ale pomogę ci pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Obiecaj, że zabierzesz mnie ze sobą.

I czarodziejka zgodziła się bez chwili wahania. 

Następnego dnia siostrze udało się uprosić braci, by pozwolili jej zabrać dziewczynę na przechadzkę.

- Nie spuszczę jej z oka nawet na chwilę - mówiła - I kto wie; może kiedy zobaczy, jak tu u nas pięknie, przestanie tęsknić za domem i spojrzy łaskawym okiem na któregoś z was. 

Dziewczęta już jakiś czas przechadzały się wśród domów z macicy perłowej po ulicy wyłożonej bursztynami, gdy czarodziejka nagle spostrzegła coś dziwnego ponad swoją głową. Na pytanie, czemu wciąż patrzy w górę, odpowiedziała:

- Widzisz tę wielką płaszczkę? Podąża za nami już od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że patrzy wprost na mnie. 

Zielonowłosa panna uważnie przyjrzała się płaszczce, po czym podpłynęła do niej i na jednej z jej płetw nakreśliła palcem taki sam znak, jakim jej brat przedtem przywrócił czarodziejce ludzką postać. W tej samej chwili płaszczka przemieniła się w młodego mężczyznę, a kiedy jego wybawicielka podprowadziła go do swojej towarzyszki, ta od razu rozpoznała w nim czarodzieja, którym opiekowała się na pirackim statku. On również uradował się na jej widok i opowiedział, jak skoczył za nią w morze i przemienił się w płaszczkę, by odnaleźć ją w głębinie, choć wiedział, że być może nie uda mu się wrócić do dawnej postaci. Gdy dziewczyna to usłyszała, jej oczy rozbłysły, a na jej twarzy pojawiły się rumieńce.

  - Wiedziałam, że jeszcze cię zobaczę! - zawołała i objęła go na szyję. 

Jednak kiedy dziewczęta prowadziły go do domu pięciu braci, to ich siostra trzymała go za rękę.

- To mój narzeczony, którego zesłało mi morze - wyjaśniła - Pobierzemy się tego samego dnia, w którym jeden z was pojmie za żonę moją przyjaciółkę. 

- Nadal nie wiemy, który z nas miałby ją poślubić - zauważył najmłodszy z braci.

- Czy już wybrałaś sobie męża? - zapytał czarodziejkę najstarszy. 

Dziewczyna udała bardzo zakłopotaną i stwierdziła, że nie chce skrzywdzić żadnego z nich swoją odmową.

- Może niech los zdecyduje - zaproponował czarodziej - Zanim wasza piękna siostra zdążyła uratować mnie od utonięcia, udało mi się zauważyć, jak wiele cennych rzeczy leży porozrzucanych na obrzeżach waszego miasta. Niech pannę młodą dostanie ten, który przyniesie jej stamtąd najpiękniejszy prezent.

Pięciu braci uznało, że to wspaniały pomysł i chcieli od razu ruszyć na poszukiwania, by ślub mógł odbyć się jak najszybciej. Jednak dwie panny młode zgodnie stwierdziły, że lepiej zaczekać, aż ich ślubne stroje będą gotowe. I przez wiele następnych dni każda z nich wytrwale tkała dla siebie welon z perłowych nici znalezionych wewnątrz muszli. 

W końcu nadszedł moment, w którym czarodziejka, wraz z pięcioma zalotnikami wyruszyła, aby zobaczyć przepływającą nieopodal ławicę delfinów. Tuż za nimi podążała morska panna, a także czarodziej udający jej narzeczonego. 

- Płyńcie tam i szukajcie skarbów - powiedziała czarodziejka, wskazując pole koralowców - Temu, który przyniesie mi najwspanialszy zanim przepłyną delfiny, oddam moją rękę. 

Pięciu braci popłynęło przed siebie i wkrótce byli tak pochłonięci szukaniem, że nie zwracali już uwagi na nic innego.

Wtedy morska panna wzięła dwoje ludzi pod ręce i oddała młodzieńcowi swój welon. Kiedy delfiny przepływały tuż nad ich głowami, czarodziej i czarodziejka zarzucili swoje  welony na ogony dwóch z nich. Wkrótce cała trójka oderwała się od skały, na której stali i uniosła się w górę wraz z ławicą. Delfiny zaniosły ich na powierzchnię i tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w małej łodzi przepływali tamtędy rybacy, którzy, jak tylko ich dostrzegli, natychmiast wyciągnęli ich z wody i odwieźli na brzeg. 

Morska panna szybko nauczyła się chodzić i żyć jak człowiek, a ponieważ wiedziała więcej o oceanie niż ktokolwiek z ludzi, prędko stała się znana w okolicy i żeglarze wciąż przychodzili do niej po rady i posłuchać jej opowieści.

Tymczasem na zupełnie innym wybrzeżu potężna fala wyrzuciła na piasek mątwę, a ta, jak tylko padły na nią promienie porannego słońca, przemieniła się w człowieka. Był to nie kto inny, tylko Orkan, który w końcu mógł powrócić do dawnej postaci. Po tej przygodzie morze i żegluga obrzydły mu doszczętnie, postanowił więc zamieszkać w kraju, do którego zaniosły go fale. Otworzył tam tawernę i wieczorami, kiedy ludzie schodzili się tam, by grać w kości, pić i żartować, często zabawiał ich opisami swoich przygód.

Którejś nocy, kiedy wszyscy słuchali go z jeszcze większym zainteresowaniem niż zwykle, wspomniał również o ostatnim sztormie, kiedy to rozgniewany czarodziej przemienił go w mątwę. W pewnym momencie, gdy słuchacze zaczęli już powoli się rozchodzić, kobieta w długim, ciemnym płaszczu z kapturem zapytała go:

- Wiesz może, co stało się później z tamtym statkiem? 

- Nie wiem - odpowiedział Orkan - Od czasu tamtej burzy nikt go nie widział.

Kobieta podeszła bliżej, pochyliła się nad nim i wyszeptała:

- Mylisz się. Ja go widziałam. Chodź ze mną, a i ty go zobaczysz. 

Mężczyzna zawahał się przez chwilę, ale w końcu zdecydował się podążyć za nieznajomą. Ta zaprowadziła go na brzeg morza, do małej zatoczki z dala od ludzkich siedzib. Tam zdumiony Orkan zobaczył statek, na którym przez tak długi czas przemierzał morza wraz z bandą okrutnych piratów. Wyglądał zupełnie tak samo jak w czasach swojej świetności, ale teraz jego pokład oświetlało mnóstwo błękitnych płomyków, które zdawały się płonąć w powietrzu. Orkan rozejrzał się za swoimi kompanami, ale nie dostrzegł nikogo. 

- Co stało się z resztą załogi? - zapytał. 

- Utonęli - wszyscy, co do jednego - odrzekła nieznajoma. 

Orkan przypomniał sobie, jak będąc mątwą widział ginące w morskiej głębinie ludzkie ciała i ze smutkiem pokiwał głową.  Kobieta zaś mówiła dalej:

- Ale ten okręt już nie potrzebuje załogi. Dzięki naszym staraniom i pomocy kilku przyjaciół teraz żagle rozwijają i zwijają się same, wiosła poruszają się bez niczyjej pomocy, a ster dobrze wie, w którą stronę się kręcić. Jest nas tylko dwoje, a mimo to podróżujemy bez przeszkód i nie musimy obawiać się ani żywiołów, ani morskich potworów, ani złych ludzi.

Mężczyzna był tak zdumiony, że przez pewien czas nie był w stanie wymówić ani słowa. W końcu udało mu się zapytać:

- Kim jesteś?

- Jestem skradzionym rubinem - odpowiedziała nieznajoma i zdjęła z głowy kaptur, a wtedy Orkan ją rozpoznał. Przez chwilę wpatrywał się w nią w osłupieniu nie wiedząc, czy powinien się cieszyć, smucić czy bać. Czarodziejka spojrzała mu w oczy, uśmiechnęła się tajemniczo i powiedziała:

- Pamiętaj o nas - po czym weszła na pokład po drabince, którą spuścił jej czekający tam na nią mężczyzna. Obydwoje pomachali na pożegnanie stojącemu na brzegu korsarzowi, a statek odpłynął w dal i wkrótce zniknął za horyzontem.

Od tej pory już nikt nigdy nie zobaczył w tej okolicy okrętu ze szkarłatnym żaglem. 

sobota, 10 maja 2025

Piosenka Zofii


 Wciąż błyszczą kamienie i pachną wciąż zioła

Co miały mnie bronić przed duchem złym

Lecz nic mnie od lęku uchronić nie zdoła


Przed ludzką niedolą gdzie się skryć?



Gdzieś tam krew wciąż płynie, gdzieś toczą się głowy


Te wizje mnie dręczą każdego dnia


Czy zawsze, gdy trzeba, plan będzie gotowy?


Kto lud mój wspomoże jak nie ja?



Wciąż ku mnie ktoś wyciąga swe dłonie

Lecz sama ich przed złem nie obronię

Wiem



Głos cichy, złowieszczy tak szepce wśród nocy:


“Kolejny dzień próby nadchodzi już”


Mój brat z dnia na dzień coraz bardziej obcy


Ten chłód w jego oczach tnie jak nóż



I często się czuję bezradna, niczyja


Choć wiem, że za sobą mam cały dwór


Znienacka zaczyna mnie swędzieć szyja


Tak jakby już oplótł ją szorstki sznur




Wciąż ku mnie ktoś wyciąga swe dłonie

Lecz sama ich przed złem nie obronię

Wiem



Są dni, gdy nieczułość się zdaje ratunkiem


Gdy sama swe serce chcę złożyć w grób


Czy demon mnie zatruł ust pocałunkiem? 


Czy własna ma dusza to też wróg?



W mych snach patrzą na mnie łakomie upiory


Na jawie - przodkowie z portretów ram 


Tak smutne są dni me, tak zimne wieczory


Przeczucia złe mówią: “Śmierć u bram”




Wciąż ku mnie ktoś wyciąga swe dłonie

Lecz sama ich przed złem nie obronię

I wiem, że mrok nadciąga z oddali

Gdy przyjdzie czas, czy mnie ktoś ocali?

Kto?



piątek, 21 lutego 2025

Trzy koty

        Pewnej mroźnej, wietrznej, zimowej nocy do drzwi ubogiego cieśli zapukała kobieta w białej sukni i płaszczu, niosąca duży kosz przykryty białym kocem.

- Szłam w odwiedziny do krewnych, ale zabłądziłam wędrując przez tę ciemność, wiatr i śnieżycę - powiedziała - Pozwól mi, proszę, spędzić tę noc pod twoim dachem, bo inaczej z pewnością zamarznę na śmierć.

Cieśla od razu zaprosił kobietę do izby, a tam rozpalił ogień, po czym przyniósł jej skromną kolację, przepraszając przy tym, że nie może zaproponować nic lepszego. Nieznajoma jednak nie kwapiła się do jedzenia, patrzyła tylko długo na mężczyznę tak, jakby chciała przejrzeć na wylot jego duszę. W końcu przemówiła:

- Widzę troskę na twojej twarzy, a twe oczy są pełne bólu i smutku. Czy to ubóstwo, w którym żyjesz, tak bardzo cię trapi?

Mężczyzna ponuro się uśmiechnął i odpowiedział:

- To prawda, że jestem biedny i często nie mogę być nawet pewien, jak przeżyję najbliższy tydzień. Nie uskarżałbym się jednak na swój los i byłbym wdzięczny za każdy kawałek chleba, gdybym tylko miał z kim dzielić życie. Niestety moja żona już od roku leży w grobie, a mały Filip, moje jedyne dziecko, od kilku dni leży w gorączce i straciłem już nadzieję, że wyzdrowieje. Widać pisane mu jest dołączyć do matki, a wtedy zostanę zupełnie sam.

Kobieta posłała mu ciepły uśmiech po czym powiedziała:

- Bądź dobrej myśli. Los może się odwrócić, a dobroć i czułość są czasem zdolne zdziałać więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Potem zjadła połowę tego, co przyniósł jej gospodarz, a resztę wrzuciła do kosza, który przez cały czas trzymała na kolanach. 

Cieśla na tę noc odstąpił nieznajomej swoje łóżko, a sam do świtu czuwał przy chorym dziecku. Kobieta wstała razem ze słońcem i zastała utrudzonego ojca, który przysnął na klęczkach z głową opartą o poduszkę oraz synka wciąż wijącego się na posłaniu i bredzącego w malignie. Pocałowała chłopca w czoło, a ten wydał z siebie westchnienie ulgi i z błogim uśmiechem na twarzy zapadł w głęboki sen. Wtedy kobieta dotknęła ramienia jego ojca, a gdy ten się przebudził, powiedziała mu:

- Muszę już odejść, ale najpierw chciałabym dać ci na pożegnanie prezent i dobrą radę.

A potem wręczyła mu swój koszyk, mówiąc:

- W koszyku są trzy kocięta. Opiekuj się nimi dobrze, a dostaniesz w zamian skarb cenniejszy niż złoto.

I rozpłynęła się w powietrzu zanim mężczyzna zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Wtedy cieśla odgarnął koc okrywający koszyk, a gdy zajrzał do środka, spostrzegł, że rzeczywiście są tam trzy urocze, puszyste kocięta: jedno białe, jedno czarne i jedno rude.

- Lepiej by zrobiła dając mi teraz kilka miedziaków - mruknął sam do siebie - Obiecuje mi skarby, a obarcza mnie tylko dodatkowym kłopotem!

Nakarmił jednak kocięta i przygotował im w kącie legowisko, a gdy przekonał się, że mały Filip śpi mocno i spokojnie, sam poszedł się zdrzemnąć. Gdy kilka godzin później znów zajrzał do synka, zastał go siedzącego na łóżku i z uśmiechem na twarzy przyglądającego się bawiącym się kotkom. Wtedy po raz pierwszy od dawna w sercu ojca pojawiła się nadzieja, iż chłopiec jednak wyzdrowieje, zwłaszcza, że chwilę później Filip zaczął skarżyć się na głód. Od razu przyniósł mu chleba, ale tak się przy tym spieszył, że nieumyślnie kopnął jedno z kociąt. Wtedy Filip zaczął głośno kaszleć, a po chwili znów opadł bezwładnie na poduszki. Cieśla od razu podbiegł do łóżka dziecka i przez kilka następnych godzin nie odstępował go na krok. Tylko raz odszedł, by coś zjeść i przy okazji rzucił też coś kociętom. Niedługo potem mały Filip znów głęboko zasnął, a wkrótce po nim to samo zrobił i ojciec. 

Rano zastał synka spokojnego i uśmiechniętego, ale kiedy podszedł bliżej, zobaczył, że trzy kocięta tarzają się na kołdrze. Zniecierpliwiony cieśla zepchnął je z łóżka, a wtedy chłopiec znów poczuł się gorzej. Ojciec starał się jak mógł, by jakoś mu ulżyć, ale nic to nie dawało. Z Filipem było gorzej niż kiedykolwiek, a gdy zapadł zmrok, zdawało się, iż chłopiec lada moment wyzionie ducha.

W pewnym momencie cieśla spojrzał w kąt izby i zobaczył, że trzy kocięta stoją tam nieruchomo w rzędzie i patrzą na niego z wyrzutem. Nagle przypomniał sobie, co mówiła o nich kobieta w bieli i co się działo, gdy źle je traktował. Podszedł więc do nich, pogłaskał każdego z nich i powiedział:

- Moje drogie maleństwa, wybaczcie, że nie byłem dla was dobrym panem. Obiecuję od tej pory traktować was tak, jak na to zasługujecie. 

Po czym dał im jeść i znów usiadł przy łóżku Filipa. Miał zamiar czuwać do rana, był jednak tak wyczerpany, że prędko zasnął, a gdy się obudził, zastał synka siedzącego na podłodze i radośnie bawiącego się z trójką puchatych przyjaciół. 

Od tej pory cieśla już więcej nie krzywdził ani nie zaniedbywał kociąt, a nawet troszczył się o nie jak o własne dzieci. Mały Filip prędko wrócił do zdrowia i od tej pory ojciec nie miał już powodów, by obawiać się o życie syna. Chłopiec z dnia na dzień starał się coraz silniejszy, a uśmiech niemal przez cały czas gościł na jego twarzy. 

Kiedy Filip nieco podrósł, ojciec zaczął uczyć go swojego rzemiosła. Chłopiec okazał się bardzo pojętnym uczniem, a z czasem nie tylko dorównał swojemu nauczycielowi, ale i zaczął przewyższać go zręcznością i pomysłowością. 

Lata mijały, a Filip stawał się coraz silniejszy i mądrzejszy. Nie bał się ciężkiej pracy, ale nigdy nie był zbyt zajęty, by zachwycić się śpiewem ptaka albo niebem o zachodzie słońca. I zawsze dla każdego miał uśmiech i dobre słowo, a nigdy nikomu nie odmawiał pomocy. Ojciec, przyglądając się dorastającemu synowi często uśmiechał się i wspominał tajemniczą damę, myśląc: “Nie kłamała, gdy obiecała mi skarb cenniejszy od złota”.

Którejś nocy Filip zobaczył we śnie piękną panią w białej sukni, która patrzyła na niego z dumą i czułością. 

- Wiele lat temu powierzyłam twojemu ojcu trzy kocięta - powiedziała - A teraz, gdy dorosły wraz z tobą, mogę ci zdradzić ich tajemnicę. Czarny kot strzeże twojego rozumu, rudy czuwa nad twoim sercem, a biały to twoja dusza. Ponieważ do tej pory wszędzie ci towarzyszyły, a poza tym zawsze były zdrowe i szczęśliwe, także twoje życie mogło być zarówno spokojne jak i dobre. Dam ci teraz dobrą radę: jeśli chcesz znaleźć szczęście, opuść dom rodzinny i idź wprost przed siebie, aż dojdziesz do starego dworu, który po lewej stronie będzie miał pole maków, a po prawej gęsty las. Gdy już staniesz u jego drzwi, zapukaj i poproś, by przyjęto cię tam do pracy. Ale zabierz ze sobą trzy koty, opiekuj się nimi i nie pozwól, by ktokolwiek zrobił im krzywdę. 

Gdy Filip obudził się niedługo potem, zastał wszystkie trzy koty stojące w nogach jego łóżka niczym żołnierze czekający na rozkazy. Młodzieniec najpierw czule je pogłaskał, a potem poszedł pożegnać się z ojcem, bo postanowił niezwłocznie wyruszyć w podróż. 

Po niezbyt krótkiej, ale i nie tak bardzo długiej wędrówce Filip dotarł do dworu, o którym usłyszał we śnie. Zapukał do drzwi, a wtedy otworzył mu stary sługa.

- Czy nie znalazłaby się tu dla mnie praca? - zapytał Filip.

- A co umiesz?

- Umiem naprawiać popsute sprzęty i robić różne rzeczy z drewna - odpowiedział Filip - Ale moje koty także muszą mi towarzyszyć, bo nie wolno mi się z nimi rozstawać. 

Starego sługę zdziwiły słowa młodzieńca, ale uznał, że przyda mu się pomocnik, więc wpuścił go do środka. Filip bardzo szybko zadomowił się we dworze, a jego spryt i uprzejmość zjednały mu wszystkich domowników. Dziedzic bardzo go cenił, a nawet jego żona, zwykle wybredna i uszczypliwa, nic nie mogła młodzieńcowi zarzucić. Także i dwoje ich dzieci bardzo polubiły Filipa, gdyż ten w wolnych chwilach strugał dla nich ładne i zmyślne zabawki.

We dworze mieszkała również wciąż niezamężna młodsza siostra dziedzica, której na imię było Łucja. Dziewczyna często siadała na tarasie i grała na lutni, a wtedy niemal natychmiast nie wiadomo skąd pojawiał się biały kot i siadał u jej stóp. Zwykle już chwilę później zjawiał się Filip. Działo się tak przez kilka tygodni, a potem także i rudy kot dołączył do grona słuchaczy. A Łucja nie tylko nie miała nic przeciwko temu, ale i z niecierpliwością wyczekiwała chwili, gdy pojawią się ci, o których teraz myślała za każdym razem, kiedy brała lutnię do ręki. 

Natomiast stary sługa, choć z początku bardzo się cieszył, że Filip tak bardzo go odciąża, z czasem stał się o niego zazdrosny. Długo zastanawiał się, co mógłby zrobić, by odebrać mu przychylność państwa, ale żaden dobry pomysł nie przychodził mu do głowy. W końcu tak się złożyło, że któregoś wieczora przechodził obok uchylonych drzwi komórki, w której sypiał Filip i dostrzegł, jak ten rozmawia z czarnym kotem, drapiąc go za uszami. 

- Jakie to szczęście, że cię mam - mówił - Gdyby nie ty, nie poradziłbym sobie z tym wszystkim i nie miałbym tylu dobrych pomysłów.

“Dziękuje kotu za pomoc? Chyba udało mi się odkryć jego sekret!” pomyślał sługa, po czym złośliwie się uśmiechnął i cichaczem wrócił do siebie. 

Następnego dnia czarny kot zapadł na jakąś dziwną chorobę. Nie miał sił się podnieść, a wszystko co zjadł, zwracał już chwilę później. Filip bardzo się tym martwił, ale nie wiedział jak mu pomóc. Sam zresztą sprawiał wrażenie nie do końca zdrowego: nagle stał się bardzo niezdarny, a najprostsze zadania zaczęły wydawać mu się niewykonalne. A stary sługa przyglądając mu się z boku uśmiechał się pod nosem i tylko czasem sobie z niego pokpiwał. 

Nocą, kiedy wszyscy już dawno spali, dwa pozostałe koty podeszły do swojego chorego przyjaciela, by porozmawiać z nim w kociej mowie. 

- Nie mogę już patrzeć jak cierpisz - powiedział rudy kot - Czy naprawdę nie wiesz, co to za choroba i jak możemy ci pomóc?

- To nie choroba, a trucizna - odrzekł na to czarny kot - ktoś musiał dosypać mi jej do jedzenia, kiedy nikt nie patrzył. Niedługo umrę, a wtedy Filip na zawsze straci rozum.

- I nic nie zdoła cię uratować? - dopytywał się biały kot.

- Mógłbym wyzdrowieć tylko gdybym zjadł biały kwiat, który rośnie na szczycie skały na wyspie pośrodku jeziora za lasem - odpowiedział czarny - Człowiek pewnie zdołałby mi go przynieść, ale przecież żaden z nich nie zrozumie, gdy spróbujemy o to poprosić.

Po czym zwinął się w kłębek i zasnął. Dwa pozostałe koty spojrzały na śpiącego Filipa.

- Nie możemy go zostawić - powiedział rudy - Co by począł bez nas? 

A biały chwilę się zastanowił, po czym odrzekł:

- Lepiej, by stracił nas wszystkich na chwilę, niż żeby miał utracić choć jednego na zawsze. Musimy spróbować.

I wyskoczył przez uchylone okienko, a rudy po chwili wahania podążył za nim. 

Choroba czarnego kota i zniknięcie dwóch pozostałych bardzo źle wpłynęły na Filipa. Nie dość, że nagle zniknęły gdzieś jego spryt i zręczność, to jeszcze stał się nieczuły i nieuprzejmy. W końcu jego zachowanie tak rozgniewało dziedzica, że wypędziłby go, gdyby siostra tak usilnie nie wstawiała się za młodzieńcem. Łucja próbowała jakoś wpłynąć na Filipa, ale za każdym razem, gdy chciała nawiązać z nim rozmowę, ten odpowiadał jej szorstkimi, a nawet okrutnymi słowami i odwracał się od niej. Dziewczyna w końcu dała sobie spokój i tylko cicho płakała w swoim pokoiku. 

Tymczasem dwa koty szły dzielnie przez las, ale choć ani sił, ani odwagi im nie brakowało, nie wiedziały jak dotrzeć do celu, a gdy spostrzegły, że kręcą się w kółko, niewiele brakowało, a straciłyby całą nadzieję. Nagle jednak instynkt kazał białemu kotu, spojrzeć w niebo, a gdy to zrobił, zobaczył spadającą gwiazdę. Natychmiast pobiegł w ślad za nią, a rudy kot zrobił to samo. Jak tylko słońce zaczęło wynurzać się zza horyzontu, znaleźli się nad brzegiem jeziora. Tutaj obydwa koty musiały na chwilę przystanąć, bo zrozumiały, że znów znalazły się w kłopocie. Skała, na której miał rosnąć biały kwiat, była dobrze widoczna, ale jak mogłyby się tam dostać? 

Wtem koty usłyszały ludzkie głosy i ujadanie psów - to zbliżali się myśliwi. Biały kot od razu wspiął się na najbliższe drzewo, a rudy chciał pójść za jego przykładem, ale nagle zobaczył, że coś porusza się w trzcinie. Podszedł bliżej i dostrzegł zaplątane w szuwarach trzy dzikie kaczątka, które nie były w stanie się stamtąd wydostać. Zrobiło mu się żal bezbronnych piskląt więc, choć sam bał się psów, najpierw ostrożnie przeniósł kaczęta, jedno po drugim i ukrył w dziupli, a dopiero potem dołączył do swojego przyjaciela na czubku drzewa. Myśliwi przez jakiś czas krążyli wokół jeziora, ale w końcu odjechali, a wszystkie psy pobiegły za nimi. Wtedy i koty, i kaczęta zeszły z drzewa i wróciły nad wodę. Wtem podfrunęło do nich całe stado dzikich kaczek. Ptaki wylądowały na jeziorze i ustawiły się jeden za drugim tworząc jakby most prowadzący aż do brzegu wysepki. Koty, jeden za drugim, pobiegły tam po ich grzbietach, a gdy znalazły się u stóp wysokiej skały, zaczęły się po niej wspinać. Była to długa i uciążliwa wędrówka, ale koty uparcie szły naprzód i po wielu godzinach w końcu udało im się dotrzeć na szczyt. Kiedy rudy kot zerwał kwiat, słońce chyliło się już ku zachodowi.

- Nie zdążymy wrócić na czas - zaniepokoił się biały kot.

Jednak już po chwili znów zjawiły się dzikie kaczki, by na skrzydłach zanieść i jego, i jego towarzysza z powrotem do dworu. Kiedy dotarli już na miejsce, koty zeskoczyły na dach, a potem niepostrzeżenie przedostały się do komórki, gdzie leżał ich chory przyjaciel. Gdy czarny kot zjadł biały kwiat, natychmiast wrócił do zdrowia.

Dzikie kaczki nie odleciały z powrotem, ale długo krążyły wokół dworu, jakby na coś czekając. W końcu wszyscy wyszli zobaczyć, co się dzieje: dziedzic, jego żona, dzieci, Łucja i cała służba. A był wśród nich także i ten stary sługa, który, chcąc zaszkodzić Filipowi, otruł jego kota. Gdy kaczki go dostrzegły, wszystkie zebrały się tuż nad jego głową, po czym zaczęły go dziobać i łaskotać skrzydłami. Mężczyzna rzucił się do ucieczki, a za plecami słyszał gniewne okrzyki dziedzica, jęki jego przerażonej żony i śmiech dzieci. Biegł przed siebie tak długo, aż w końcu zniknął domownikom z oczu. Potem już nigdy więcej nie pojawił się we dworze - być może nie był już w stanie wrócić albo po prostu wstydził się tam pokazać po tym, co się stało.

Kiedy Filip obudził się następnego ranka, przez chwilę rozglądał się wokół jak człowiek, który nagle znalazł się w nowym, nieznanym miejscu. Potem spojrzał na śpiące obok niego koty, pogłaskał je, wstał z łóżka, wziął kilka desek i narzędzia i zabrał się do pracy.

Kilka godzin później Filip wziął zrobioną przez siebie drewnianą szkatułkę i zapukał do drzwi pokoiku Łucji. 

- Zanim coś powiesz, otwórz wszystkie szufladki - powiedział, podając dziewczynie szkatułkę. 

Łucja wysunęła pierwszą szufladkę i zobaczyła, że na jej dnie wyryty jest napis: “Tylko człowiek bez rozumu by jej nie docenił”. Otworzyła drugą i przeczytała: “Tylko człowiek bez duszy by ją zlekceważył”. Na dnie trzeciej był napis: “Tylko człowiek bez serca mógłby ją zranić”, natomiast po odsunięciu czwartej szufladki Łucja zobaczyła swoją podobiznę starannie wyrytą w kawałku drewna. 

- Zły los odebrał mi serce, duszę i umysł, ale teraz znów je odzyskałem - powiedział Filip - Żałuję tylko tego, że zanim to się stało, sprawiłem ci ból. Czy mi przebaczysz, jeśli wyznam ci całą prawdę?

- I tak ci przebaczę - odpowiedziała Łucja, ściskając go za rękę.

A chwilę później przez uchylone drzwi do pokoiku weszły trzy koty i zaczęły ocierać się o nogi obydwojga.  

Jakiś czas później Filip ożenił się z Łucją, a wtedy sprowadził do dworu swojego ojca. Od tego czasu nic już nie zakłócało jego spokoju ani nie niepokoiło jego najbliższych. Filip wiódł szczęśliwe życie patrząc, jak dorastają jego dzieci i wnuki. 

Trzy koty już nigdy więcej go nie opuściły, a kiedy wiele lat później umarł, po raz ostatni ułożyły się w nogach łóżka, po czym i one zasnęły na zawsze.


wtorek, 31 grudnia 2024

Dom pereł i bursztynów

     Pewnym małym, nadmorskim krajem władała samolubna i nieczuła królowa. Zawsze miała na względzie tylko swoją wygodę i nikt nigdy nie mógł powiedzieć, że okazała mu pomoc czy współczucie. A nikt nie miał więcej powodów, by się na nią uskarżać, niż pałacowa służba. To właśnie oni najczęściej padali ofiarą jej złego humoru. Dla nikogo nie miała litości: lokajów biła po twarzy, pokojówki szarpała za włosy, kopała i szturchała każdego, kto akurat był w pobliżu, gdy cokolwiek ją rozgniewało, a wyzwisk i ostrych słów nie żałowała nikomu. Czy można się więc dziwić, że trudno byłoby znaleźć w jej otoczeniu choć jedną osobę, która nie życzyłaby królowej wszystkiego najgorszego? Oczywiście nikt nie ośmieliłby się okazać jej choćby cienia nienawiści, ale często, gdy byli pewni, że nikt ich nie słyszy, służący i służące przeklinali swoją panią, uskarżając się na zły los, który zmuszał ich do tego, by jej usługiwać i ją znosić. Wielu z nich myślało o tym, by uciec z pałacu, ale nikt nigdy się na to nie odważył ze strachu przed pościgiem i karą, która mogła ich spotkać. A poza tym, dokąd mieliby pójść? Przecież w całym królestwie panowała straszna bieda, a żadne z nich nie miało grosza przy duszy. Skończyło się więc na tym, że służący przeklinali swój los, ale i tak go znosili, nie widząc żadnego sposobu, by się od niego uwolnić.

Aż w końcu dla kilku z nich stosowna chwila nadeszła, kiedy królowa postanowiła wysłać swojego synka do zamku na wybrzeżu. Kazała spakować kosztowne stroje i zabawki królewicza, przygotować wspaniały powóz i wyznaczyła ludzi, którzy mieli strzec chłopca i opiekować się nim. Sama miała natomiast pozostać w stolicy. 

Królewicz i jego świta wyruszyli w drogę z samego rana. Wszystko szło dobrze do chwili, gdy kareta oddaliła się od królewskiego pałacu i przejeżdżała wzdłuż wybrzeża. Ci, którzy prowadzili orszak, skierowali się w stronę morza. Tam zatrzymali się na chwilę, a wtedy słudzy wsadzili małego księcia do worka i wrzucili do wody, a sami czym prędzej odjechali karetą zabierając ze sobą wszystko, co było w środku. 

W gronie uciekinierów była też młoda dziewczyna imieniem Róża, która do tej pory pomagała księciu się ubierać i sprzątała jego pokój. Nigdy nie życzyła chłopcu źle, ale gdy jej towarzysze postanowili go zamordować, była zbyt przerażona, by się im sprzeciwić. Stała więc z boku i patrzyła ze zgrozą na całą scenę. Gdy jej towarzysze uciekli z miejsca zbrodni, podążyła za nimi, ale z każdą chwilą ci ludzie budzili w niej coraz większy wstręt, a sumienie dręczyło ją coraz bardziej. W nocy, kiedy wszyscy ułożyli się do snu, ona jedna długo nie mogła zasnąć, gdyż nękały ją ponure myśli, a jej serce stało się ciężkie niczym głaz. W końcu wstała, dosiadła jednego z koni i pognała w miejsce, gdzie po raz ostatni widziała małego księcia. “Być może jakoś udało mu się przeżyć” pomyślała. “A jeśli nie, to może chociaż odnajdę jego ciało”. 

Róża przez długie godziny na przemian biegała po wybrzeżu nawołując księcia i próbowała nurkować w wodzie, licząc, że coś wypatrzy. Ale nikt nie odpowiadał na jej wołanie, a kiedy próbowała pływać, fale natychmiast spychały ją z powrotem na brzeg. Kiedy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi, niebo pokryły ciemne chmury. Niedługo potem zaczął padać deszcz i powiał silny wiatr, a fale ryczały tak groźnie, że przerażony koń przegryzł lejce i uciekł do lasu. 

Wtedy zrozpaczona Róża, stojąc po kolana w wodzie, zawołała ile sił w płucach:

- O, panie mórz, jeśli nie możesz oddać mi księcia, zabierz mnie tam, gdzie zaniosłeś i jego!

Jak tylko wymówiła te słowa, zjawiła się fala, która uniosła dziewczynę ze sobą. Róża zacisnęła powieki i wstrzymała oddech sądząc, że nadeszła już jej ostatnia godzina. Prąd jednak nie zaciągnął jej na dno, a zamiast tego zaniósł ją wzdłuż brzegu, przeprowadził przez skalny korytarz i w końcu wypchnął z powrotem na powierzchnię. 

Dziewczyna znalazła się w podziemnej grocie, nad brzegiem małej sadzawki. Gdy się rozejrzała, dostrzegła opartą o jedną ze ścian drabinę i wspięła się po niej. Gdy była już na szczycie, zobaczyła przed sobą drzwi i nacisnęła klamkę. Tak dostała się do tonącego w półmroku skalnego korytarza. Po jednej jego stronie dostrzegła ogromne stosy pereł, znacznie wspanialszych niż te, które znajdowały się w królewskim skarbcu. Po drugiej natomiast ustawione było mnóstwo bursztynowych rzeźb różnych stworzeń: przede wszystkim ryb, ale znalazły się tam też pająki, myszy, nietoperze, a nawet ludzie. Wszystkie zaś były naturalnej wielkości i tak starannie wykonane, że nawet najzdolniejszy rzeźbiarz w królestwie nie byłby w stanie ich skopiować. Jednak widok tych wszystkich skarbów budził w sercu Róży jakiś dziwny niepokój więc jak tylko dostrzegła kolejne drzwi od razu pobiegła w ich stronę. Po ich otwarciu znalazła się w innej sali, pełnej złotych klatek, a w każdej z nich spało jedno dziecko. Tylko jeden chłopiec w najodleglejszym kącie podniósł się na widok Róży, a gdy dziewczyna do niego podbiegła, rozpoznała królewicza. Klatka, w której siedział, była zamknięta na kłódkę, a on sam nie wiedział, gdzie szukać klucza. Róża musiała więc zostawić chłopca i sama wejść do kolejnej sali. Ta z kolei pełna była złota, srebra i rozmaitych klejnotów. Jednak myśl o zamkniętych w klatkach dzieciach nie pozwoliła Róży się przy nich zatrzymać. Gdy zrozumiała, że tu nie znajdzie tego, czego szuka, chciała iść dalej, ale niespodziewanie drogę zagrodził jej jakiś chudy, przygarbiony człowiek, z błyskiem chytrości w zimnych oczach. 

- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał srogim głosem.

- Okręt, którym płynęłam, zatonął podczas sztormu, a fale przyniosły mnie do jaskini w dole - drżącym głosem odpowiedziała Róża.

Mężczyzna krzywo się uśmiechnął i odrzekł:

- Tak, morze ciągle coś tam przynosi. A ja jestem kolekcjonerem, który zbiera to, co rzadkie i cenne, by mój skarbiec wciąż się powiększał.

- Ale dlaczego więzisz dzieci w klatkach?

- Wielu ludzi uważa, że dziecko to skarb - wyjaśnił Kolekcjoner - A dopóki tu są, mam pewność, że nigdy nie zabraknie mi pereł. Musisz wiedzieć, że kiedy ktoś tu zapłacze, jego łzy zmienią się w perły, a każde stworzenie, które tu umrze, przemieni się w bursztyn. 

- Musi ci być bardzo trudno samemu dbać o to wszystko - powiedziała Róża - Nie sądzisz, że przydałby ci się ktoś do pomocy? Mogłabym dbać o porządek w twoim domu i za ciebie doglądać dzieci. 

Kolekcjoner namyślił się.

- Dobrze, jeśli potrafisz być użyteczna, możesz tu zostać - powiedział w końcu. 

Od tej pory Róża zajmowała się domem Kolekcjonera. Oprócz utrzymywania go w czystości zanosiła też jedzenie zamkniętym w klatkach dzieciom. Czule przy tym do nich przemawiała i starała się je pocieszać, one jednak nie przestawały płakać. Róża zbierała wszystkie powstałe w ten sposób perły i zanosiła je do pokoju, w którym znajdowały się pozostałe, ale te, w które zmieniały się jej własne łzy, chowała do kieszeni. I tak mijały długie tygodnie. 

Któregoś dnia Kolekcjoner wezwał do siebie Różę i powiedział jej:

- Już od dawna w moim skarbcu nie pojawiło się nic nowego i nadzwyczajnego. Za to ty służysz mi tak dobrze, że należy ci się jakaś nagroda. Pobierzmy się - nieraz słyszałem, jak ludzie mówią, że nie ma cenniejszego skarbu niż piękna i dobra żona. 

Róża roześmiała się, słysząc te oświadczyny.

- Widać, że już dawno nie wychodziłeś z podziemi, skoro sądzisz, że jestem piękna. Czy nie widzisz, jak blada jest moja twarz, jak mętne są moje oczy, jak szorstkie i czerwone mam dłonie? Jeśli chcesz mieć żonę, którą będziesz mógł się chwalić, nie czekaj, aż sama się zjawi, tylko idź sam jej poszukać.

Kolekcjoner po namyśle przyznał jej rację. Kazał Róży doglądać domu i dzieci, po czym narysował palcem trójkąt na jednej ze ścian, a wtedy otworzyły się ukryte drzwi, za którymi były schody prowadzące na zewnątrz. Kiedy wyszedł, dziewczyna odczekała jakiś czas, a potem od razu zaczęła organizować ucieczkę. Prędko udało jej się znaleźć klucze, a wtedy wypuściła dzieci z klatek, po czym wydostała się wraz z nimi na powierzchnię w taki sam sposób, jak wcześniej zrobił to Kolekcjoner. Potem wszyscy co sił w nogach pobiegli przed siebie i nie zatrzymali się, dopóki nie znaleźli się na tyle daleko, by odwróciwszy się w tył, nie mogli już dostrzec morza.

Pereł, które Róża wciąż nosiła w kieszeni, było na tyle dużo, by można było kupić za nie dom zdolny pomieścić wszystkie dzieci. Zamieszkali więc razem i od tej pory wiedli spokojne życie pod dachem, gdzie wiecznie rozbrzmiewał śmiech. 

Tymczasem królowa wysłała swoich ludzi na poszukiwanie syna, a gdy wszyscy wrócili z niczym, uwierzyła, że chłopiec nie żyje. Szybko pogodziła się ze stratą, ale bardzo martwiło ją, że nie ma dziedzica, a ponieważ ojciec chłopca nie żył już od lat, postanowiła jak najszybciej wyjść za mąż. Kazała wszem i wobec ogłosić, że szuka godnego siebie mężczyzny, którego mogłaby poślubić.  

Gdy te wieści doszły do uszu Kolekcjonera, postanowił udać się do pałacu, by prosić królową o rękę. Kiedy ta zobaczyła niemłodego już, szpetnego i brzydko ubranego mężczyznę, w pierwszej chwili tylko pogardliwie się roześmiała, ale opowieści o jego majątku i cudownych właściwościach miejsca, w którym mieszkał, zaciekawiły ją na tyle, że zgodziła się z nim pójść, by zobaczyć te cuda na własne oczy.

Kiedy dotarli na miejsce, królowa kazała swoim gwardzistom zaczekać przed wejściem, a sama zeszła wraz z Kolekcjonerem do podziemi. Długo przyglądała się zawartości jego skarbca, a potem powiedziała:

- Widzę, iż jesteś równie zamożny jak ja, ale skąd mam wiedzieć, że nie kłamałeś mówiąc o czarodziejskich właściwościach tego miejsca?

Wtedy Kolekcjoner złapał szczura, wyjął zza pasa sztylet i przebił nim zwierzę, a wtedy przemieniło się ono w bursztynową rzeźbę. 

- Teraz mi wierzysz, pani? - zapytał królową.

Królowa wzięła do ręki bursztynowego szczura i zmarszczyła brwi. 

- Pokaż mi ten sztylet  - powiedziała, a gdy Kolekcjoner jej go podał, zatopiła ostrze w jego sercu.

Potem chciała wezwać swoich ludzi, by ci pomogli jej wynieść kosztowności.  Nie wiedziała jednak, że ci, jak tylko zeszła do podziemi, przywalili wejście głazem i uciekli. Królowa została w podziemnym domu sama i nikt nie był w stanie usłyszeć jej krzyków. 

Kilka dni później morze wyrzuciło na brzeg bursztynowy posąg kobiety z koroną na głowie. Natomiast królowej nikt już więcej nie widział.